Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Karol Wasilewski: O jedną pogróżkę za daleko?

Karol Wasilewski: O jedną pogróżkę za daleko?


27 listopad 2011
A A A

W ciągu kilku ostatnich lat liczni publicyści i eksperci straszyli świat perspektywą sojuszu turecko-irańskiego. Wydarzenia bieżące pokazują jednak, że rację mogli mieć ci, którzy twierdzili, że za uśmiechami przywódców obu państw ukryta jest rywalizacja o przywództwo w regionie.

Adwokat diabła

Można powiedzieć, że na powstanie opinii o sojuszu Ankary i Teheranu złożyło się kilka czynników. Decydujący był tu fakt, że Turcja niezbyt przychylnie zapatrywała się na sankcje, które miały być nakładane na Iran w związku z jego programem nuklearnym. W maju 2010 r., wraz z Brazylią, zaproponowała rozwiązanie, które miało zadowolić wszystkie strony. Jak wiemy z porozumienia nic wielkiego nie wyszło, gdyż wkrótce Rada Bezpieczeństwa (przy sprzeciwie Turcji i Brazylii) zadecydowała o przyjęciu nowych sankcji. Do tego doszedł jeszcze problem zastoju w procesie negocjacyjnym z Unią Europejską i teoria spiskowa gotowa. Premier Erdoğan ma dość. Jest świadomym rosnącej siły i pozycji swego kraju i chce pokazać Europie, że robi błąd zakładając, że kraj znad Bosforu jest na nią skazany. Teraz pokaże swoją prawdziwą twarz, odwróci się od Starego Kontynentu i wraz z Iranem stworzy konkurencyjny blok. Powiało grozą. Con Cauglin z „The Telegraph” chwytliwie zatytułował swój artykuł pisząc: „ Sojusz Turcji z Iranem jest zagrożeniem dla światowego pokoju”. Anna Mahjar Barducci z „Hudson New York” pisała o nowym antyzachodnim sojuszu, a BBC zastanawiało się, jak Zachód powinien zareagować na turecko-brazylijską propozycję. Temat tak rozbudził wyobraźnię dyskutantów, że jeden z nich w przypływie emocji napisał, że „Turcja powinna zostać natychmiastowo wyrzucona z UE”. Oliwy do ognia dolało popsucie relacji Ankary z Tel Awiwem, które było skutkiem szturmu izraelskich komandosów na tzw. Flotyllę Wolności pod koniec maja 2010 r. Niektórzy komentatorzy twierdzili, że świat nieuchronnie zmierza w kierunku starcia cywilizacji islamskiej z chrześcijańską. Premier Turcji pod rękę z prezydentem Iranu mieliby rzucić wyzwanie „Wielkiemu Szatanowi” i rozpocząć swoją własną „krucjatę”.

A może zwykły realista?

Dlaczego Ankara była tak niechętna nakładaniu sankcji na Teheran? Czy rzeczywiście turecko-brazylijski sprzeciw był spowodowany wyłącznie chęcią zademonstrowania siły tych wschodzących mocarstw? Czy Turcja naprawdę chciała odciąć się od Europy, do której przez tyle długich lat tak bardzo starała się zbliżyć?

Wydaje się, że aby znaleźć odpowiedź na te pytania nie trzeba szukać daleko. Wszelkie zbyt głębokie próby analizy zdają się być niepotrzebne. Wystarczy krótkie spojrzenie na mapę i uzmysłowienie sobie kilku, dość oczywistych, faktów. Europie i Stanom Zjednoczonym dużo łatwiej pogodzić się z koniecznością ograniczenia relacji z Iranem, niż Turcji, która leży w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Jak podaje gazeta Zaman wolumen handlu między sąsiadami sięga obecnie blisko 11 miliardów dolarów. Do niedawna obie strony chciały zwiększyć tę kwotę do 30 miliardów. Liczący 70 milionów mieszkańców Iran to doskonała okazja do inwestycji dla rozwijającej się w niesamowitym tempie gospodarki tureckiej. Z powodu sankcji, tureckim firmom trudno jest działać w sąsiednim kraju. Potencjał Turcji doskonale rozumie też Iran. To właśnie przez swojego północno-zachodniego sąsiada stara się „przełamać” embargo. Obserwatorzy szacują, że obroty z nielegalnego handlu między podmiotami z obu państw sięgają 4 miliardów dolarów. Irańczycy radzą sobie również z embargiem na transakcje finansowe. Papierowe pieniądze, jak za starych dobrych lat, wędrują od ręki sprzedającego do kupującego.  

Nie należy zapominać także o jeszcze jednym, bardzo ważnym fakcie. Zarówno Turcja, jak i  Iran mają problem z separatystami kurdyjskimi. Wszelkie formy współpracy, takie jak wymiana informacji, w walce z terrorystami są nieocenionym atutem. Gdyby Ankara zdecydowała się na przecięcie więzów z Teheranem, Iran mógłby zrewanżować się rozpoczęciem negocjacji z separatystami. W polityce nie ma bowiem sentymentów. To z kolei mogłoby spowodować, że terroryści mogliby przegrupować siły i jeszcze aktywniej działać na terytorium Turcji. Dla kraju znad Bosforu, który od lat nękany jest przez Partię Pracujących Kurdystanu (PKK), byłby to ogromny problem.

