Los Olvidados - recenzja
Każde miasto ma dwa oblicza. Jeden obraz tworzą wysokie domy, sklepy i centra handlowe, mknące pojazdy i ludzie tłumnie wylewający się na ulice, gwarne skwery i place za dnia czy rozświetlone alejki nocą. W dzielnicach takich pracują lekarze, porządku pilnują policjanci, są szkoły i biblioteki dla dzieci, w powietrzu unosi się zaś specyficzna acz przyjemna woń tej przestrzeni. Ale to nie koniec. Są w miastach i takie miejsca, o których nie wspomina się turystom. Ciemne, brudne, niebezpieczne, pełne gniewu i żalu, gdzie jedynym prawem jest prawo silniejszego a jedyną wartością przeżycie. W dzielnicach nędzy nie ma nadziei czy radości, jest tylko codzienna egzystencja i zabawa w chowanego ze śmiercią.
Owej nadziei i radości nie daje nam także Luis Bunuel w obrazie Los Olvidados. Nie daje, bo nie chce i nie musi. Nazywany przez niektórych diabłem wcielonym, prowokatorem i burżujożercą reżyser pokazuje jedynie zamiataną często pod dywan prawdę o losie ubogich mieszkańców jednej z najludniejszych metropolii na świecie – Meksyku. Bez zbędnych słów i niepotrzebnych scen obnaża mechanizmy rządzące slumsami, gdzie ulica jest jednocześnie domem, szkołą, szpitalem i cmentarzem. Bunuel nie stara się tłumaczyć postępowania kolejnych bohaterów, którzy dla przeżycia gotowi są bez wahania zabić drugiego człowieka. Pokazuje za to skrzywione relacje rodzinne i samotność młodych ludzi skazanych na siebie za dnia i w nocy. Ludzie, o których nikt nie chce pamiętać, bez większych szans na zmianę („chciałbym się dobrze zachowywać, ale nie wiem jak”), proszą nieśmiało o to, by ich kochać. Znają swą trudną sytuację i na nią nie narzekają. Nie mogą jednak zrozumieć zupełnego indyferentyzmu ich najbliższego otoczenia. Jaibo - wyrostek nie znający swoich rodziców, który dopiero co wyszedł z poprawczaka; Ojitos - tylko „przypadkowo” (jak mu się wydaje) pozostawiony przez swego ojca na ulicy; Julian – budowlaniec każdego dnia szukający po barach swego pijanego do nieprzytomności Padre; czy wreszcie Pedro – starający się o prace syn sprzątaczki, która nawet nie wie, kto go począł.
Tych bohaterów jest więcej, a ich losy i historie podobne. George Sand mówiła kiedyś, iż „ten, kto nie jest kochany, zawsze jest samotny wśród tłumu”. Bez należytego wychowania, traktowani jak „śmiecie” i kolejny żołądek do wykarmienia. Nieznający znaczenia słów „miłość rodzicielska” chłopcy ci często właśnie przez „mamę i tatę” popychani są w sidła ulicy. A stamtąd – podobnie jak w Mieście Boga Fernando Meirellesa – nie ma ucieczki, no może poza śmiercią. Jest za to broń, przemoc (napaść na ślepego grajka i kalekę bez nóg) czy prostytucja (w Bunuela bez słów nakreślona w jednej ze scen przed wytwornym sklepem, z udziałem „dostojnego” obywatela w garniturze). Mimo różnic w zachowaniu (znający swe błędy i starający się zmienić Pedro i bezwzględny, okrutny, „wychowany” – choć to chyba nieodpowiednie słowo – przez ulicę Jaibo) traktowani są z jednakową obojętnością i niezrozumieniem. Mało osób myśli tak jak zarządca poprawczaka, zdaniem którego ludzi są lepsi, gdy są najedzeni a jedynym rozwiązaniem jest zamykanie na klucz ubóstwa a nie dzieci.
Nagrodzony w 1951 roku na festiwalu w Cannes film to smutna acz prawdziwa egzegeza sytuacji społecznej w Ameryce Łacińskiej po II wojnie światowej. Okrutna rzeczywistość, jeszcze bardziej wiarygodna w czarnobiałej stylistyce, podkreślona została licznymi ujęciami w nocnej scenerii ulic meksykańskich slumsów. Brutalne sceny zabójstw i pobić (śmierć Juliena, który jako jeden z niewielu myślał, że uciekł ulicy) obok onirycznych obrazów sennych Pedra (kury, matka z mięsem w ręku) dają widzowi szansę na „bezpieczny” a jednocześnie aż nadto namacalne obcowanie z bohaterami.
Co ciekawe jednak – obok skandalizujących i przepełnionych surrealistyczną formą „hiszpańskich” filmów Luisa Bunuela, Zapomniani to dramat zaangażowany, aktualny na każdym kontynencie i w każdym okresie. Bo choć papież Benedykt XVI w czasie swej ostatniej pielgrzymki do Ameryki Łacińskiej mówił, iż wiara przywróciła temu kontynentowi nadzieję, nie można oprzeć się wrażeniu, w kontekście Los Olvidados zupełnie wyjątkowo wydają się brzmieć słowa reżysera: „Dzięki Bogu, jestem ateistą.”


Snajper