Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Podróżnicy z drugiej ręki Drukuj Email
( 10 głosów)




Aleksandra Biernacka   
03.08.2007.

Strasznie mnie męczą ostatnio dwie rzeczy -  jedna to uciążliwy brak możliwości pozbycia się statusu turysty podczas podróży, a druga to brak chęci – czy umiejętności – coraz większej rzeszy turystów, pseudo-podróżników do patrzenia na zwiedzane obszary jak na miejsca, które mają w sobie coś więcej niż tylko miano turystycznej atrakcji. O ile pierwszy element dotyczy każdego ‘turystycznego obcego’ w sposób zewnętrzny, ponieważ związany jest ściśle z jego  wizerunkiem i statusem nadanym mu przez tubylców, o tyle drugi dotyczy go w sposób wewnętrzny i odzwierciedla jego własny światopogląd. Oba odczucia dopadły mnie ostatnio dwukrotnie: pierwszy raz w Maroku, drugi raz w Tatrach i pierwszy wniosek jest taki, że w pewien sposób są one nierozłączne.

REKLAMA

Myśląc o Maroku wcale nie chodzi mi o Marakesz, gdzie na każdym kroku słychać nawoływanie „Come to visit my shop”, niesamowicie przystojni marokańscy mężczyźni ciągną cię to w jedną, to w drugą stronę, albo patrząc głęboko w oczy podbijają nie tylko serce, ale przede wszystkim ceny. Relacja ‘sprzedawca usługi-turysta’ była dla mnie najbardziej jaskrawa na bezludziu pustynnych marokańskich wydm. Wyobraź sobie, że właśnie siedzisz na sporych rozmiarów wielbłądzie, który miarowo kołysze się podczas marszu i od czasu do czasu lekko ześlizguje się po nachylonej wydmie, tak że masz wrażenie, że za chwile runiesz ostro głową w dół. Dookoła piach, niebo i zachodzące powoli słońce. To tyle jeśli chodzi o autentyczność sytuacji, no może jeszcze mała srebrna jaszczurka, którą jeden z przewodników karawany nagle wygrzebał spod piachu. Cała reszta to jedna wielka mistyfikacja zaprojektowana dla Twojej, turysto, uciechy i wykreowana przez Twoje poszukiwanie egzotyki. Cała podróż odbywa się już po południu, jakieś dwie godziny do zachodu słońca, wtedy dopiero żółta, wredna kulka nie doskwiera tak złośliwie, jak w ciągu poprzedzających godzin. Jest przyjemnie. Karawana składa się z 3 ‘zaprzęgów’ po 4-5 wielbłądów każdy, na których jedzie wygodnie reszta mojej marokańskiej ekipy. Wołają ‘zarąbiście’ (lub bardziej dosadnie), ‘ale ekstra’, ‘zrób mi zdjęcie’ albo ‘robię ci zdjęcie’. Każdy zaprzęg jest prowadzony przez jednego Berbera, oczywiście z turbanem na głowie i noszącego niesamowicie niebieską długą szatę. Wielbłądy najpierw idą gęsiego, niektóre po drodze ocierają swoje swędzące pyszczki w zady tych co przed nimi. I to też jest autentyczne. Jest przyjemnie. Aż nagle jeden zaprzęg w lewo, drugi w prawo, trzeci gdzieś w tyle zostaje, o co chodzi, skoro droga jedna (wyraźne ślady poprzednich karawan) i nie widać potrzeby kluczenia? A kto widział ‘oryginalne’ zdjęcia cieni wielbłądów na piasku Sahary albo rozentuzjazmowanej ekipy siedzącej na wielbłądach to od razu wie o co chodzi – będzie fotka, i to niejedna. Jedna karawana górą wydmy, druga jej dołem, jedna do przodu, trzecia do tyłu i tak na zmianę. Ekipa krzyczy ‘jejeje’, cieszy się i pstryka bez końca. Na szczęście nikt mnie nie zmusza żebym się odwróciła do zdjęcia. Jest przyjemnie. Zza wydmy wyłania się berberski namiot z wielbłądziej wełny – okazuje się, że nie nasz, ktoś już tu nocuje. Zza następnej wydmy wyłania się kolejny, również już zamieszkały. Wreszcie dochodzimy do miejsca nam przeznaczonego. Radośnie rozbiegamy się po otaczających wydmach, za którymi schowała się kolejna ‘oaza’- parę palm i jeszcze więcej namiotów, oczywiście zajętych przez turystów. Nasi Berberowie pozwalają nam hasać do woli, niektórzy z ekipy rozpoczynają turlanie się z piaszczystych górek – na szczęście nikt nas nie uświadomił, że w takim piaseczku czyhają węże i skorpiony, więc hulaj dusza. Berberowie w osobnym namiociku gotują naszą kolację, widać tylko łunę od paleniska i słychać brzdęk naczyń. Nasza ekipa rozsiadła się przy stole (skąd stół na pustyni?) i czekając na kolację umila sobie czas robieniem zdjęć. Jest już ciemno, wiec błyski fleszy są niczym nieme błyskawice. Siedzimy z koleżanką na wydmie i próbujemy ‘zanurzyć się’ w zapadający mrok i ciszę pustyni, ale niestety z każdym błyskiem czaru chwili jest coraz mniej, za to wzbiera w nas irytacja. Potem jemy obfity posiłek, Berberowie sprzątają ze stołu, próbują zagaić rozmowę opowiadając dowcipy i zagadki o wielbłądach. Jedna dobra: jaka jest różnica między wielbłądem a kobietą? Odpowiedź na końcu tekstu. Potem Berberowie rozpalają ognisko i wyciągają bębenki, zaczynają śpiewać – jest przyjemnie. Błysk fleszy – nie jest przyjemnie. Po chwili repertuar tradycyjny ustępuje kawałkom miłym, łatwym i przyjemnym, taki pustynny pop, Berber wyśpiewuje ‘vamos a la playa, vamos a la playa, sacar las botellas…” a ekipa – uzdolniona językowo – zaczyna mu wtórować. Jest…