Rysy na szkle

Wydaje się, że ostatnimi czasy w relacjach turecko-irańskich znacznie częściej gości atmosfera rywalizacji, niż współpracy. Możemy to wyraźnie dostrzec dzięki Arabskiej Wiośnie. Wcześniej bowiem eksperci, którzy nie wierzyli w koncepcję sojuszu Ankary i Teheranu, należeli do mniejszości. Wkrótce okazało się jednak, że Turcja i Iran bardzo się od siebie różnią. Choć rzeczywiście trudno było to dostrzec, jeśli ktoś zakładał, że postępująca demokratyzacja, która dokonywała się pod rządami Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) jest tylko zwykłą maską. Wraz z traceniem władzy przez kolejnych dyktatorów, coraz głośniej mówiło się, że model turecki jest właśnie tym, na którym mogłyby wzorować się rodzące się demokracje na obszarze Bliskiego Wschodu. Popularność Turcji rosła, a premier Erdoğan podczas wizyt w „wyzwolonych” krajach, przez „arabską ulicę” przyjmowany był niczym gwiazda pop. To nie podobało się Iranowi. Okazało się bowiem, że nie teokratyczny Iran, a świecka i demokratyczna Turcja może być wzorem dla niektórych, głęboko religijnych społeczeństw regionu. Należy dostrzec także drugie dno tego problemu. Jeśli, wraz z Turkami, przyjmiemy bardzo optymistyczne założenie, że proces rozmontowywania despotii na Bliskim Wschodzie będzie kontynuowany, wkrótce okaże się, że Iran będzie jednym z niewielu państw regionu, co do którego trudno użyć przymiotnika demokratyczny.

Nic jednak tak nie zabolało Teheranu jak stanowisko Ankary wobec Damaszku. Turcja początkowo wstrzymywała się od potępiania syryjskiego prezydenta. Proponowała reformy, rozmawiała, dawała kolejne szanse. Z pewnością duży wpływ na postępowanie tureckiej dyplomacji w tym zakresie miała osobista przyjaźń premiera Erdoğan z Basharem al-Assadem. W końcu jednak cierpliwość Ankary została wyczerpana. Turcja przyłączyła się, a wkrótce przejęła wiodącą rolę, wśród grona państw, które jednoznacznie potępiały syryjskiego prezydenta. Niedawno sam turecki premier w bardzo ostrych słowach skrytykował działania Assada zalecając mu wyciągnięcie wniosków z losu, który spotkał Hitlera. Iran natomiast pozostał państwem wspierającym syryjską władzę. To otworzyło puszkę Pandory.

Kopanie dołków

Oficjalnie wszystko jest w jak najlepszym porządku. W październiku ministrowie spraw zagranicznych Turcji i Iranu spotkali się i ustalili, że muszą bardziej intensywnie współpracować w zakresie walki z terrorystami. Ankara nie dawała także wiary w próbę zabójstwa saudyjskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych, który podobno miały zlecić władze irańskie. W mediach pojawiało się jednak coraz więcej informacji, które pozwalały wątpić w to, czy stosunki między sąsiadami są w rzeczywistości tak dobre, jak wyglądało to w sferze oficjalnej.

Pierwszym sygnałem, że Turcja zabezpiecza się na każdą ewentualność mogła być wrześniowa zgoda władz na rozmieszczenie na terytorium kraju elementów natowskiej tarczy antyrakietowej. Pierwsze reakcje strony irańskiej były dość wyważone. Hassan Ghashghavi, który piastuje stanowisko wiceministra spraw zagranicznych, cytowany przez agencję IRNA powiedział: „Iran i Turcja są sąsiadami i przyjaciółmi w pełni zdolnymi do utrzymania własnego bezpieczeństwa bez zaangażowania obcych”. Dodał także, że „obecność państw nie należących do regionu, nie tylko nie pomoże w podniesieniu poziomu bezpieczeństwa w regionie, ale raczej przyczyni się do jego pogorszenia”. Wkrótce jednak pojawiły się reakcje ostrzejsze. Jeden z doradców ajatollaha Chameneiego powiedział, że „zachowanie tureckich polityków względem Syrii i Iranu jest złe. Myślę, że postępują zgodnie z celami Ameryki”.

Nie zapomniał przy tym wspomnieć, że w tej sytuacji osiągnięcie wcześniejszych założeń, które ustalono w zakresie handlu, może być trudne. Zanim dojdziemy do słów, które 26 listopada wywołały burzę we wszystkich serwisach informacyjnych świata, wypada przyjrzeć się innym wydarzeniom, które sygnalizowały, że w relacjach irańsko-tureckich nie układa się najlepiej.

W połowie października w tureckich mediach pojawiła się informacja o wydarzeniu, które miało miejsce na przełomie maja i czerwca. Trzech nauczycieli akademickich, którzy udali się na konferencję naukową do Teheranu, zostało zatrzymanych przez odpowiednie władze. W areszcie przetrzymywano ich przez 12 dni. Przesłuchiwano  pod kątem szpiegostwa na rzecz Stanów Zjednoczonych. W końcu, na skutek osobistej interwencji tureckiego ministra spraw zagranicznych, zostali zwolnieni z aresztu. Sprawę uznano za incydent, jednak zdziwienie może budzić fakt, że na jaw wyszła mniej więcej w czasie, w którym Teheran krytykował Ankarę za zgodę na rozmieszczenie elementów tarczy antyrakietowej. W dyplomacji doprawdy trudno o przypadek.

Wiele nieprawdopodobnych wręcz informacji obiegło tureckie media także w związku z separatystami kurdyjskimi. Jeszcze w sierpniu pojawiła się informacja, że Iran pochwycił Murata Karayılana, który zaraz po Öcalanie, jest prawdopodobnie drugą najważniejszą postacią w PKK. Wiadomość ta zdominowała tureckie media. Odpowiedni przedstawiciele Turcji i Iranu zaprzeczyli później tym doniesieniom. Twierdzili, że doszło do nieporozumienia, ponieważ Iran rzeczywiście zatrzymał członka PKK o imieniu Murat, ale nie był to Karayılan. Zdziwienie budził jednak fakt, że przez długi czas terrorysta sam nie wydał żadnego oświadczenia, w którym zaprzeczałby tym informacjom. Wkrótce niczym grom z jasnego nieba pojawiła się inna wiadomość. Tureckie gazety pisały, że Damaszek i Teheran, w razie zaostrzenia konfliktu z Ankarą, mogą współpracować z Kurdami w celu utworzenia niepodległego państwa. Większość jego terytorium miałaby oczywiście obejmować południowo-wschodnią część Anatolii. Wśród niektórych kręgów odżyły teorie spiskowe. Twierdzono, że być może rzeczywiście zatrzymano Karayılana, jednak wypuszczono go, ponieważ zawarto z nim taką właśnie umowę o współpracy. Wydaje się jednak, że jest to wielce nieprawdopodobne. Teheran ma bowiem własne problemy z separatystami kurdyjskimi.  Ciekawy jest jednak fakt, że w tureckich mediach w ogóle pojawiły się takie domysły i insynuacje. Z pewnością pokazuje to, jakie konsekwencje może nieść dla Turcji rozbrat z Iranem. Znając historię trudno wykluczać jakiekolwiek rozwiązania.

Kolejnym dowodem na to, że Turcja wycofuje się ze ściślejszej współpracy z Iranem może być odrzucenie propozycji złożonej przez Irańczyków w połowie listopada. Władze irańskie zaproponowały swoją pomoc przy budowie w Turcji elektrowni atomowej. Turecki minister energii i zasobów naturalnych Taner Yıldız odrzucił jednak tę ofertę.

W końcu dochodzimy do 26 listopada. Serwisy informacyjne z całego świata donosiły, że irański gen. Amir Ali Hajizadeh powiedział, że „w razie zagrożenia, uderzymy w natowski system rozlokowany w Turcji, a później zaatakujemy inne cele”. Wypowiedź ta, jeśli wkrótce nie zostanie zdementowana, może być początkiem prawdziwej zimnej wojny między sąsiadami. Jeśli okaże się nieprawdziwa, bądź też jeśli okaże się, że słowa generała zostały źle odebrane, przetłumaczone itp.,  po raz kolejny pragnę zapewnić czytelników, że nic nie dzieje się przez przypadek. Komunikat został wysłany.

Wydaje się, że opisane wyżej przykłady pozwalają sądzić, że stosunki turecko-irańskie nie układają się aż tak dobrze, jak twierdzili niektórzy eksperci. Choć Ankara i Teheran różnią się od siebie, ze względu na położenie geograficzne i potencjał gospodarczy są skazane na współpracę. Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że w ich relacjach dominującym czynnikiem wydaje się być rywalizacja o dominację w regionie. Jeśli Bliski Wschód nadal będzie podążał w kierunku wytyczonym przez Arabską Wiosnę, można sądzić, że prędzej niż teokratyczny Iran, wygra ją demokratyczna Turcja. Teorię o sojuszu sąsiadów, który miałby rzucić na kolana Zachód, można chyba na razie odłożyć na półkę. Czy w związku z tym można sformułować tezę, że Teheran szykuje się do wojny? Wydaje się, że irańscy liderzy musieliby być szaleni. Potęga militarna Ankary zdaje się być zbyt znacząca, żeby Iran mógł pozwolić sobie na coś więcej, niż mało dyplomatyczne pogróżki. Na relacje turecko-irańskie trzeba patrzeć przez pryzmat brutalnego realizmu. Oba państwa zdecydują się na takie działania, jakie w danej chwili będą im się najbardziej opłacały. Aby jednak móc bardziej precyzyjnie sformułować odpowiedź na pytanie, w którym kierunku potoczą się stosunki irańsko-tureckie, musimy poczekać na reakcję tureckich władz na słowa irańskiego generała.  

Artykuł ukazał się również na stronie Przeglądu Spraw Międzynarodowych Notabene