Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Strona główna
Andrzej Guzowski: Co zrobić z prawie nuklearnym Iranem? Drukuj Email
( 2 głosy)




Andrzej Guzowski   
27.11.2011.

Listopadowe wydarzenia ponownie umiejscowiły Iran w centrum zainteresowania społeczności międzynarodowej. Przygotowany przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej raport wywołał lawinę komentarzy jeszcze przed opublikowaniem. Przez kilkanaście ostatnich dni Zachód wprowadził nowe sankcje wobec bliskowschodniego państwa, w planach są kolejne. Każe to jednak zadać zasadnicze pytanie: czy irański program nuklearny da się jeszcze powstrzymać czy też może raczej należy zacząć zastanawiać się nad nową polityką wobec, atomowego już, Iranu?

REKLAMA

Raport i jego konsekwencje

Treść raportu wyciekła do mediów na kilka dni przed jego upublicznieniem. Pomimo wzbudzenia ogromnego zainteresowania należy podkreślić, iż dokument w istocie nie zawiera żadnych rewolucyjnych treści, choć faktycznie jest najdalej idącym ze wszystkich dotychczasowych sprawozdań przygotowanych przez agencję. Wynika z niego, iż Iran od 2003 roku prowadzi aktywne działania zmierzające do stworzenia broni nuklearnej. W dokumencie znajdują się setki danych i informacji dotyczących szczegółów programu, w tym m.in. komputerowy model potencjalnej irańskiej głowicy nuklearnej, satelitarne zdjęcia ośrodka wojskowego w Parchin (gdzie prawdopodobnie prowadzone są testy z zapalnikiem broni jądrowej) oraz sprawozdania wywiadowcze USA, Izraela i Wielkiej Brytanii. Ponadto podkreśla się, że państwo to posiada 4,5 tony paliwa uranowego i prowadzi prace nad jego wzbogaceniem do 90%. Według ekspertów pozwoliłoby mu to na konstrukcję czterech głowic nuklearnych w ciągu roku. Opublikowanie raportu oznacza, iż Iranowi coraz trudniej utrzymywać, iż jego program nuklearny rozwijany jest w celach pokojowych i nie ma swojego wymiaru militarnego. W to nie wierzy już praktycznie nikt. Istotne jest także to, iż raport opiera się na danych sprzed kilkunastu miesięcy. Ciężko jednoznacznie określić, czy jego treść dobrze oddaje bieżącą sytuację. Dotychczasowe oceny ekspertów nt. postępu programu nuklearnego oraz przewidywania dotyczące prędkości jego rozwoju już kilkakrotnie okazywały się błędne. Możliwe więc, iż Iran jest dużo bliżej broni nuklearnej niż wynika to z dokumentu.

Reakcja państw zachodu na opublikowanie raportu była jednoznaczna. Wszystkie potępiły Teheran, wezwały go do zaprzestania programu oraz wznowienia współpracy z „bliskowschodnią szóstką” (USA, Francja, Wielka Brytania, Rosja, Chiny, a także Niemcy) oraz MAEA. Odpowiedź irańskich polityków i oficjeli była łatwa do przewidzenia. Skupili się oni na krytyce raportu, zaś zawarte w nim treści oraz konkluzje nazwali kłamstwami. Szef irańskiego parlamentu Ali Larijani zapowiedział nawet, iż instytucja ta „przemyśli” swoje stosunki z MAEA. Mahmud Ahmadineżad po raz kolejny natomiast podkreślił, iż jego państwo nie zrezygnuje z programu nuklearnego, gdyż prowadzi go tylko dla potrzeb cywilnych. W następnych dniach zachodnie państwa nałożyły indywidualnie na Iran nowe sankcje. Warto przy tym podkreślić zwłaszcza poważniejsze działania niektórych krajów starego kontynentu. Wielka Brytania wprowadziła zakaz prowadzenia interesów z irańskimi instytucjami finansowymi oraz bankiem centralnym. Do tego samego wezwały swoje instytucje oraz prywatne firmy Holandia i Francja. Konkretne działania podjęła też Unia Europejska jako całość. Kraje członkowskie wstępnie zgodziły się na przyjęcie „standardowych” sankcji (zakaz wjazdu oraz zamrożenie aktywów dla wybranych osób), których oficjalne potwierdzenie nastąpi 1 grudnia. W reakcji na to prezydent Iranu określił państwa wspólnoty mianem „marionetek USA”, podkreślając przy okazji, że zachodnie sankcje to tylko propaganda i że nie zaszkodzą one w drastyczny sposób gospodarce Teheranu. To jednak nie koniec. Francja i Wielka Brytania próbują obecnie przekonać pozostałe państwa członkowskie do wstrzymania kontaktów z irańskim przemysłem naftowym oraz zamrożenia aktywów banku centralnego bliskowschodniego kraju. 24 listopada rzecznik francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych Bernard Valero zasugerował, iż jego kraj zamierza dać pozostałym „dobry przykład” i unilateralnie ogłosić zakaz importowania irańskiej ropy. Jeszcze tego samego dnia paryska dyplomacja odcięła się jednak od tej wypowiedzi i podkreśliła, iż wszelkie tego typu działania będzie prowadzić tylko w zgodzie z partnerami. Nie zmienia to jednak faktu, iż pomysł ten jest przez Europę rozważany. Świadczyć może o tym to, iż już następnego dnia w prasie pojawiły się sugestie, jakoby Włochy planowały zachęcać swoje firmy do wstrzymania importu ropy z Teheranu. Wątpliwe jednak, by przeżywające kryzys ekonomiczny państwa Unii Europejskiej naprawdę stać było na (dobrowolne) długoterminowe odcięcie od irańskiej ropy.

Atakować? Ale kto ma to zrobić?

Pomimo wzmocnienia sankcji personalnych i gospodarczych przez zachodnie kraje, nikt chyba nie liczy na to, iż faktycznie powstrzymają one Iran przed rozwojem jego programu nuklearnego. Dotychczasowe rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ wymierzone w Teheran (ostatnia w czerwcu 2010 roku) nie ugodziły poważnie w reżim. Brak jest też „marchewki”, przy pomocy której dałoby się odciągnąć bliskowschodnie państwo od jego zamiarów. Wydaje się, że Iran przed zdobyciem broni atomowej powstrzymać może jedynie albo rewolucja społeczna albo zbrojna interwencja. To pierwsze rozwiązanie byłoby dla Zachodu nieporównywalnie bardziej „wygodne”. Problem zostałby usunięty przez siły wewnętrzne (ewentualnie wspierane potajemnie przez służby wywiadowcze), dzięki czemu udałoby się oszczędzić pieniądze, nie wystawiając przy tym na szwank zachodniego (i tak mocno już nadszarpniętego) wizerunku. Wydaje się jednak, że szanse na taki scenariusz są minimalne. Mahmud Ahmadineżad cieszy się pośród Irańczyków dużą popularnością. Jego mocno populistyczna polityka połączona z umiejętnym przedstawianiem Zachodu jako wroga (w czym uzyskuje wydatną „pomoc” ze strony USA) powodują, iż mieszkańcy nie widzą dlań alternatywy. Prezydent Iranu kontroluje także swoje zaplecze polityczne, nie pozwalając na pojawienie się ewentualnego rywala. Wszystko to odbywa się za aprobatą Ajatollahów.

