Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Dawid kontra Goliat i efektywność walki z terroryzmem


17 styczeń 2010
A A A
Największym paradoksem nieudanego zamachu z 25 grudnia zeszłego roku był jego prymitywizm i prowizorka: ten fakt najmocniej ukazał znaczenie drobiazgów, na które nikt nie zwraca uwagi, a które – koniec końców – mogą przeważyć szalę.
Jednym z doradców Baracka Obamy jest specjalista od ekonomii behawioralnej, współautor bestsellera „Freakonomics” (i jego kontynuacji – „Superfreakonomics”) – profesor University of Chicago, Steven Levitt.
Wielokrotnie w stałej kolumnie „New York Timesa” punktował on absurdy walki z terroryzmem, a zamiast na wielkiej strategii i płomiennej retoryce, skupiał się na drobiazgach i niewielkich niedoróbkach w potężnym systemie bezpieczeństwa.

Szpar w antyterrorystycznej ścianie ogniowej szukał nie tylko Levitt. Szukała także Al- Kaida. I znalazła.

"Freakonomia" terroryzmu

Od razu jednak wprowadzono nowe regulacje: żadnego wstawania na godzinę przed lądowaniem – podobnie jak po nieudanym zamachu „Shoe Bombera” (z bombą ukrytą w bucie), na lotniskach przez kontrolę bezpieczeństwa trzeba przechodzić w skarpetkach.
Czy podobne zakazy, wprowadzane po (udanym bądź nieudanym) użyciu prowizorycznej broni, mają rzeczywisty sens? Czy można byłoby jeszcze raz powtórzyć tak ryzykowny scenariusz?

Steven Levitt pisze, że wiele zakazów obowiązujących na pokładach samolotów jako element polityki antyterrorystycznej, nie ma żadnego przełożenia na bezpieczeństwo.

Jak choćby zakaz plastikowych noży („gdybym był terrorystą, to prędzej wykorzystałbym rozbitą butelkę wina” – pisze Levitt), czy włączania iPoda (który wcale nie zakłóca działania urządzeń sterujących).
Levitt, jak na ekonomistę przystało, dodaje wszystkie małe utrudnienia, które – zebrawszy razem – wcale nie wydają się już takie małe, a przez to – po prostu koszty (niewygoda) przewyższają ewentualne zyski (poprawa bezpieczeństwa).

Czasami jednak, system zaprojektowany po to, by poprawić bezpieczeństwo, działa zupełnie przeciwnie.

Umar Farouk Abdulmutallab dostał się na pokład samolotu, chociaż jego nazwisko - wśród ponad pół miliona innych – było zapisane w bazie Terrorist Identities Datamart Environment (TIDE). Jak się okazało, pracownik Departamentu Stanu, który je wprowadzał do bazy danych, źle zapisał nazwiskO 23-letniego Nigeryjczyka.
Tyle „szczęścia” w kwestii pisowni nazwisk nie miało wielu funkcjonariuszy Federal Air Marshal Service, rządowej agendy powołanej do ochrony samolotów linii lotniczych. Wielu z nich nosiło bowiem zbyt podobne nazwiska do osób znajdujących na liście „No-Fly” – 1,2 tys. osób objętych absolutnym  zakazem lotu.
„Istnieje nieskończenie wiele zupełnie prostych, lecz potencjalnie groźnych w skutkach, scenariuszy działania terrorystów” – pisał  w „NYT” Steven Levitt przed trzema laty.

Już wtedy podkreślał, że dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych najniebezpieczniejsi są terroryści, którzy wcale nie są uzbrojeni po zęby w najnowsze zdobycze technologii, realizujący przygotowywany miesiącami szczegółowy plan.

Najbardziej niebezpieczni są ci, których broń to prowizorka domowej roboty – chociaż mniej niebezpieczna w bezpośrednich skutkach (może nie zadziałać, jak trzeba – vide „wybuchowa bielizna” Abdulmutallaba), to pod względem psychologicznym, ma ona masową siłę rażenia.

Ujawniane są w ten sposób słabości amerykańskiego systemu bezpieczeństwa. Systemu niewydajnego i niewygodnego, który coraz bardziej utrudnia życie pasażerom linii lotniczych.

Wszystkie obostrzenia, które miały zapewnić bezpieczeństwo, okazały się zupełnie nieprzydatne. Po co więc te absurdalne regulacje, skoro nie przynoszą one rezultatów?