W końcu impreza się kończy, zasypiamy pod niebem ciężkim od gwiazd. Ze snu budzi mnie księżyc – wielki i jasny, jak ogromna latarnia. Odczuwam lekką niestrawność – uczucie autentyczne – ale postanawiam ją zignorować i wybieram się na najbliższą wydmę, aby podziwiać pustynię w świetle księżyca. Niesamowity widok i wreszcie cisza. Po krótkiej chwili dosiada się do mnie jeden z przewodników „Fatima, have you cigarettes?” Nie mogę mu w tym względzie pomóc, pudło. Jest już wyraźnie po służbie, wyluzowany i wreszcie nieskrępowany grafikiem rozrywek. Opowiada o powodzi, która w ciągu 4 godzin zniosła prawie wszystkie domy we wsi, o Czechach, którzy zagubili się w burzy piaskowej, o tym jak trudno wykarmić wielbłądy bo klimat coraz bardziej suchy, o marokańskim Królu i o tym jak zdobył sobie serca ludzi dzięki złagodzeniu kar za ‘nielojalność polityczną’. Śmiejemy się z Busha i krytykujemy działania w Iraku. Z ciekawością osoby niezaznajomionej z tematem pyta, czy mamy pustynię w Polsce i w ogóle jak nam się żyje. Po jakimś czasie przynosi zieloną herbatę – bez mięty, bo mięta ochładza organizm a noce na pustyni zimne. Pijemy, rozmawiamy, gwiazdy spadają, z najbliższej wioski dociera do nas głos muezina nawołującego do nocnej modlitwy.

Coś bardzo subtelnego oddziela te dwie sytuacje od siebie, niby ta sama pustynia, ta sama zorganizowana wyprawa, ja ta sama, przewodnik ten sam. Ale wreszcie mam wrażenie, że to jest właśnie prawdziwe miejsce tu i teraz i takie po prostu jest samo z siebie a nie dla mnie jako turysty, któremu się sprzedaje imitację, wskrzeszony, romantyczny obrazek – tak i tak wyglądało życie karawany i ty też możesz pokazać innym siebie na tle tej imitacji. Bo przecież nie w jej prawdziwym sensie. To w sumie prosta zależność – jest popyt na egzotyczne obrazki – jest i podaż. Najpierw był ktoś kto podróżował i odkrył karawanę. Karawana odkryła jego i to, że mu się podobało. Podróżnik przywiózł zdjęcie. Potem pojechał ktoś następny, i on przywiózł zdjęcie i napisał przewodnik. Potem pojechali następni. A karawana szybko się nauczyła, że każdy następny jest coraz mniej zaradny, coraz bardziej leniwy i coraz bardziej kasiasty.

