Katarzyna Sobiepanek: Gorzka pigułka Clegga
-
Katarzyna Sobiepanek
Brytyjczycy zdecydowanie odrzucili zmianę systemu wyborczego w pierwszym od 40 lat ogólnokrajowym referendum. Koalicja przetrwa, ale LibDemsów czekają trudne dni.
W czwartkowym referendum blisko 70 proc. Brytyjczyków odrzuciło możliwość zmiany systemu głosowania w wyborach do Izby Gmin z first-past-the-post na alternative vote, co zakończyło marzenia Liberalnych Demokratów o sprawiedliwszym podziale mandatów w kolejnych wyborach. Premier David Cameron, przeciwnik reformy wyborczej, uznał to za zdecydowane rozstrzygnięcie problemu. Jego koalicyjny partner Nick Clegg, pomysłodawca i zagorzały zwolennik reformy, nazwał porażkę gorzką pigułką dla ludzi wierzących w konieczność zmian i stwierdził, że jego partia zapłaciła za cięcia budżetowe, które niektórym wyborcom przypominają czasy Margaret Thatcher.
Ekscytacja Cleggmanią tuż po zeszłorocznych wyborach parlamentarnych dawała Liberałom nadzieję na zmianę systemu wyborczego, który stawiał ich niemal z góry na przegranej pozycji. First-past-the-post, brytyjska tradycja wyłaniania posłów systemem większościowym powodowała bowiem, że poparcie procentowe dla liberałów nigdy nie przekładało się na taki sam procent mandatów. Jeszcze w lutym sondaże dawały lekką przewagę zwolennikom AV, ale od marca przybywało przeciwników. Stąd wynik nie był niespodzianką. Zaskakiwać może jedynie bardzo wysoka frekwencja, ponad 40 proc., i mimo wszystko, aż tak zdecydowane nie dla reformy.
Problem LibDems
Przegrana boli, ale u Liberałów nie słychać na razie odgłosów buntu wobec lidera. Złość skierowana jest raczej na partnerów z koalicji. Kilku liberalnych ministrów zarówno przed jak i po wyborach zarzuciło Konserwatystom nieuzasadnione personalne ataki na Clegga. O koalicyjnych partnerach nienajlepiej wypowiadał się między innymi były lider LibDems Lord Ashdown. Liberalny minister ds. Energetyki, Chris Huhne, zaatakował Camerona i Ministra Skarbu Georga Osborna podczas jednego ze spotkań gabinetu protestując przeciwko zawartości ulotek nawołujących do głosowania przeciwko AV. Od początku kampanii trwała korespondencyjna walka między koalicyjnymi partnerami, Konserwatystami i LibDems. W dodatku z dość nietypowymi partnerami. David Cameron agitował ramię w ramię z byłym ministrem spraw wewnętrznych rządu Partii Pracy, Lordem Reidem. Z kolei były wiceprzewodniczący liberałów Vince Cable, minister w rządzie Camerona ds. Biznesu, Innowacji i Umiejętności, skłaniał do głosowania na tak wspólnie z liderem Partii Pracy Edem Milibandem.
Mimo to zapewniano i wyraźnym rozgraniczeniu między sporem o reformy polityczne, a pozostałymi sprawami rządu. Od momentu ogłoszenia wyników z obu stron padają zapewnienia, że kolacja przetrwa, ponieważ jak wyraził to Cable „nie została stworzona dla reformy politycznej, ale dla obrony przed kryzysem ekonomicznym, który nadal trwa”. O konieczności kontynuacji współpracy mówiła także konserwatywna minister spraw wewnętrznych Theresa May oraz obydwaj liderzy.
Nie da się jednak ukryć, że poraża idei identyfikowanej z Nickiem Cleggiem zapowiada ciężkie dni dla liberałów. Zwłaszcza, że jednocześnie z przegranym referendum ponieśli druzgocącą klęskę w wyborach samorządowych, tracąc blisko 700 miejsc w angielskich ratuszach oraz kilku posłów w Szkocji i Walii. Jeśli do tej pory byli młodszym partnerem koalicyjnym, który wyrósł na fali społecznego poparcia, to teraz we wszelkiego rodzaju negocjacjach konserwatywni backbenchers będą przypominać im o tej żółtej kartce od wyborców. A przeciwników koalicji z LibDems jest na tyłach partii Camerona wielu.
Liberałowie potrzebują teraz nowej idei, aby na tym niewielkim polu manewrowym, jakie daje im obecnie poparcie rzędu 15 proc. odbudować, czy może zbudować nowy wizerunek partii. Do tej pory skutecznie perswadowali wyborcom, że to Partia Pracy i Konserwatyści niczym się nie różnią. Teraz im samym grozi utrata tożsamości politycznej, przy jednoczesnym dzieleniu odpowiedzialności za trud reform finansowych. Niewykluczone, że jeśli Nick Clegg nie poradzi sobie z wydźwignięciem się z porażki któryś z jego kolegów spyta w końcu, czy kryzys ekonomiczny był naprawdę najlepszym momentem na forsowanie historycznych reform. Szczególnie, że w powszechnym mniemaniu sprawa reformy systemu wyborczego do Izby Gmin jest w tej chwili zamknięta na wiele lat. Wielu przypomni też zapewne, że to właściwie nie o alternative vote walczyli LibDemsi w ostatnich wyborach, ale o wprowadzenie systemu proporcjonalnego i że taka porażka może też wykluczyć możliwości reformy w Izbie Lordów.
Kto wygrał?
Konserwatyści natomiast triumfują. Przejęli od LibDems wiele miejsce w samorządach oraz dwóch posłów w Walii. O ile jednak tyle ławy wiwatują w ławach rządowych panuje spokój. W trzy dni po referendum newsletter zwolenników partii Konserwatywnej doniósł, że ataki na Clegga były pomysłem Laburzystów z komitetu „No to AV”, a nie Conservative Headquoters. Partnerzy koalicyjni są bowiem wciąż potrzebni sobie nawzajem.
Triumfuje Partia Pracy, która co prawda podzielona w sprawie AV uzyskała jednak znaczną ilość mandatów samorządowych w północnej Anglii i otarła się niemal o możliwość stworzenia samodzielnego rządu w walijskim zgromadzeniu. Historyczny sukces odniosła także partia Szkockich Nacjonalistów. SNP zdobyła ponad połowę mandatów w 129 osobowym parlamencie i spokojnie przygotowywać będzie grunt pod referendum niepodległościowe, które jeśli wierzyć sondażom ma sporą szanse wygrać.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy