|
Kontynent afrykański jest jednym z tych miejsc, które najchętniej wskazuje się jako potwierdzenie słuszności teorii Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji”. REKLAMA
Strona 3 z 3 Mówiąc o konflikcie „islamskiej północy z chrześcijańsko-animistycznym południem” najczęściej ma się na myśli Sudan. Rzeczywiście ten najdłuższy i najkrwawszy afrykański konflikt rozpoczęto z pobudek religijnych. W 1983 roku rządząca Sudanem, fundamentalistyczna islamska junta wojskowa rozciągnęła na zamieszkiwane przez chrześcijan i animistów południe kraju prawo szariatu i rozpoczęła przymusową islamizację kraju, połączoną z dyskryminacją czarnej ludności. Odpowiedzią było zbrojne powstanie prowadzone przez Sudańską Armię Wyzwolenia. Rząd rozpoczął więc pacyfikację południa w sposób zakrawający o ludobójstwo (stosując m.in. broń chemiczną i taktykę „spalonej ziemi”). W ciągu 21 lat ok. 2 milionów ludzi zginęło, a dalsze 4 miliony uciekło do sąsiednich państw, by wegetować w obozach dla uchodźców. Warto jednak podkreślić, że przyczyną wojny były nie tylko różnice religijne, ale i rasowe (południe zamieszkuje w większości czarna ludność, podczas gdy na północy dominują Arabowie). Warto również zauważyć, że podczas wieloletnich negocjacji poprzedzających podpisanie porozumienia pokojowego w styczniu 2005 roku, rząd sudański łatwo przystał na rezygnację z islamizacji południa i zniesienie prawa szariatu. Konflikt przedłużał się jednak, gdyż Chartum nie miał zamiaru rezygnować z zysków z występujących na południu kraju złóż ropy naftowej... Jeszcze wyraźniej brak czysto religijnej motywacji widać w toczącym się obecnie konflikcie w sudańskiej prowincji Darfur. Tam ludobójstwo dokonywane przez arabskich koczowników na czarnej ludności sprowadza się z jednej strony do kwestii rasowych oraz walki o ziemię i źródła wody, a z drugiej ma na celu zachowanie całości państwa sudańskiego (władze w Chartumie obawiają się, że Darfur może wzorem południa domagać się secesji). Jeśli zaś chodzi o kwestie religijne, to w Darfurze muzułmanie są mordowani przez muzułmanów.
Również wybuchające i gasnące od niemal 40 lat konflikty w Nigerii chętnie tłumaczy się przyczynami religijnymi. Gdy jednak w 1966 roku chrześcijańskie plemię Ibo dokonało próby secesji prowincji Biafra, powodem była raczej chęć zatrzymania większości zysków z występujących tam złóż ropy oraz niechęć do dominujących w państwie ludów Hausa i Fulbe z północy. Różnice religijne (Hausa i Fulbe wyznają islam) niewątpliwie pogłębiły konflikt, lecz na pewno nie stanowiły jego głównej osi. Również i dzisiaj wybuchające raz po raz krwawe walki i pogromy pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami mają zazwyczaj charakter rozgrywek międzyplemiennych oraz starć o ziemię i źródła wody. Także wspomniane już wcześniej wprowadzenie szariatu w dwunastu północnych stanach Nigerii było w dużej mierze elementem rozgrywek pomiędzy lokalnymi władzami a rządem centralnym (pozycja tych pierwszych została mocno wzmocniona na skutek tego posunięcia). Poza tym miejscowa ludność poparła zmiany nie tyle z powodu swego fundamentalizmu, co w nadziei, że szariat zapewni minimum porządku, jakiego nie potrafiło zagwarantować państwo.
Również u podłoża konfliktu w Czadzie leżały różnice pomiędzy „islamską północą, a chrześcijańsko-animistycznym południem”. Jednak głównym powodem wojny stał się konflikt pomiędzy dominującymi w państwie plemionami negroidalnymi a arabskimi i berberyjskimi ludami zamieszkującymi północ kraju i walczącymi od połowy lat sześćdziesiątych o ich równouprawnienie. Zimnowojenna rywalizacja spowodowała umiędzynarodowienie konfliktu i włączenie się doń graczy z zewnątrz. I to było jedną z zasadniczych przyczyn jego długotrwałego charakteru.
Czy po analizie tych wszystkich przypadków można stwierdzić, iż w Afryce mamy do czynienia z huntingtonowskim „zderzeniem cywilizacji”? Moim zdaniem odpowiedź brzmi „nie”. Dotychczas Afryka nie doświadczyła bowiem wojującego islamu, a w zdecydowanej większości afrykańskie konflikty, które wydają się mieć podłoże religijne, sprowadzają się do konfliktów rasowych lub plemiennych. Często zresztą przyczyna tych wojen jest bardziej prozaiczna – ropa, ziemia, zasoby wody lub po prostu czysta żądza władzy. Pewnym wyjątkiem od tej reguły jest wojna w Sudanie, lecz i tam religia nie jest jedynym czynnikiem podsycającym konflikt.
Również szybka pokojowa ekspansja islamu, jaką opisałem na początku, nie jest wyrazem szczególnej atrakcyjności fundamentalizmu w Afryce. Islam na Czarnym Lądzie jest bowiem w przeciwieństwie do islamu arabskiego dość tolerancyjny i nie zna pojęcia terroryzmu ani fundamentalizmu. Często zresztą jego atrakcyjność jest spowodowana kolonialnymi resentymentami wobec Zachodu, ideową i prawną próżnią w afrykańskich „państwach upadłych” czy wreszcie siłą przyciągania arabskiej pomocy humanitarnej. Narastająca obecność islamu w Afryce wydaje mi się więc bardziej parawanem, skrywającym bardziej prozaiczne niż religia motywy i interesy, niż przejawem cywilizacyjnego starcia.
Z drugiej jednak strony ten stan nie musi trwać wiecznie. Problemem nie jest bowiem sama ekspansja islamu w Afryce, co raczej fakt, że ostatnimi laty rozprzestrzenia się on głównie w formie sponsorowanego przez świat arabski wahhabityzmu – krańcowo radykalnego i nietolerancyjnego. Poza tym afrykańscy przywódcy wywołujący konflikty w imię religii skrywającej ich interesy, łatwo mogą obudzić siły, których poskromienie będzie szalenie trudne. Historia licznych wojen religijnych świadczy o tym aż nazbyt dobrze. Dlatego bez poprawy stanu, w jakim znajduje się Afryka, „zderzenie cywilizacji” na jej obszarze łatwo może się stać samospełniającą się przepowiednią. Źródła: 1. „Wprost” nr 28/2004, 2. „Polityka” nr 07/1999 i 21/1999, 3. „My a Trzeci Świat” nr 4 (14), maj 1997, 4. „Przewodnik Katolicki” nr 32/2004, 5. www.kosciol.pl, 6. www.islam-in-poland.org, 7. www.danielpipes.org, 8. www.planetaislam.com, 9. www.racjonalista.pl .
|