Paweł Świeżak: 4 pomarańczowe dni
Kiedy około 10 grudnia padł pomysł wyjazdu na Ukrainę (była to inicjatywa, z którą wyszła redakcja miesięcznika "Stosunki Międzynarodowe"), podszedłem do sprawy entuzjastycznie. Zobaczyć na własne oczy szeroko opisywaną i relacjonowaną w polskich mediach „pomarańczową rewolucję”, porównywaną nieraz do wydarzeń z czasów solidarnościowego zrywu – to naprawdę coś, zwłaszcza dla mnie, człowieka młodego, który pokojowej „polskiej rewolucji” z lat 80. właściwie nie pamięta.
Kilkudniowy wyjazd zaplanowany był jednak dopiero na 17 grudnia – a do tego czasu sporo się zmieniło. Gazety donosiły właśnie o zakończeniu wielodniowej manifestacji na Majdanie Nezależnosti w Kijowie, lada dzień zniknąć miało też słynne miasteczko namiotowe na Bulwarze Chreszczatik (budowanie miasteczek namiotowych ukraińska opozycja „ćwiczy” zresztą już od kilku lat, począwszy od akcji mającej zmusić do dymisji Leonida Kuczmę po ujawnieniu kompromitujących go taśm majora Melnyczenki: wiązały one prezydenta z zamordowaniem niezależnego dziennikarza G. Gongadze).
Ale decyzja o wyjeździe została już podjęta; zresztą odwiedzenie kraju w sytuacji osobliwego „zawieszenia” między drugą a „trzecią” turą wyborów również zapowiadało się bardzo ciekawie.
17.12. Dzień pierwszy – piątek. Warszawa-Kijów
Warszawę opuszczamy około 8.30 rano. O 13.15 stawiamy się na przejściu granicznym w Dorohusku. Obdarzony poczuciem humoru ukraiński celnik stwierdza: „Lepiej może mówcie po polsku, bo waszego ukraińskiego to ja nie rozumiem”. Przejazd przez granicę odbywa się bardzo sprawnie i już w niedługi czas później ruszamy dalej, mijając transparent: „Wołyń Was Wita”. Do Kijowa 498 km. W przygranicznym Lubomlu nie bez problemu wymieniamy walutę (niektóre banki są zamknięte) i jedziemy dalej: Kowel, Łuck, Równe,…Dookoła sporo pomarańczowych akcentów: wstążeczki zawiązane na antenach samochodów, baloniki, szaliki, częściowo już pozdzierane plakaty wyborcze. Niebieskiego, koloru kampanii W. Janukowycza, brak – to jest jednak zachód kraju, gdzie obecny premier zupełnie się nie liczy. Dojeżdżamy na miejsce noclegu: do Fastowa, miasteczka leżącego niegdyś na granicy Rzeczpospolitej i Rosji. Bardzo sympatycznie podejmują nas księża z tutejszego kościoła. Wg jednego z nich kraj jest nieco „sparaliżowany” przez obecne wydarzenia: większość ważniejszych decyzji jest odkładanych „na po wyborach”, wyczuwalna niepewność panuje też w gospodarce.
Wrażenia po pierwszym dniu nieco ambiwalentne, ale przecież dopiero jutro wybieramy się do Kijowa, serca „oranżewoj rewolucji”. Zresztą czego tak naprawdę oczekiwaliśmy: barykad na drodze?
18.12. Dzień drugi – sobota. Kijów
Jedziemy z Fastowa do Kijowa, po drodze robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem Lenina, wciąż niezłomnie dominującego nad centralnym placem miasta. Wydaje się, że nikt i nic nie jest w stanie go stąd ruszyć.
No i w końcu ten legendarny już Majdan. Demonstrantów faktycznie nie ma, została za to wielka scena, z której przemawiali liderzy opozycji. Nad placem góruje pomnik przedstawiający kobiecą, zdaje się, postać: miejscowi zdają się nie darzyć go specjalną sympatią, nikt nie potrafi też powiedzieć, co tak właściwie on przedstawia: uosobienie wolności, wolnej Ukrainy, demokracji, czy jeszcze czegoś innego?
Niezły interes robią sprzedawcy pamiątek: wszystkie akcesoria zawierające pomarańczowy kolor idą jak woda: flagi, naklejki, kubki, szaliki,…Atmosfera jest, jakby to powiedzieć… „przejściowa”, tak że wyczuwa się w powietrzu nastrój oczekiwania, lekkiej niepewności, podniecenia, ale i też w sumie optymizmu. Kręci się trochę obcokrajowców, a stosunek Ukraińców do nas jako do Polaków wydaje mi się raczej przyjazny i połączony ze sporą ciekawością.