Ten sam mechanizm można zaobserwować w Tatrach Słowackich. Schroniska u podnóży gór o niewymagających podejściach to obecnie hotele – drogie – ponad 40 PLN za nocleg w pokoju 6-9 osobowym. Za to z pościelą, gorącym prysznicem i restauracją na parterze, w której nie wolno ci jeść własnej, z trudem przywleczonej, wałówy. Ewentualnie możesz  sobie zjeść własny prowiant na tarasie. Pamiętam czasy jak chodziliśmy z rodzicami po górach z psem, to wypadało postawić mu miskę na zewnątrz. Teraz w ‘schronisku’ w ciągu dnia przeważają panie o nieskalanych, polakierowanych paznokciach, wystrzałowym makijażu, kusych spodenkach i lekkich sportowych trzewikach. Wieczorem w restauracji góruje zorganizowana ekipa odziana w przepisowy górski strój pierwszej klasy i nie-byle-jakiej firmy. Rano po śniadaniu zabierają firmowe plecaczki, kaski i czekany i wraz z przewodnikiem idą integrować więzi emocjonalne oraz doświadczać takiego poziomu adrenaliny, który pomaga im docenić, że to co w pracy to w sumie bułka z masłem.

Tęsknimy za atmosferą schroniskową, więc na ten nocleg udajemy się do schroniska w Roztoce. Wchodzimy już po zmroku, jadalnia pusta a przy barze wisi kartka „brak wolnych miejsc”. Pani nas ofuknęła, że miejsc na łóżkach nie ma, na podłogę nie przyjmują i ‘trzeba się było informować wcześniej’ bo jak za dużo ludzi w schronisku, to mają problem z wodą. Schronisko położone jest nad rzeką, więc domyślam się, że chodzi jej o ciepłą wodę. Na zewnątrz też nie możemy spać bo niedźwiedź chodzi… sytuacja niezręczna dla kogoś, kto w swych potrzebach odstaje od popularnego dziś typu turysty. Sama już nie wiem co tu jest normalne a co nie. Koniec końców pozwala nam się rozłożyć w jakimś kącie. Wieczorkiem do jadalni schodzi się mała ekipa, rozmawiamy. Kolega odbył podróż po Indiach i stara się nas przekonać do swojej tezy, że tam wszystkim chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. Nawet tam każdy dla ciebie zrobi wszystko jak mu zapłacisz bo każdy widzi w tobie tylko turystę, z którym wiąże się nierozerwalnie kasa. Na pytanie w jakich miejscach testował taką hipotezę odpowiada: Dehli. Twierdził uparcie, że ‘to nie jest miasto turystyczne ale to po prostu najprawdziwsze miasto typowe dla Indii’, tak jak Bombaj i parę innych podobnych. Nie przyjmuje do wiadomości, że w Indiach też są ludzie, którzy wiodą normalne życie i kierują się ludzkimi odruchami.

Ostatnio wpadł mi w ręce pewien tekst a w nim takie stwierdzenie:
Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu”.

Co prawda tekst dotyczył religijności i poszukiwania abstrakcyjnego i głęboko ukrytego sacrum, ale widać, że na pewno nie znajdujemy go we współczesnych formach podróżowania, ba, nawet nie próbujemy go tu szukać. A szkoda. Tak jak kiedyś z mapy świata znikały białe plamy, tak teraz powoli znikają miejsca autentyczne, które po pierwsze znają i cenią swoją autentyczność, a po drugie w sposób autentyczny przyjmują do siebie przybysza. A i przybysz już jakiś nie ten sam – pozbawiony otwartości na inność ale za to okuty w swoje przyzwyczajenia i oczekiwania. Taki z drugiej ręki właśnie, obdarty i obdzierający.