Należy zatem zastanowić się na ile poważna wydaje się możliwość zbrojnego ataku. Libijski przykład pokazuje, iż państwa europejskie są skłonne zaangażować się militarnie w regionie w przypadku, gdy działania takie można usprawiedliwić drastycznym łamaniem praw człowieka przez siły państwowe w konflikcie z cywilami. Jak zostało już wspomniane, prawdopodobieństwo wybuchu powstania w Iranie, które mogłoby posłużyć jako pretekst do militarnej interwencji, jest znikome. Ciężko więc spodziewać się poważnego zaangażowania państw europejskich. Bardziej możliwy jest natomiast atak sił Izraela i/lub USA. Od kilku lat w prasie co chwila pojawiają się wypowiedzi przedstawicieli obu państw, sugerujące, iż tego typu akcja może wkrótce okazać się konieczna. O takim rozwiązaniu problemu najgłośniej mówiło się za czasów prezydentury George`a W. Busha, który enigmatycznie twierdził, że „żadna opcja nie jest wykluczona”. Teraz jednak sytuacja polityczna i gospodarcza zasadniczo się zmieniła. Barack Obama nie jest równie skłonny do militarnego interweniowania w tym regionie, o czym świadczyć może rezerwa z jaką Amerykanie podeszli do sytuacji w Libii. Ponadto, nadchodzący rok jest rokiem wyborczym, a obecny prezydent doskonale wie, że zaangażowanie amerykańskiego wojska w ewentualny konflikt w Iranie (w sytuacji, gdy siły USA wycofują się z Iraku i Afganistanu) nie przyniesie mu popularności. Nie pozwala mu też na to gospodarka Stanów – znajduje się ona w fatalnym stanie, a ciężko spodziewać się, by atak przyniósł jakiekolwiek dochody. Ponadto, jak pokazuje historia, w trudnych czasach Amerykanie nie lubią, gdy ich przywódca poświęca całą swą uwagę sprawom innym niż krajowe. Podczas gdy republikańscy kandydaci do prezydentury zapowiadają podjęcie drastyczniejszych środków („Jeżeli inne środki zawiodą, nie będziemy mieli innego wyjścia jak akcja militarna” - twierdził Mitt Romney podczas debaty prawyborczej), wizerunek spokojnego i wyważonego Obamy może zadziałać na jego korzyść.

Tykający zegar

Najwięcej do stracenia w całej grze ma Izrael, państwo, które według retoryki Mahmuda Ahmadineżada powinno zostać „zmiecione z powierzchni Ziemii”. Ewentualne uzyskanie przez Teheran broni nuklearnej stanowiłoby dla Tel Awiwu nie lada problem. Zbrojne zaangażowanie się Izraela w Iranie (np. poprzez sprawnie przeprowadzony nalot na instalacje nuklearne) jest potencjalnie możliwe, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, iż podobne działania przeprowadził on już w 1981 roku na terytorium Iraku w ramach operacji „Opera” (trzeba jednak powiedzieć, że atomowy program Bagdadu był mniej zaawansowany niż ma to miejsce dziś w przypadku Teheranu). O rozwiązaniu takim kilkakrotnie wspominał premier Benjamin Netanjahu, zaś tuż po opublikowaniu raportu MAEA prezydent Izraela Szymon Peres stwierdził, że atak jest coraz bardziej prawdopodobny. Państwo nie zajęło jednak oficjalnego stanowiska w sprawie raportu - podobno chciano uniknąć stwarzania wrażenia, iż wysuwa się ono na czoło kampanii przeciw Iranowi. Niemniej, Beni Gantz, zastępca szefa sztabu generalnego sił izraelskich, w trakcie spotkania z żołnierzami kazał im się przygotować na „wojnę na wszystkich frontach”. Wątpliwe jest jednak, by Izrael podjął decyzję o interwencji bez uzyskania zgody swego najbliższego sojusznika – Stanów Zjednoczonych. Te z kolei doskonale wiedzą, iż nawet krótka akcja zbrojna doprowadzi do destabilizacji sytuacji w regionie oraz kolejnego kryzysu gospodarczego. Rostam Qasemi, irański minister energetyki, oświadczył niedawno, iż w przypadku ataku, jego kraj uderzy w „amerykańskie i izraelskie interesy w regionie zatoki”. Eksperci sugerują, iż Teheran mógłby zamknąć dostęp do cieśniny Ormuz, przez którą przepływa ok. 40% światowych dostaw ropy (ok. 15,5 mln baryłek rocznie – głównie z Iranu, Iraku, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich). Trafia ona głównie do państw azjatyckich.

