|
Czy Kurdowie w Turcji nie zasługują na wolność, demokrację i uczciwe wybory? Gdzie są szczodre i bogate międzynarodowe fundacje wspierające procesy demokratyczne? Gdzie jest pompatyczna retoryka rozszerzania obszaru euro-atlantyckich norm i wartości? Gdzie są szanowani polscy eksperci od pokojowej transformacji? Może zamiast do Egiptu i Tunezji powinni pojechać do Turcji? REKLAMA
12 czerwca w Turcji odbyły się wybory parlamentarne. W ich wyniku mandat parlamentarzysty/tki zdobyło 36 osób reprezentujących mniejszość kurdyjską. Jedną z nich był znany polityk kurdyjski Hatip Dicle. Już po wyborach sąd zadecydował, że Hatip Dicle nie otrzyma mandatu parlamentarzysty. Powód jaki wskazały władze tureckie był taki, że Dicle odbywał karę więzienia. Hatip rzeczywiście przesiedział w więzieniu dziesięć lat za domniemane związki z Partią Pracujących Kurdystanu - PKK. Faktycznym przestępstwem jakiego dopuścił się Dicle było to, że odważył się mówić po kurdyjsku w parlamencie tureckim. Jako gest solidarności z nim żaden z kurdyjskich parlamentarzystów nie pojechał do Ankary na uroczystość zaprzysiężenia nowego parlamentu rozpoczynając w ten sposób politykę bojkotu oraz kolejny kryzys polityczny w Turcji. BDP – Partia Pokoju i Demokracji to obecne legalne przedstawicielstwo polityczne Kurdów w Turcji. Oficjalnie partia nie startowała wyborach, popierane przez nią osoby wystartowały jako kandydaci niezależni. Był to sposób na ominięcie drakońskiego 10% progu wyborczego obowiązującego partie polityczne. Wiadomo było, że w skali kraju Kurdowie zdobędą mniej niż 10% natomiast w tureckim Kurdystanie będą mieli znaczne poparcie. Po wejściu do parlamentu jako kandydaci niezależni mogą stworzyć klub poselski partii BDP – taką metodą partia dostanie się do parlamentu omijając zaporową granicę 10%. PKK jest uznana w Turcji za organizację terrorystyczną. Za związki z nią można iść do wiezienia na wiele lat, być torturowanym przez policję albo zabitym przez wojsko. PKK jest uznana za organizację terrorystyczną również przez USA oraz Unię Europejską. Przykładem niekonsekwencji, podwójnych standardów i cynizmu obecnego w polityce państw Zachodu wobec Kurdów i PKK jest porównanie ich sytuacji z podobnymi wydarzeniami w Serbii i w Kosowie. Rząd turecki zabił w ostatnich dwudziestu latach więcej Kurdów niż w tym samym czasie rząd Slobodana Miloszewicza zabił Kosowarów. Armia Wyzwolenia Kosowa - UÇK została przez Zachód uznana za armię narodowowyzwoleńczą, która słusznie walczy o prawa uciskanej mniejszości. Gdy NATO w 1999 roku dokonało bombardowań Serbii, UÇK działała jak de facto lądowy sprzymierzeniec Sojuszu. Byli dowódcy Armii Wyzwolenia Kosowa są dziś elitą polityczną niepodległego Kosowa. Partia Pracujących Kurdystanu została natomiast uznana w tym samym czasie za organizację terrorystyczną. Jej liderzy siedzą w więzieniach lub zostali zabici przez państwo tureckie przy milczącej aprobacie Zachodu. Hashim Thaci – obecny premier niepodległego Kosowa. Według raportu Rady Europy opracowanego przez Dicka Marty jest kryminalistą, zamieszanym w międzynarodowy handel organami, i inne przestępstwa. Za związki z UÇK został premierem Kosowa. Thaci to człowiek, który doszedł do władzy w wyniku procesu rozszerzania obszaru euro-atlantyckich norm i wartości. Hatip Dicle - działacz na rzecz uciskanej mniejszości kurdyjskiej w Turcji za związki z Partią Pracujących Kurdystanu siedział dziesięć lat w więzieniu, a teraz pozbawia go się legalnie zdobytego mandatu poselskiego. W maju tego roku rozmawiałem z Abdullachem Demirbaszem - merem starej części miasta Diyarbakir – nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu. Abdullach Demirbasz siedział w więzieniu za to samo co Hatip Dicle. Oficjalnie za związki z PKK a faktycznie za to, że posługiwał się językiem kurdyjskim, gdy pełnił urząd we władzach miejskich Diyarbakir. Zdecydowana większość mieszkańców Diyarbakir to Kurdowie. Wielu z nich nie zna języka tureckiego. Prości ludzie często przymusowo wysiedlani z rodzinnych wsi nie poradzą sobie w urzędzie w którym mówi się wyłącznie w języku którego nie rozumieją. Sąd uznał, że Abdullach jest również winny sprzeniewierzenia publicznych pieniędzy ponieważ wydał broszurkę turystyczną o Diyarbakir w języku kurdyjskim. Syn Abdullacha jest w górach, co oznacza już całkiem realne związki z PKK. Abdullach Demirbasz mówił, że beznadziejność sytuacji Kurdów w Turcji zmusza młodych ludzi takich jak jego syn do przyłączenia się do PKK lub do emigracji. Ideologia państwa tureckiego to zdaniem Demirbasza – jeden język, jeden naród, jeden wódz i jedna partia. W całym tureckim Kurdystanie w przestrzeni publicznej pełno jest napisów ze słynną wypowiedzią Mustafy Kemala Atatürka jakże szczęśliwy jest ten kto może powiedzieć o sobie, że jest Turkiem. Co mają myśleć Kurdowie, którzy stanowią znaczną większość na tych obszarach, że są nieszczęśliwi? Abdullach tłumaczył mi, że reformy wprowadzone za rządów partii AKP są fikcją i mają charakter propagandowy. Przykładem takiej polityki jest uruchomienie telewizji państwowej nadającej po kurdyjsku. Od początku 2009 telewizja TRT 6 rozpoczęła nadawanie programu po kurdyjsku co przedstawiano w Europie w tym w Polsce jako dowód na dobre intencje władz tureckich. Demirbasz mówi, że telewizji tej prawie nikt nie ogląda ponieważ emituje ona programy o przyrodzie, albo przedstawia turecką propagandę rządową w kurdyjskiej wersji językowej. Rzeczywiście podczas mojego pobytu w Kurdystanie w wielu miejscach gdzie zbierają się Kurdowie widziałem non stop włączoną Roj TV – telewizję satelitarną nadającą po kurdyjsku z Danii. Do niedawana Roj TV była w Turcji nielegalna, a za jej oglądanie groziły sankcje. Zdaniem Demirbasza chodzi wyłącznie o pokazanie Unii Europejskiej, że coś się w sprawie kurdyjskiej dzieje podczas gdy w rzeczywistości utrzymywane jest status quo. Kurdowie w dalszym ciągu są obywatelami drugiej kategorii, w dalszym ciągu za mówienie po kurdyjsku grożą represje, i w dalszym ciągu wypowiadając na ulicy słowo Kurdystan ścisza się głos i nerwowo patrzy za siebie...Kurdystan oficjalnie bowiem nie istnieje – trzeba mówić południowy-wschód. W maju tego roku aktywiści kurdyjscy mówili mi, że bardzo często podczas wyborów część głosów ginie lub dochodzi do innych naruszeń ordynacji na niekorzyść ich kandydatów. Pytałem czy prowadzą niezależny monitoring wyborów, czy mają przeszkolonych obserwatorów w komisjach wyborczych. Wyglądali jakby nigdy nie słyszeli o takich rozwiązaniach. Jedyne metody, jakie znają to albo pójść w góry, albo walczyć z policją na ulicach. W Ukrainie i w Gruzji miliony dolarów wydano na szkolenia dla organizacji pozarządowych, które monitorowały wybory, szkoliły lokalnych obserwatorów, organizowały szkolenia z zakresu ordynacji wyborczej. Działania te zapewniały społeczną kontrolę procesu wyborczego. Pieniądze pochodziły w większości ze źródeł amerykańskich, nierzadko rządowych, a wykonawcami były zwykle polskie NGOs. Całemu procesowi towarzyszyła retoryka wspierania demokracji, rozszerzania obszaru euro-atlantyckich norm i wartości, etc. Trzeba spytać dlaczego tego typu transfer wiedzy, umiejętności i pieniędzy nie płynie do Kurdów w Turcji? Przecież ich sytuacja jest dużo, dużo gorsza od sytuacji opozycji ukraińskiej w roku 2004 czy od obecnej sytuacji opozycji w Białorusi. Marcin Starzewski |