Nie idzie mi tutaj o to aby w ogóle zaniechać turystyki, ale nie chodzi mi również o to, aby turystyka sprowadzała się do odwiedzania żywych skansenów lub jednolicie i perfekcyjnie zorganizowanych ośrodków. Chodzi o to, aby będąc w jakimś miejscu umieć dostrzec sedno danego miejsca, oswoić go dla siebie i jednocześnie być w nim. Nasunęła mi się taka refleksja, że obecnie sytuacja taka zdarza się głównie w turystyce miejskiej, np.: wizyty ‘Poddanych Jej Królewskiej Mości’ w Krakowie, którzy w sposób idealnie naturalny odnajdują się przy polskim piwie za pół funta. Ale gdzie to sacrum?

Z wielbłądem idziesz przez pustynię, z kobietą przez całe życie.

Drukuj Email
 
Czy turysta może być podróżnikiem ? Wg mnie tak pod warunkiem, że przy każdej okazji będzie odkrywał miejsca, których nie ma w grafiku wycieczki, będzie chodził własnymi ścieżkami, będzie starał się dostrzec to czego inni nie potrafią dostrzec albo bardziej prawdziwie nie chcą i nie mają ochoty zobaczyć ... Myślę, że to działa w dwie strony tzn. piszesz "Nie wykupiłam wycieczki a pomimo tego podróżowałam na masową modłę i to mnie dziwi. Pojechałam z plecakiem i trudno było znaleźć autentyczność" Ja przykładowo w Maroku byłem na „objeździe”, a pomimo tego w garbarniach fezkich grzęzłem w nieczystościach podczas kiedy inni robili zakupy lub pili herbatę. W takim przypadku nie ma znaczenia czy przyjeżdżasz z grupą zorganizowaną czy też nie. Inna sprawa, że świat się globalizuje, a każdy z nas chciałby oglądać świat taki jak przedstawiał chociażby Arkady Fiedler - tajemniczy, niepoznany, nieodkryty, ezoteryczny ... Właściwie to sam się zastanawiałem co trzeba zrobić aby móc nazwać się podróżnikiem ? Czy zwiedzanie Istambułu o 4 rano na wycieczce zorganizowanej na własną rękę, rozmowa z piekarzem, wejście ze zwykłymi ludźmi do małego meczetu na modlitwę itd. to już podróżnictwo czy też nie. Wszakże wyjazd z plecakami większą grupą też przynosi ograniczenia w formie daleko idącej demokracji. Nie wiem jak to nazwać na turystę to za dużo na podróżnika za mało ... Może podpodróżnik ?? A wy co sądzicie?
Tomek, 2009/01/21 04:13
"widzimy kolory, niedostrzegamy sensu" ... piszesz ze marakesz, czy wydmy kolo zagory ( bo prawdopodobnie tam twoja pustynna wycieczka miala miejsce ) to pewnego rodzaju turystyczna imitacja. a moze wlasnie nie potrafisz dostrzec sensu za turystycznymi kolorami ? moze to jest wlasnie najprawdziwsza prawda o tych miejscach ? a ze sie zmienily ? ze sa inne niz w czasach pierwszych podroznikow ? a moze proby wsadzenia takich miejsc w kapsule czasu byly by imitacja ? zastanawialas sie czemu wlasnie na wydmach kolo zagory odbywa sie taka inscenizacja ? ( ewentualnie kolo erfudu, w sumie bez roznicy ) moze wynika to wlasnie z prawdy o ich geopolitycznym polozeniu ? ze sa to najlatwiej dostepne sharyjskie ergi ? a to ze marokanczycy wspaniale potrafia zaspokoic podaz turystow ? moze to tez jest prawda o tamtych ludziach, o ich odwiecznej , niebywalej umiejetnosci handlowania ? marakesz czy zagora wlasciwie jest bardzo autentyczna. spojrz tylko troche poza "kolor". " Nie przyjmuje do wiadomości, że w Indiach też są ludzie, którzy wiodą normalne życie i kierują się ludzkimi odruchami " a nie przyszlo ci do glowy, ze wlasnie w normalnym zyciu wiekszosci ludzi na swiecie, a szczegolnie w tak zwanym trzecim swiecie, chodzi glownie o pieniadze ? i ze chec zarobienia, szczegolnie w sytuacji nedzy jakiej nigdy nie doswiaadczylas jest wlasnie ludzkim odruchem ? "pozbawiony otwartości na inność ale za to okuty w swoje przyzwyczajenia i oczekiwania" a czy nie odnajdujesz w takim portrecie turysty bohaterki powyzszych historii ? jak jedziesz na pustynie, to chcesz zeby bylo latwo, bezpiecznie i wygodnie, ale przy tym dziko , zeby nie bylo stolu na pustyni ( nie rozumiem twojego zdziwienia, jak to skad ? zostal przywieziony, przeciez ergi kolo zagory nie sa oddalone od cywilizacji i przywiesc stol to zaden problem ) a ze stol nie przystawal do twoich oczekiwan i przyzwyczajem w mysleniu o saharze ? ze oczekiwalas skansenu a la lawrence z arabii ? a gdzie twoja otwartosc na zastana rzeczywistosc ? w maroku jest wiele miejsc w ktorych mozna podziwiac wydmy w sposob o jakim zapewne marzylas. czemu wiec wybraliscie akurat to najbardziej turystyczne, o ktorym pisza w przewodnikach ? moze gdybyscie bardziej sie wysili, znalezlibyscie miejsce rownie autentyczne, ale odpowiadajace waszym gustom ? sacrum nie przychodzi samo, nie bez powodu zakonnicy godziny spedzaja na modlitwie. powodzenia i satysfakcji z nastepnych podrozy. i umiejetnosci spojrzenia poza kolor. bo kazde miejsce jest autentyczne, tylko nie kazde miejsce spelnia twoje wyobrazenia o nim, ale czy wlasnie nie w tym szukac owego sacrum podrozy, o ile takowe istnieje ?
pawel, 2008/11/05 01:19
Sprostowanie dla Antka: uważasz, że autentyczność jest mętna? dlaczego? może właśnie takie podejście odróżnia "prawdziwego turystę" w Twoim rozumieniu od prawdziwego podróżnika w moim rozumieniu. Znam kilku prawdziwych podróżników i uważam, że na pewno brak mi TAKIEJ odwagi i otwartości w poznawaniu świata jaką mają oni. Ten wyjazd, który wykorzystałam w opisie był spontanicznym wyjazdem niezorganizowanym przez żadne z biur podróży (choć pojechaliśmy w dość licznej grupie) ale jak widzisz o niczym to nie przesądza. Sposób zachowania grupy kazał ci myśleć, że to typowa masówka? Chyba właśnie ten kontrast skłonił mnie do tych przemysleń. Nie wykupiłam wycieczki a pomimo tego podróżowałam na masową modłę i to mnie dziwi. Pojechałam z plecakiem i trudno było znaleźć autentyczność. Głównym problemem jest sprzężenie zwrotne pomiędzy masowym popytem i masową podażą, które, jak zauważył Filip wypiera to co normalne i (wybacz) autentyczne. I dlaczego uważasz, że rozmowa z człowiekiem miejscowym jest równoznaczna z jego podrywaniem? czyżbyś spoglądał na tubylcę z pretensjonalną wyższością? a może podchodzisz do tego zbyt stereotypowo, może on był starcem bez zębów a ja wcale nie jestem młodą blondynką? To kolejny problem, który wynika z masowej, zamkniętej turystyki - nie daje możliwości wyjścia poza stereotypy, z którymi się wyjeżdża, a na pewno tego nie ułatwia...
Ola, 2007/08/22 08:10
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

Polska złożyła w USA zamówienie na części zamienne oraz uzbrojenie dla samolotów F-16.
więcej...
Nowe statystyki rządowe pokazują, iż wzrost gospodarczy Indii może spaść poniżej 7% w  okresie 2011/2012. Prognozy odzwierciedlają spowolnienie gospodarcze w górnictwie, rolnictwie i sektorze produkcyjnym.
więcej...
Sytuację jaką obecnie obserwujemy na rynku europejskim zarówno polityczną, jak i gospodarczą, można sprowadzić do działań, których głównym celem uzyskanie jak największych oszczędności. Poszczególne państwa, zwłaszcza te z południa Europy, podejmują reformy,...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny