|
Piątego stycznia, wraz z przeniesieniem Julii Tymoszenko do kolonii karnej Kaczaniwska w Charkowie, zaczął się nowy rozdział "sprawy Tymoszenko". Sprawy, która zelektryzowała świat, a w Ukrainie stała się pierwszym przykładem złamania żelaznej zasady tamtej polityki – nie sądzimy liderów partii politycznych. Bo każdy z nich doskonale wie, że nie jest bez winy. REKLAMA
Strona 1 z 3 Ukraińskie media od miesięcy żyją sprawą Tymoszenko. Praktycznie nie ma dnia, by na najważniejszych portalach informacyjnych nie pojawiło się od kilkunastu do czasem nawet kilkudziesięciu newsów, artykułów, komentarzy na ten temat. Jednak dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że Ukraińcy żyją tym tematem. Wybrali drogę, która towarzyszy im od 2004 roku, po zakończeniu manifestacji na Majdanie – patrzenia na wydarzenia z boku, bez aktywnego brania w nim udziału. PASYWNOŚĆ SPOŁECZEŃSTWA  Zawiedzione nadzieje. Pomarańczowa rewolucja 2004. Ta pasywność wynika z trzech rzeczy – typowego dla postkarnawałowego społeczeństwa (uznając, że pomarańczowa rewolucja takim swoistym karnawałem wolności była) wyciszenia, jak i przede wszystkim gigantycznego rozczarowania klęską idei zmian, którą poparła większość Ukraińców w roku 2004. Jednak istnieje jeszcze trzecie element wpływający na ten brak aktywnej obrony Tymoszenko przez dużą część Ukraińców. Jest to po prostu najzwyklejsza... niechęć do byłej premier Ukrainy. Padła ona ofiarą własnych rządów, wiecznych kłótni z Juszczenką, jak i gigantycznej maszynerii PR, którą wykorzystywała kreując swój wizerunek "matki ukraińskiego narodu". Jednym z kulminacyjnych momentów w którym ukraińskie społeczeństwo poczuło PR-ową nadaktywność Tymoszenko była epidemia świńskiej grypy z 2009 roku. Wówczas pani premier jeszcze raz rozpętała gigantyczną akcję propagandową. Z jednej strony rysując obraz niemal apokalipsy, która spadła na Ukrainę, z drugiej odwiedzając ciągle szpitale z chorymi i zakazując przez kilka tygodnii chodzić uczniom i studentom na zajęcia, absolutnie nie trafiła w oczekiwania ludzi, którzy całą tamtą sprawę przyjęli ze znacznie większym spokojem, niż władze. Wszystkie zabiegi Tymoszenko uznali za przesadę i zbędną, kosztowną grę PR. Bo o żadnej apokalipsie spowodowanej świńską grypą mowy być nie mogło i już wówczas Tymoszenko roztrwoniła resztki swojego politycznego kapitału. Ważniejsze jest jednak to, że apokalipsa na Ukrainę faktycznie spadła i to również w roku 2009. Tyle tylko, że spowodowana była ona wirusem klęski gospodarczej i ekonomicznej, który zaatakował wówczas Ukrainę. Tymoszenko – o czym wielu dzisiaj zapomina – w roku 2009 prowadziła wręcz fatalne rządy. Kryzys absolutnie wgniótł w ziemię ukraińską gospodarkę i społeczeństwo odczuło go bardzo silnie na swojej skórze.  Epidemia świńskiej grypy. Październik-listopad 2009. Nic więc dziwnego, że w badaniach ukraińskiego Centrum Razumkowa poparcie dla byłej pani premier na chwilę przed aresztowaniem wynosiło 12 proc. Znacznie większym zaskoczeniem jest to, że już po jej zatrzymaniu, wynik poprawił się jedynie o... 2 punkty procentowe. Co więcej, działań "pięknej Julii" nie akceptuje stale prawie 60 proc. ankietowanych! To wypalenie się mitu i symbolu Julii widać było zresztą nawet podczas manifestacji przeciwko jej aresztowaniu. Ich liczebność systematycznie spadała, a nawet podczas największych zgromadzeń, ilość uczestników rzadko przekraczała 1000 osób. Dodajmy, że w dniu przewiezienia Tymoszenko do charkowksiej kolonii karnej, manifestantów było ok. 100, a i tak władze nie wyraziły zgody na ich obecność i rozbicie miasteczka namiotowego pod bramą zakładu.
|