Z drugiej jednak strony jest wielce prawdopodobne, iż dla Izraela to ostatni moment by móc w jakikolwiek sposób powstrzymać dążenia Teheranu. Według Ehuda Baraka, ministra obrony w rządzie Netanjahu, za niespełna rok irańskich ambicji nie da się już powstrzymać. Z kolei Leon Panetta, jego amerykański odpowiednik, uważa, że działania bliskowschodniego państwa są już na tyle zaawansowane, iż nawet zbrojny atak cofnie program nuklearny co najwyżej o rok lub dwa. Wątpliwe, by jakiekolwiek trwałe efekty przyniosły natomiast akcje sabotażowe (choć ostatnia z nich, która najprawdopodobniej miała miejsce 12 listopada w bazie wojskowej w pobliżu Teheranu, okazała się sukcesem Tel Awiwu). Izrael znany jest z radykalnych decyzji – zarówno konflikt w Libanie w 2006 roku, jak i operacja „Płynny Ołów” miały na celu odbicie żołnierzy IDF. W związku z tym izraelski nalot na strategiczne cele w Iranie w najbliższych miesiącach jest jedną z możliwych opcji, aczkolwiek niezbyt prawdopodobną (zważywszy ewentualne negatywne konsekwencje takich działań). Warto przy tym zaznaczyć, że opublikowanie raportu MAEA nie jest tu żadnym punktem przełomowym – Izrael jest od dawna świadom wszystkich informacji w nim zawartych. Niemniej, reakcja społeczności międzynarodowej na to wydarzenie działa na korzyść Tel Awiwu i stwarza klimat, w którym interwencja nie jest całkowicie wykluczona. Z całą pewnością na możliwość taką przygotowali się decydenci w Iranie. Z raportu wynika, iż większość wirówek z głównego ośrodka nuklearnego w Natanz została w obawie przed atakiem przeniesiona do podziemi w Fordou, znajdującego się w pobliżu świętego dla szyitów miasta Kum. Ponadto, 26 listopada generał Amir Ali Hadżizadeh, szef lotnictwa Gwardii Rewolucyjnej Iranu, zapowiedział gotowość zaatakowania elementów systemu obrony przeciwrakietowej NATO w Turcji w przypadku zagrożenia ze strony Izraela bądź Stanów Zjednoczonych.

Nie wszyscy są na „tak”

Trzeba też podkreślić, że ewentualne ostrzejsze działania wobec Teheranu napotkają na sprzeciw niektórych państw. Rosja, jeden ze stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, posiada w Iranie bardzo ważne interesy geostrategiczne, a także militarne i ekonomiczne (m.in. ogromne inwestycje, a także kontrakty zbrojeniowe). W związku z tym możliwość zwiększenia sankcji wobec bliskowschodniego państwa (nie mówiąc już o zbrojnej interwencji) jest dla niej bardzo niekorzystna. Tuż po opublikowaniu raportu MAEA Moskwa wyraziła swoje rozczarowanie dokumentem. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow ogłosił, iż opiera się on na przypuszczeniach i domysłach, a agencja powinna ujawnić swoje źródła informacji. Przestrzegł także przed możliwością zaangażowania militarnego w Iranie, sugerując przy tym konieczność wznowienia rokowań. Innym ważnym graczem, który sprzeciwia się radykalnym działaniom są Chiny, które mają swój własny (północnokoreański) nuklearny problem. To głównie te dwa państwa blokują poważniejsze sankcje przeciw reżimowi w Teheranie. Przykładowo, przyjęta przez MAEA 18 listopada rezolucja (przygotowana przez członków „bliskowschodniej szóstki”) wyraża jedynie zaniepokojenie sytuacją, brak w niej natomiast odważniejszych postanowień bądź deklaracji. Oprócz dwóch światowych mocarstw należy także wspomnieć o niektórych państwach w Afryce, Azji Centralnej, a także Ameryce Łacińskiej. Zwłaszcza ten ostatni region przeżywa w ostatnim okresie wzrost zainteresowania Bliskim Wschodem. Ważną rolę odgrywają tu relacje osobiste - Mahmud Ahmadineżad jest bliskim przyjacielem Hugo Chaveza, prezydenta Wenezueli, oraz Evo Moralesa, przywódcy Boliwii. Państwa regionu łączą z Iranem więzi polityczne (opierające się głównie na krytyce polityki USA) oraz (mające coraz większe znaczenie) gospodarcze. Dodatkowo, na przełomie 2010 i 2011 roku większość z nich zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, co można uznać za wyraźne opowiedzenie się po stronie przeciwników Tel Awiwu i Waszyngtonu.

Nuklearny Iran – i co dalej?

Biorąc wszystkie powyższe fakty pod uwagę należy rozważyć sytuację, w której Teheran rzeczywiście zdobędzie broń nuklearną. Jakie implikacje będzie to miało dla świata oraz dla państw regionu? Na wstępie warto podkreślić, że irański program nuklearny nie jest wytworem ostatnich kilku lat. Zainteresowanie tego państwa energią jądrową sięga drugiej połowy lat pięćdziesiątych. W 1957 roku podpisano umowę o współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w ramach programu „Atom dla Pokoju”, zaś w 1967 roku USA dostarczyły Iranowi pierwszy reaktor badawczy. Wraz z wybuchem rewolucji 1978-1979 roku rozwój programu uległ wstrzymaniu. Po wojnie iracko-irańskiej prace nad nim zostały wznowione, zaś wraz z dojściem Mahmuda Ahmadineżada do władzy nastąpił jego bardzo szybki rozwój. Posiadanie energii nuklearnej ma dla Irańczyków ogromne znaczenie. Są oni potomkami perskiego imperium, co wzbudza w nich poczucie dumy i wielkości.

Ewentualne uzyskanie broni nuklearnej wzmocniłoby status i prestiż państwa. Świadom tego jest Ehud Barak, twierdząc, iż gdyby był obywatelem Iranu (co przywodzi na myśl jego słynną wypowiedź „Gdybym był Palestyńczykiem…”), to chciałby by jego kraj miał broń nuklearną. Podkreślił przy tym, że na dążenia Teheranu wpływ ma nie tylko izraelska obecność na Bliskim Wschodzie, ale też fakt posiadania głowic przez Chiny, Pakistan czy Rosję. Ewentualne zdobycie broni atomowej przez Iran niewątpliwie zmieni układ sił w tej części świata. Niektórzy uważają, że Teheran jest graczem nieprzewidywalnym i wyposażony w tego typu technologię będzie stanowił ogromne zagrożenie dla pozostałych państw, zwłaszcza Izraela. Wydaje się to jednak opinia przesadzona. Iran postępuje w sposób dużo bardziej racjonalny niż jest to mu zazwyczaj przypisywane. Niemożliwe wydaje się, by użył on broni nuklearnej w celach ofensywnych (chyba że odwetowych) przeciw Izraelowi, zważywszy zwłaszcza na różnicę potencjałów obu państw (Izrael ma prawdopodobnie ok. 100 głowic) oraz ewentualną reakcję społeczności międzynarodowej. Faktycznie jednak, dzięki arsenałowi atomowemu Teheran miałby szansę stać się przeciwwagą dla Tel Awiwu w regionie bliskowschodnim (ograniczając tym samym izraelskie możliwości oddziaływania), budując jednocześnie swoją pozycję wobec sąsiadów. Szanse na regionalne przywództwo są jednak znikome. Coraz mocniejsze wpływy irańskie są, co prawda, dostrzegalne w Iraku (z którym łączy go szyicka tożsamość religijna) oraz, można rzec tradycyjnie, w Syrii i Libanie. Z drugiej jednak strony nie-arabskie pochodzenie Irańczyków wzbudza poczucie odrębności i powoduje, iż pozostałe państwa Bliskiego Wschodu nie byłyby prawdopodobnie szczególnie zainteresowane takim rozwiązaniem. Ponadto, sprzeciw wobec polityki Teheranu zgłaszają inne kraje zainteresowane statusem regionalnego mocarstwa – Turcja, Egipt oraz Arabia Saudyjska. Napięcia pomiędzy tymi państwami są wyraźne, a wzrost siły jednego z nich automatycznie oznaczać będzie reakcję pozostałych. Broń nuklearna w rękach Iranu doprowadzi zatem niewątpliwie do wyścigu zbrojeń na Bliskim Wschodzie.

Z punktu widzenia szerszej społeczności międzynarodowej takie rozwiązanie będzie miało poważne konsekwencje dla reżimu nieproliferacyjnego (NPT), ustanowionego w 1968 roku. Wystąpienie z NPT (którego Iran formalnie nadal jest członkiem) nie jest co prawda zjawiskiem nowym (dokonała tego już Korea Północna), zaś niektóre państwa, jak np. Izrael, Indie czy Pakistan, do układu nigdy nie przystąpiły. Osiągnięcie przez Teheran możliwości nuklearnej będzie oznaczało jednak nieformalne zachęcenie innych państw do podjęcia podobnych działań. Z drugiej jednak strony trudno wskazać kraje, które obecnie „stać” byłoby na całkowite „pójście pod prąd” społeczności międzynarodowej. Ważne jest natomiast to, iż Zachód (zwłaszcza USA) nie jest w stanie wyegzekwować postanowień tak ważnego układu. Każe to poddać w wątpliwość skuteczność metod jego oddziaływania w różnych regionach świata. Pytanie jednak, jak będą wyglądały stosunki państw euroatlantyckich z Iranem po zdobyciu przezeń broni atomowej. Wątpliwe by możliwa była dłuższa izolacja, zważywszy na ogromne znaczenie surowcowe i polityczne tego państwa. Po jakimś czasie Zachód będzie musiał zaakceptować nową sytuację i na nowo uregulować swoje relacje z Teheranem. Było to możliwe w przypadku Indii i Pakistanu – czemuż by nie Iranu?

Interwencja sił izraelskich i/lub amerykańskich wydaje się obecnie jedynym sposobem na powstrzymanie dążeń Iranu do broni jądrowej. Rozwiązanie takie miałoby jednak wiele negatywnych konsekwencji – wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie, a także kolejny kryzys ekonomiczny. Nie wiadomo też na jak długo powstrzymałaby ona Teheran przed powrotem na ścieżkę zbrojeń. W związku z tym należy założyć, że prędzej czy później Iran osiągnie zdolność atomową. Wydaje się jednak, iż państwo to postrzega broń nuklearną nie jako narzędzie militarne (bardzo wątpliwe, by w ogóle rozważane było jakiekolwiek jej użycie), lecz polityczne, znacznie wzmacniające jego pozycję w regionie i w świecie. Z tego punktu widzenia koniecznym wydaje się powolne godzenie się z wizją „atomowego Iranu” i opracowywanie nowych strategii polityki zagranicznej wobec tego państwa.

Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Miasta:  Teheran  
Organizacje:  Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej  
Osoby:  Mahmud Ahmadineżad  
Panstwa:  Iran - Islamska Republika Iranu  
Inne:  Broń Atomowa  
Zgadzam się z przewidywaniami Autora, że zamiast demonizować Iran w sytuacji strategicznej impotencji, bardziej przydałaby się w USA i Europie korekta polityk bliskowschodnich o przymiotnik "atomowy" przy państwie Persów. Odrobina wyobraźni sprawia z resztą, że dążenia nuklearne Teheranu wydają się całkiem zrozumiałe. Osobiście najbardziej jestem ciekawy tego, co zrobi Arabia Saudyjska, jako największy "ideologiczny" rywal Iranu w świecie arabskim i chyba jedyny potencjalny kandydat do wejścia w posiadanie broni atomowej w tym regionie.
ZoltY, 2011/11/27 06:26
Co do tego że Iran nie będzie traktował broni nuklearnej jako narzędzia militarnego to nie byłbym taki pewny
stefan47, 2011/11/27 09:25
Nikt nic nie zrobi Rosja na nic nie pozwoli a amerykanie boją się Rosji jak ognia to samo dotyczy Syrii.
stefan47, 2011/11/27 09:18
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

W trakcie nieformalnego spotkania Rady Europejskiej w Brukseli (23.05) przywódcy państw UE nie znaleźli porozumienia w sprawie środków koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego w Europie.
więcej...
Unia Europejska zaskarżyła Argentynę przed Światową Organizacją Handlu (WTO), zarzucając krajowi z Ameryki Południowej stosowanie niedozwolonych ograniczeń w imporcie.
więcej...
Fala kryzysu finansowego, która w 2009 roku przelała się ze Stanów Zjednoczonych na kontynent europejski uderzyła w najsłabsze punkty gospodarek państw Unii Europejskiej, pogarszając sytuację w sektorze bankowym i/lub powodując zadłużenie finansów publicznych ponad progi...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny