|
Dawid Brajta
|
|
02.09.2011. |
Po moim krótkim pobycie w Norwegii, zawitałem w końcu do Holandii gdzie przez następne dwanaście miesięcy będę studiował na Uniwersytecie w Maastricht, miejscu narodzin współczesnej Unii Europejskiej. REKLAMA
Maastricht to miasto o pięknej starówce i niezliczonej ilości sklepów, które przyciąga zarówno mnóstwo turystów jak i studentów z całej Europy, jednak jeśli tylko opuści się ścisłe centrum miasta można zobaczyć prawdziwy postindustrialny krajobraz, opuszczone fabryki, blokowiska, stare, zaniedbane budynki. W samym centrum Maastricht nadal mieści się wymarły kompleks giganta holenderskiej armatury łazienkowej „Sphinx”, nie mniej jednak miasto ma swój specyficzny klimat. Z całą pewnością nie jest to typowa Holandia – płaski kraj znany z pocztówek, teren tutaj jest górzysty, a tradycyjnych wiatraków tak jak i pól pełnych tulipanów nie sposób znaleźć.
Po dwudniowej podróży z Oslo zatrzymaliśmy się z moją dziewczyną na kampingu zaraz za miastem. To co miało być tylko jedną nocą spędzoną w namiocie szybko zamieniło się w cały tydzień biwakowania w deszczu i błocie. Już drugiego dnia po przyjeździe obejrzeliśmy i wynajęliśmy mieszkanie, niestety wprowadzić się mogliśmy dopiero po upływie tygodnia, jak nam wytłumaczono z powodów formalnych, nieoficjalnie, właściciel naszego studio na poddaszu był nieosiągalny na urlopie.
Nie marnując czasu, ruszyliśmy na poszukiwanie studenckiej pracy. Po trzech tygodniach poszukiwań w mieście gdzie aż roi się od wszelakich ogłoszeń muszę stwierdzić, że Maastricht miejsce narodzin Unii Europejskiej znanej w dzisiejszym kształcie z pewnością zatraciło swojego europejskiego ducha. Znalezienie jakiejkolwiek pracy nie wymagającej znajomości Niderlandzkiego w chwili obecnej jest niemożliwością. Od sprzątania i zmywania po pracę w biurze i w call centre Niderlandzki jest wymagany na każdym niemal kroku. Znajomość polskiego i angielskiego nie wystarcza póki co nawet na czyszczenie restauracji i obieranie ziemniaków. Jak na razie jedyną ofertą jaką dostałem od agencji pośrednictwa pracy było ciśnieniowe zmywanie krowich wnętrzności w rzeźni, żadna praca nie hańbi oj nie, jednak praca w rzeźni nie jest dla mnie, a nawet jeśli, to godziny pracy kolidowałyby z moimi zajęciami na uniwersytecie. Muszę napisać, że do tej chwili pracodawcy w Maastricht, którzy przychylnie reagowali na brak znajomości Niderlandzkiego i CV napisane w języku angielskim zmieniali się nie do poznania gdy słyszeli, że tak naprawdę pochodzę z Polski. Mam ogromną nadzieję, że to pierwsze wrażenie zostanie szybko zatarte i za rok wyjeżdżając z Maastricht z uśmiechem będę czytał ten artykuł.
Prawdziwie Europejski klimat, będąc w Maastricht, czuję dopiero przebywając w moim nowo wynajętym mieszkaniu, a tak naprawdę mieszkam w Belgii. Maastricht to mała Holenderska wysepka z jednej strony otoczona przez Niemcy a z drugiej przez Belgijską Flandrię i Walonię. Dom z numerem „2” na mojej ulicy jest jeszcze oficjalnie w Holandii, moje mieszkanie z numerem „4” jest już w Belgii, granicy nie sposób zauważyć. Kiedy wychylam głowę przez okno widzę tylko urzędowe znaki graniczne dwóch państw. Codziennie przekraczam granicę kilka razy, na Uniwersytet mam dziesięć minut jazdy rowerem a do Holandii, dwa i pół metra. Belgijsko – Holenderska współpraca przygraniczna jest niesamowita, np. autobusy z belgijskiego Lanaken regularnie przewożą mieszkańców Maastricht po ich mieście. W telewizorze mam zarówno belgijską jak i holenderską telewizję, a mieszkanie chociażby dwa metry za granicą holenderską pozwala zaoszczędzić na czynszu około dwieście Euro na miesiąc. Czasem myślę sobie, że sen Roebrta Shumana się spełnił - ja normalny chłopak z Polski mieszkam w Belgii, a studiuję w Holandii. Mój sen spełni się jak tylko uda mi się znaleźć pracę i przebrnąć przez studia bez popadania w długi.
Dawid Brajta 28.08.2011 Z granicy Belgijsko – Holenderskiej |
|
|