|
Przedmiotem niniejszej pracy jest analiza porównawcza głównych geopolitycznych czynników, warunkujących powstanie imperiów na przykładzie analogii występujących pomiędzy Cesarstwem Rzymskim a Stanami Zjednoczonymi.
REKLAMA
Strona 1 z 2 Warunkiem sprawowania roli światowego hegemona jest uzyskanie wystarczającej przewagi ekonomicznej i wojskowej w połączeniu z atrakcyjną intelektualnie i moralnie ideologią oraz dysponowanie sprawnym ośrodkiem podejmowania decyzji politycznych.[1]
A. A. Boron
Wprowadzenie U zarania państwowości Stanów Zjednoczonych Ojcowie Założyciele poszukując wzorca dla rodzącego się, przyszłego supermocarstwa, spoglądali z podziwem i sentymentem na starożytny Rzym, innego wielkiego gracza z zamierzchłej przeszłości. Należałoby uznać podobne pomysły za mrzonki. Wszak na jakiej płaszczyźnie można było pod koniec XVIII wieku porównywać potężne cesarstwo ze związkiem byłych kolonii brytyjskich? Tymczasem jak pokazała historia, Thomas Jefferson, John Adams, Benjamin Franklin czy George Washington wykazali się niezwykłą przenikliwością i wizjonerstwem, stawiając w jednym rzędzie Imperium Romanum oraz United States of America. W swojej najnowszej książce Are We Rome? The Fall of an Empire and the Fate of America [2], Cullen Murphy wskazuje na analogie pomiędzy tymi dwoma podmiotami. Obserwując zjawisko budowania więzi między USA a Cesarstwem Rzymskim, odnajdujemy je coraz częściej, co można uznać za kolejne wcielenie nieśmiertelnego historycznego paradygmatu, jakim jest właśnie „imperium”. W swojej pracy, autor zdaje się jednak marginalizować szerszy kontekst, skupiając się na okresie prezydentury George’a W. Busha. Czy porównanie 43. prezydenta do cesarza Dioklecjana, najemników barbarzyńskich do firm PMC [3] typu Haliburton, bądź nielegalnych imigrantów do wędrówek ludów, jest słuszne czy nie? Pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi. Natomiast interesujący wydaje się szerszy kontekst historyczny oraz tło geopolityczne, na którym przyszło funkcjonować obu imperiom. Zrzucenie jarzma i budowa potęgi Najstarsze dzieje Rzymu to w dużej mierze legendy i mity zapożyczone głównie z tradycji greckiej. Niemniej, jak można dziś ustalić, początkowo niezależna osada została podbita przez sąsiednich Etrusków w połowie VI wieku p.n.e. Rozwijające się pod obcym panowaniem osiedle latyńskie z czasem zdołało zrzucić obcą zwierzchność, wypędzając ostatniego etruskiego króla (rex), pod koniec V wieku p.n.e. Stany Zjednoczone, wpierw będące kolonią, także wyrwały się spod kurateli potężnego suzerena w osobie króla Anglii, w wyniku rewolucji i wojny o niepodległość w latach 1775-1782. Interesującym wydaje się fakt, iż ustrój polityczny obu nowych państw, był przeciwieństwem monarchii. I Rzym, i Stany Zjednoczone powstały jako republiki. Dobrze pamiętano absolutystyczne rządy. Miasto Rzym położone na uboczu wielkich procesów historycznych nie liczyło się przez stulecia jako realny gracz. Wielkie imperia istniały dotąd tylko we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego i regionie Bliskiego Wschodu (żyznego półksiężyca). Babilon, Asyria, Egipt, państwa greckie, Persja, Imperium Macedońskie czy państwa diadochów jedno po drugim zdobywały panowanie i upadały, prowadziły wielkie podboje i same były niszczone. W tym czasie małe latyńskie polis systematycznie podporządkowywało sąsiadów i rosło w siłę, stając się poważnym podmiotem w zachodniej części Morza Śródziemnego. W tym miejscu pojawia się kolejna analogia. Rozwój Stanów Zjednoczonych również odbywał się na uboczu głównych wydarzeń, których ówczesnym centrum była Europa. To tam swoje metropolie miały największe potęgi kolonialne, tam zachodziły najważniejsze procesy historyczne, toczyły wojny i tworzyły koalicje. USA podobnie jak Rzym, stojąc na uboczu mogły zachować pozycję neutralnego obserwatora, angażując się w główne wydarzenia na własnych warunkach i w sprzyjających okolicznościach. Jak powiada A. Toynbee: Wojna hegemoniczna faworyzuje mocarstwa z peryferii systemu międzynarodowego. Sprzyja temu wzajemna eliminacja walczących mocarstw [4]. Tak było chociażby podczas I i II wojen światowych, do których Stany Zjednoczone weszły w końcowej fazie, walnie przyczyniając się do ich rozstrzygnięcia. Wojna hegemoniczna Na drodze do panowania Rzymu w regionie stanęła jednak Kartagina, północno-afrykański konkurent. Decydujące starcie musiało nadejść nie tylko ze względów geopolitycznych. Oba państwa różniły się także religią, system politycznym i modelem społecznym. Konfrontacja była nieunikniona. Okres ten był dla Rzymu decydujący. Po ciężkiej walce, w trzech wojnach punickich [5], rywal został ostatecznie pokonany. Od tego czasu rozpoczyna się gwałtowny wzrost potęgi, w wyniku którego kolejni sąsiedzi Imperium zostają podporządkowani, wyzyskując ich słabość i brak jedności, po wyniszczających wojnach. Rzym stał się hegemonem, a świat śródziemnomorski, orbis terrarum, znalazł się w obrębie jednego organizmu państwowego [6]. W przypadku Stanów Zjednoczonych, jako sytuację analogiczną wskazać należy zmagania ze Związkiem Radzieckim i poprzedzające je wielkie konflikty XX wieku. Po pierwszej wojnie światowej USA nie angażując się w sprawy światowe na większą skalę, prowadziły politykę izolacjonizmu. W orbicie ich zainteresowań znajdowały się wówczas jedynie regiony półkuli zachodniej. Druga wojna światowa zaowocowała porzuceniem tej doktryny. Jednakże po upadku nowych pretendentów (Niemcy, Japonia) i osłabieniu starych (Wielka Brytania i Francja), na drodze do globalnej dominacji stanął Związek Radziecki. Okres lat 1945-89, mimo odmiennego charakteru (wymuszonego pojawieniem się broni jądrowej), w porównaniu z poprzednimi konfliktami tego typu, także możemy określić mianem wojny hegemonicznej. Ścierały się w niej nie tylko państwa czy bloki, ale też systemy polityczne, ekonomiczne i ideologie. Zaniechanie z obawy samounicestwienia bezpośredniej konfrontacji o charakterze zbrojnym przełożyło się na agresywną rywalizację w dziedzinie zbrojeń i ograniczonych interwencji na obszarach peryferyjnych. W jej wyniku upadło jedno z mocarstw, otwierając konkurentowi drogę do światowego przywództwa.
|