Przez chwilę mam wrażenie, że „spóźniliśmy” się na rewolucję. Ale wystarczy zrobić kilka kroków na Chreszczatik, by wpaść w wir niesamowitego politycznego jarmarku. Wokół namiotów kręcą się dziesiątki rozgorączkowanych, rozpolitykowanych ludzi, dyskutujących ze sobą zawzięcie. Dominuje oczywiście wszechobecny pomarańczowy, ale są i nieśmiałe niebieskie akcenty. Ludzie rozmawiają ze sobą, próbując jedni drugich przekonać do swoich racji; co szczególnie ważne, mimo pojawiających się czasem spięć, obywa się bez rękoczynów. Widać, ze spierającym się ludziom naprawdę zależy na dialogu z oponentami – tak ja to przynajmniej odebrałem.
Całość robi wrażenie „lekkie”, radosne, wg opinii jednego z kolegów przypomina obóz hipisów. Oczekiwania ludzi w stosunku do Juszczenki są ogromne: ma wyplenić wszechobecną korupcję, ukarać złodziejskich oligarchów, którzy dorobili się na podejrzanej prywatyzacji, spowodować podniesienie się poziomu życia, utrzymać wzrost gospodarczy, obniżyć podatki, podwyższyć pensje, utrzymać dobre stosunki z Rosją, ale i wejść do Europy, słowem: znieść cały chory system panujący dotąd na Ukrainie, wyplenić raka niejasnych powiązań toczącego państwowy organizm.
Czy to jest możliwe? Osobiście mocno w to wątpię. Zaprzyjaźnieni ukraińscy dziennikarze tłumaczą nam: Juszczenko ma ogromny kredyt społecznego zaufania, ludzie wybaczą mu, jeśli poprawa nie nastąpi od razu – ważny jest sam kierunek zmian, samo przeciwstawienie się oligarchicznej klice zawłaszczającej Ukrainę. Czy jednak tak samo, propaństwowo, rozumują szerokie masy popierające Juszczenkę?
O szeroko dyskutowanych w Polsce międzynarodowych aspektach zwycięstwa jednego lub drugiego kandydata mówi się niewiele, albo wcale: pomarańczowa rewolucja to na pierwszy rzut oka ruch stricte wewnętrzny, skoncentrowany na sprawach czysto ukraińskich.
W mediach sporo uwagi poświęcano zachodniemu (głównie amerykańskiemu) wsparciu dla Juszczenki. Rzeczywiście, widać, że rewolucja jest nieźle zorganizowana. Pytam Ukraińców: za czyje to jest pieniądze? Odpowiadają, że część biznesowych elit, terroryzowanych od jakiegoś czasu przez przybyłych z Janukowyczem do stolicy ludzi „donieckich”, teraz widząc szansę na zmiany po cichu wsparło „pomarańczowych”. Ale i tak bardzo przypomina mi to Serbię, Gruzję,… Model, o którym pisała jedna z brytyjskich gazet, jest wszędzie podobny: silny lider wokół którego gromadzi się dotychczas sfragmetaryzowana opozycja (Kosztunica, Saakaszwili, teraz Juszczenko), liczące wsparcie prężnej i innowacyjnej młodzieżowej organizacji (Otpor, Khmara, Pora) oraz pokojowa kampania obywatelskiego nieposłuszeństwa…
Jednak spiskowa teoria, choć może jest w niej ziarnko prawdy, nie wyjaśnia wszystkiego. Moje wrażenia są takie, że może i ktoś tę ukraińską rewolucję na początku „pchnął” delikatnie do przodu: jednak w obecnej fazie jest to ogromny społeczny ruch, formujący się często oddolnie, działający spontanicznie. Ruch, co ważne, pokojowy, nacechowany dużą „pozytywną” energią, odżegnujący się od przemocy. Może jestem naiwny, ale entuzjazm i wiara zwłaszcza młodych Ukraińców w możliwość lepszej przyszłości dla ich państwa naprawdę się udzielają i są imponujące.
Tym bardziej dramatyczne wydaje mi się pytanie: co po ewentualnym zwycięstwie Juszczenki? Jeden z moich współtowarzyszy użył porównania, które bardzo przypadło mi do gustu: porównał Ukraińców do dzieci oszołomionych bogactwem towarów wrzucanych do koszyka w nowo otwartym supermarkecie; ale przecież ktoś kiedyś będzie musiał za to zapłacić…
Jest program czy nie ma?
Opuszczamy Majdan i jedziemy dalej – in minus zaskakuje nas brak programu wyborczego w zaimprowizowanym centrum prasowym Juszczenki na ulicy Ilińskiej. Działalność sztabu jest skoncentrowana na szkoleniach ukraińskich obserwatorów, którzy mają się udać na strategicznie ważną wschodnią Ukrainę. Groźba ponownych fałszerstw wciąż wydaje się realna, i to nie na szczeblu centralnym ale właśnie na poziomie lokalnych komisji wyborczych.
Pytamy więc o program Juszczenki naszych ukraińskich kolegów: w zasadzie nikt nie udziela jasnych odpowiedzi. Więc o co tak naprawdę chodzi w tej rewolucji? Za co setki tysięcy ludzi z całego kraju przez blisko dwa tygodnie rezygnowało z pracy i stało na centralnym placu Kijowa? Czy chodzi o samą osobę Juszczenki, wręcz już żywej „ikony”?
Odpowiedź jest jednak inna: wady Juszczenki wielu dostrzega, nie wszyscy uważają go za idealnego kandydata. Symbolizuje on jednak „inną drogę” dla Ukrainy, „nowe otwarcie” dla kraju, który uzyskał niepodległość ledwie 14 lat temu, daje możliwość dokonania suwerennego wyboru przez naród, który dotąd rządzony był przez swoiste „towarzystwo wzajemnej adoracji”. I w momencie, kiedy władza postanowiła ludziom „ukraść” tę właśnie nadzieję na zmiany, tę możliwość wyboru, kiedy spróbowała ich o s z u k a ć – miarka się przebrała i ludzie wyszli na ulice.
Przyznaję szczerze, że nie wiem, czy ta nieco „romantyczna” wizja korzeni pomarańczowej rewolucji jest prawdziwa. Jest ona z pewnością bardzo pociągająca. Brakuje w niej jednak miejsca dla ponad 40 % obywateli Ukrainy (ponad 10 milionów wyborców), którzy konsekwentnie popierają W. Janukowycza.
Niestety, nasza wyprawa nie udała się dalej na wschód, czego bardzo żałuję. Siłą rzeczy więc niniejsza relacja jest w jakimś stopniu tendencyjna.
W każdym razie kwestia zwycięzcy niedzielnej elekcji wg mnie wcale nie jest jeszcze przesądzona.
19.12. Dzień trzeci – niedziela. Kijów-Lwów
W drodze. Smaczny obiad w restauracji gruzińskiej w Żytomierzu. Warunki ciężkie, mgła i czasem padający śnieg. Więc szybko do hotelu i spać.
20.12. Dzień czwarty-ostatni. Lwów-Warszawa
Byłem we Lwowie po raz pierwszy i miasto to wywarło na mnie wielkie wrażenie. Polityka zeszła na dalszy plan wobec atrakcji turystyczno-historycznych. Niezwykłe emocje wzbudził we mnie pobyt na Cmentarzu Łyczakowskim. Piękna jest lwowska starówka, gmach Opery, liczne świątynie i zabytkowe kamienice, zapiera dech w piersiach panorama miasta widziana z Wysokiego Zamku.
Miasto jest bardziej „pomarańczowe” od Kijowa. To zresztą nic dziwnego – jest to „naturalny”, główny bastion zwolenników Juszczenki. Jednomyślność lwowian (poparcie dla Juszczenki sięgnęło prawie 92%), symetryczna wobec decyzji wyborców np. z Ługańska czy Doniecka, może budzić dziwne skojarzenia.
Moja lwowska rozmówczyni stwierdziła, że wynika to z większej dojrzałości politycznej mieszkańców Galicji, z rodzącego się i silnego tu już społeczeństwa obywatelskiego, odpowiedzialnego za kraj. Użyła ona też barwnego porównania dla opisania sytuacji dzisiejszej Ukrainy: wg niej niepodległość w 1991 r. spadła na Ukraińców niespodziewanie „jak śnieg” (zresztą referendum niepodległościowe odbyło się w grudniu), w pewnym stopniu zaskakując naród nie do końca do niej przygotowany i nie do końca świadomy szansy, jaką otrzymał od historii. Teraz zaś, wg młodej mieszkanki Lwowa, następuje jakby spóźnione „przebudzenie” Ukraińców, pojawia się troska o państwo i jego stan. Wielu zwłaszcza młodych Ukraińców, wkraczających w dorosłe życie w okresie niepodległości, nadziei na przyszłość upatruje w wyborze „europejskiego” kierunku przemian, kierunku stojącego w pewnym sensie w opozycji do modelu rosyjskiego, promującego, jak się na razie wydaje, raczej społeczną bierność i obojętność wobec spraw publicznych.
Nasz pobyt we Lwowie ubarwiło niewątpliwie spotkanie z „Pomarańczową Alternatywą” Majora Frydrycha. Trzeba przyznać, ze lwowianie na zorganizowany przez niego happening przed gmachem opery reagowali na ogół bardzo pozytywnie.
Mimo wszystko chyba za dużo było już dla nas tego pomarańczowego dookoła. Powracaliśmy więc do kraju zmęczeni, ale w sumie zadowoleni.
Mam jednak pewien niedosyt i wrażenie, że widziałem tylko jedną połówkę tego fascynującego kraju, jakim zwłaszcza dziś jest Ukraina. Tę pomarańczową. Strona niebieska pozostałą dla mnie w dużej części niewiadomą.



Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy