Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Anna Przybyll: Niemcy dobre, Niemcy złe

Anna Przybyll: Niemcy dobre, Niemcy złe


17 maj 2012
A A A

Wersja pierwsza. Niemcy są demokratycznym państwem, ceniącym pokój i wolność, które z uśmiechem na ustach odkupuje finansowo i symbolicznie swoje winy. W stosunkach międzynarodowych kieruje się zasadami nieangażowania się w konflikty zbrojne i pokojowego rozstrzygania sporów. Wersja druga. Niemcy to odradzający się hegemon, prowadzący Realpolitik pod przykrywką pacyfistycznych deklaracji; kraj po cichu odbudowujący swój potencjał militarny i ekonomiczny; kraj, który dla własnego bezpieczeństwa trzeba trzymać w szachu.

W taki sposób Niemcy są postrzegane przez swoich sąsiadów. Wahadło z neutralności czy sympatii w stosunku do RFN na obawę i niechęć przesuwa się w zależności od stopnia zaangażowania Niemiec w proces integracji europejskiej. Ale nigdy nie osiąga optimum. Mocne zaangażowanie Niemiec skutkuje tym, że w mediach europejskich natychmiast powstaje kolosalna sala brunatnego strachu. Małe zaangażowanie przynosi pretensje, dlaczego Niemcy się alienują, skoro są bogate i dodatkowo ponoszą specjalną odpowiedzialność.

Podobny dualizm w autopercepcji mają sami Niemcy. Cztery lata temu wysokiej rangi dyplomata z RFN opowiadał grupie studentów, że Warszawa jest wspaniałym miejscem na pobyt dla niemieckich adeptów służby zagranicznej, i że posiada status „placówki A”, czyli najbardziej prestiżowej, na równi z Londynem i Paryżem. W kuluarach pytam go, czy gdyby nie przeszłość, Warszawa również zajmowałaby taką pozycję. – Nie, wtedy nie. Warszawa jest „A” ze względu na niemieckie krzywdy wyrządzone Polakom. – odpowiada po krótkim namyśle. Drążę dalej. Czyli, gdy wasze wyrzuty sumienia miną, ten status może się za kilka pokoleń obniżyć? –Tak – mówi krótko, ale zdecydowanie lekko zawstydzony dyplomata. I szybko zmienia temat.

Luty 2012, Berlin, rozmawiam z młodym doktorem nauk politycznych, specjalistą od bezpieczeństwa w jednym z wiodących think-tanków. Pytam go, dlaczego Niemcy wciąż mają opory, żeby używać broni palnej w Afganistanie. Jeśli wybili się na normalność, to dlaczego wciąż powołują się na przeszłość? Przecież młode pokolenie ma dość wymachiwania na każdym kroku moralną maczugą. Otrzymuję długie wyjaśnienie tego zjawiska. - Bo my nie jesteśmy pewni, jak się zachowamy jako naród, gdyby wybuchła duża wojna. Dlatego boimy się nawet zaczynać od udziału w małej. Bundeswehra jest wielka w oczach sąsiadów, a dla nas to najgorsza armia w naszych dziejach, powód do wstydu. Każdy Niemiec marzy po cichu o potężnym, niezależnym od NATO, wspaniale wyposażonym wojsku. I każdy wie, co by się wydarzyło, gdybyśmy taką armię posiadali. To jest błędne koło.

Kwiecień 2012. Rozmawiam z politologiem z Berlina, wykładowcą Freie Universität. – Nie dziwi mnie strach przed Niemcami, bo z nami nigdy nic nie wiadomo – zaczyna żartobliwie. Po czym przybiera poważny ton. -Głęboki kryzys i nacjonalistyczny kanclerz to gwarancja pełnej dominacji Niemiec co najmniej w Europie Środkowej. Tym razem załatwilibyśmy to mądrzej, bez ludobójstwa, ale sąsiedzi staliby się naszymi strefami wpływu. Odzyskalibyśmy także utracone po wojnie ziemie – stwierdza nostalgicznie naukowiec.

Winston Churchill mawiał, że „Niemców ma się albo pod butem, albo na gardle”. Nieoficjalne rozmowy z Niemcami na temat ich odczuć o swoim narodzie zdają się to potwierdzać. Niemcy pod europejskim i natowskim butem są bezpieczne, a nawet - ze swoją skrupulatnością, pracowitością i mądrym planowaniem - korzystne dla Starego Kontynentu. Niespokojny niemiecki duch krąży w niemieckich umysłach, ale dopóki UE jest w miarę stabilna, a jej istnienie przynosi ekonomiczne i wizerunkowe korzyści RFN, możemy spać spokojnie.

 

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.