Pokonanie amerykańskiego systemu bezpieczeństwa prymitywną bronią, to potwarz. I dla rządu, i dla samych Amerykanów – w milczeniu zazwyczaj znoszących niewygody podróży.

I o to terrorystom chodzi: o ile zamach rozmiarów tragedii z 11 września jest raczej mało prawdopodobny, to mniejsze, przeprowadzone mało wyrafinowanymi metodami, zamachy z niewielką ilością ofiar, odniosą inny skutek: przestraszą. Pozbawią Amerykanów poczucia bezpieczeństwa.

Jak wiadomo bowiem – właśnie to jest ostatecznym celem działalności terrorystycznej. Najgłębsza warstwa „war on terror” to wojna psychologiczna.

Fizyczne zniszczenie – zasadniczo – może objąć tylko niewielką część społeczeństwa. Natomiast poczucie zagrożenia – spotęgowane przez nowoczesne środki komunikacji – obejmuje społeczeństwo niemal w całości. Często też osiąga zupełnie nowy, globalny wymiar:  efekt przerażenia, który bez internetu i 24-godzinnych mediów z pewnością by nie istniał.
Im więcej się mówi o potencjalnym zagrożeniu, tym bardziej prawdopodobne się ono wydaje.

W teatrze bezpieczeństwa

Przerażenie potęguje jeszcze „teatralizacja” działań antyterrorystycznych. Na ten aspekt kładzie nacisk Bruce Schneider, inny specjalista zajmujący się badaniem ekonomicznej strony walki z terroryzmem.

Jeszcze w listopadzie zeszłego roku, na ponad miesiąc przed nieudanym zamachem, opublikował on artykuł zatytułowany  „Poza teatrem bezpieczeństwa”.

Tytułowym „teatrem” nazwał Schneider  „wszystkie środki bezpieczeństwa stosowane w po to, by ludzie czuli się bezpieczniej, a nie prowadzenie działań na rzecz realnej poprawy ich bezpieczeństwa”.
Przykładowo: poziom zagrożenia terrorystycznego oparty na barwnym kodzie czy ciągle sprawdzanie fotografii w dokumentach (czy osoba na zdjęciu rzeczywiście przypomina okaziciela).

Bruce Schneider nie neguje potrzeby zapewnienia ludziom psychicznego komfortu: pisze, że „bezpieczeństwo to zarówno odczucie, jak i rzeczywistość”.

Kierowanie się odczuciem i likwidowanie emocjonalnej strony zagrożenia terroryzmem, nie rozwiązuje problemu: nie powstrzyma to terrorystów przed kolejnymi próbami ataków.

Każdy zamach składa się bowiem z szeregu czynności: od planowania i rekuracji po dokonanie i jego następstwa. „Teatralna” polityka bezpieczeństwa skupia się na środkowych ogniwach tego łańcucha. Prawdziwie efektywne działania powinny podejmowane być w stosunku do jego końców, jak choćby wywiad czy dochodzenie.

Schneider podkreśla, że działania wywiadowcze, nie mogą sprowadzać się do tworzenia baz danych niemal bez dna, które – najczęściej – i tak na nic się nie przydają. Zawierają bowiem suche dane, a nie przetworzoną informację, którą można bezpośrednio zastosować.

Miesiąc później okazało się, że Bruce Schneider miał zupełną rację: cóż z tego, że nazwisko Abdulmutallaba było w bazie danych?

Zawiódł podstawowy mechanizm „podążania za dowodami”: ojciec Nigeryjczyka zgłosił w ambasadzie USA możliwe powiązania jego syna z grupą terrorystyczną. Abdulmutallab poleciał do Stanów z biletem w jedną stronę (za który zapłacił w gotówce), jedynie z bagażem podręcznym. Ileż to dowodów – zbyt, wydaje się, oczywistych – zostało przeoczonych. W końcu od czego jest baza podejrzanych o związki z terroryzmem?

Skuteczny Sherlock Holmes

Sam komputerowy system nic nie rozwiąże: potrzebna jest „tradycyjna” praca dochodzeniowa: londyńscy zamachowcy, którzy chcieli użyć płynnych substancji do spowodowania wybuchu, zostali aresztowani dzięki „zwykłemu” policyjnemu śledztwu.
Wiąże się to z kwestią profilowania opartego na rasie czy narodowości. Jak wśród tysięcy ludzi kłębiących się na lotnisku wskazać terrorystę?
Obserwując, profilując. Jednak chodzi o obserwację zachowania podróżnych, a nie profilowania ich pod względem rasy czy pochodzenia etnicznego.

Jak pisze Bruce Schneider, takie postępowanie stwarza niebezpieczny precedens podwójnych standardów w kwestii kontroli bezpieczeństwa. Pewna część osób jest sprawdzana mniej dokładnie, a inna – dużo bardziej szczegółowo. To tylko kusi terrorystów,  by skorzystali z owej luki mniej drobiazgowego sprawdzania.

Terrorysta to niekoniecznie mężczyzna – muzułmanin. Równie dobrze może być nim (nią) biała kobieta, jeśli tylko zapewniłoby to zamachowi powodzenie.

Zresztą zamach z 25 grudnia też nie był przeprowadzony przez „oczywistego” terrorystę.
Umar Farouk Abdulmutallab to syn bogatego nigeryjskiego bankiera, absolwent prestiżowego brytyjskiego uniwersytetu, przez czas studiów mieszkający w luksusowej londyńskiej dzielnicy.

Nie jest biednym, niepiśmiennym chłopem z prowincji, któremu radykalni przywódcy religijni mogą wszystko wmówić.
Najłatwiej oczywiście myśleć, że to bieda i brak edukacji popychają ludzi ku terroryzmowi.
Jak widać – nie zawsze.

Bankier, lekarz, polityk, terrorysta -kariera czeka

Badania na ten temat prowadził już od kilku lat Alan Krueger – inny członek administracji Baracka Obamy. Dwa lata temu ten profesor Princeton wydał książkę “What Makes a Terrorist: Economics and the Roots of Terrorism”, w której bada przyczyny zwrotu ku terroryzmowi – teoretycznie – „porządnych” osób.

Jak pisze Krueger, terroryzm i terroryści to przedmiot zainteresowania ekonomistów, ponieważ „wejście na ścieżkę działań terrorystycznych to efekt dokonania racjonalnego wyboru. Niektórzy wybierają karierę lekarza lub prawnika, a inni – terrorysty”.

Alan Krueger na początku lat 90. badał wybuch „przestępstw nienawiści”, motywowanych rasizmem i ksenofobią, których ofiarami stali się cudzoziemcy w Niemczech. Dowody empiryczne zebrane potwierdziły, że niski status ekonomiczny nie był tym, co motywowało sprawców do popełniania tego typu przestępstw.
Przywołuje on też szczegółowe wyniki sondażu przeprowadzanego w lutym 2004 roku w Jordanii, Maroku, Pakistanie i Turcji, przeprowadzonego przez Pew Research Center’s Global Attitudes Project. W każdym z tych państw zadano ankietowanym pytanie, co sądzą o przeprowadzanych w Iraku samobójczych zamachach przeciwko Amerykanom i innym ludziom Zachodu? Czy – dla nich osobiście – jest to moralnie do usprawiedliwienia?

Okazało się, że ludzie z wyższym wykształceniem byli bardziej skłonni do usprawiedliwiania aktów terroryzmu.

W przypadku dochodów – nie było zależności między ich relatywnym wzrostem a spadkiem tendencji fundamentalistycznych.

Marc Sageman, psychiatra pracujący dawniej dla CIA, napisał w swojej książce „Understanding Terror Networks”, że aż 35 proc. członków Al – Kaidy miało wykształcenie odpowiadające amerykańskiemu college’owi.

Poświęcenie własnego życia „dla sprawy”, wbrew pozorom, nie jest łatwe nawet dla islamskich fundamentalistów. Potencjalny zamachowiec musi  te sprawy najpierw dobrze zrozumieć.

Dodatkowo, przeprowadzenie skomplikowanych działań związanych z atakiem, wymaga odpowiedniej sprawności umysłu, działającego w warunkach ekstremalnych emocji.

Przeprowadzenie samobójczego zamachu jest czymś jakościowo innym, niż aktem czystej agresji i chęci zniszczenia – bo wtedy mógłby się go podjąć praktycznie każdy.

Alan Krueger porównuje takie działanie raczej do…udziału w wyborach.

Wzięcie udziału w głosowaniu to wyraz pewnej postawy obywatelskiej, wymaga pewnego zrozumienia istniejącej sytuacji w kraju,  próby rozpatrzenia i porównania możliwych rozwiązań proponowanych przez różne stronnictwa. W końcu – trzeba pójść do lokalu wyborczego
Apatyczni, obojętni obywatele tego nie uczynią: stąd w wielu krajach mamy do czynienia ze spadającą frekwencją wyborczą.
Także i w przypadku terroryzmu, trudno mówić o masowości tej działalności. Jeśli terrorysta musi być – jak twierdzi Krueger – odpowiednio uświadomiony, a także prezentować określoną, aktywną postawę społeczną, to możemy zauważyć, że nie jest to ścieżka dla każdego.

Popyt i podaż terroryzmu

Z ekonomicznego punktu widzenia, rozpatrując stronę popytu i podaży aktywności terrorystycznej, możemy zaobserwować pewne prawidłowości:

Laurence Iannaccone w „The Market for Martyrs” podkreśla, że czynniki wpływające na „podaż terrorystów”, są bardzo złożone i mają różnoraką naturę. W grę wchodzi nacjonalizm,  czynniki społeczne, religijne, kulturowe, ekonomiczne. Eliminacja jednego z nich nie prowadzi do spadku podaży – pozostają bowiem inne przyczyny. Jednak im potencjalny terrorysta jest bardziej „świadomy” – lepiej rozumie złożoność uwarunkowań dzisiejszego świata, tym więcej czynników motywuje go do przeprowadzenia zamachu. Jeśli nawet jedna z motywacji zostałaby wyłączona, to pozostają inne – dalej pchające go ku terroryzmowi.

Po stronie popytu  - organizacje terrorystyczne chcą ludzi maksymalnie skutecznych. Większa świadomość motywuje większe zaangażowanie. Poza tym – przeprowadzenie zamachu to miesiące planowania. Przez ten czas, przyszły zamachowiec prowadzi rozeznanie terytorium.

Gdyby takim terrorystą – samobójcą miał być analfabeta, który przez całe życie chodził bez butów, nie jest wykluczone, że bogactwo oraz konsumpcyjne nastawienie Ameryki ostatecznie okazałyby się dlań bardziej atrakcyjne niż śmierć: przynajmniej – jeśli jego motywacje byłyby jednowymiarowe – ekonomiczne.

Assaf Moghadam z Harvard Unversity jest zdania, że terroryzm, a konkretnie – samobójcze zamachy – należy badać na wielu poziomach: społecznym, osobistym, ekonomicznym, politycznym, przy czym owe analizy nie mogą być przeprowadzane niezależnie od siebie.

Wymagane jest zintegrowane podejście do problemu.

Moghadam przywołuje klasyczną koncepcję Kennetha Waltza dotyczącą zmian w środowisku międzynarodowym: istnieją trzy poziomy analizy, które wpływają na pozycję państwa w świecie: ludzkie zachowanie, wewnętrzna struktura państwa i natura systemu.

O ile Waltz skupiał się najczęściej na drugim poziomie, współcześni badacze zjawiska terroryzmu, koncentrują się na poziomie trzecim – ponadnarodowych strukturach organizacji terrorystycznych.

Poziom środowiskowy – najwyższy – bezpośrednio wpływa na pozostałe dwa, które mogą reagować między sobą.

Poziom drugi – organizacji terrorystycznej, i poziom jednostkowego terrorysty, dopełniają się wzajemnie i warunkują. Organizacja (regionalna) daje jednostce poczucie celu, przynależności, motywuje w działaniach, docenia. Innymi słowy: inwestuje w niego.

Indywidualny terrorysta „odpłaca się” przywiązaniem i posłuszeństwem, oddaniem dla sprawy.Należy przy tym pamiętać, że organizacja sama w sobie nie ma racji bytu: by istnieć, potrzebuje jednostek.

Oba te poziomy są jednak warunkowane przez wspólny dla nich poziom trzeci – środowisko. Oddziałując nań bezpośrednio, percepcja owego wpływu, może nieco się różnic w przypadku grupy, jak i w przypadku jednostki.

Pozostając przy aparaturze pojęciowej Assafa Moghadama, zauważmy, że środowisko – w przypadku terrorystów pochodzących z wyższych klas społecznych, którzy przez jakiś czas żyli w świecie Zachodu, który chcą zwalczać – ma inny wpływ niż w przypadku terrorystów, którzy przez całe życie nie opuścili rodzinnej wioski.

Chodzi o to, że grupy terrorystyczne (regionalne – jak Al- Kaida Półwyspu Arabskiego), motywujące swoją działalność środowiskowymi uwarunkowaniami, mają nieco inną „wersję” tego środowiska, niż poszczególni ich członkowie, pochodzący i mieszkający w tamtym regionie.

Różnice mogą być drobne, lecz w przypadku zamachów samobójczych – zasadnicze: przykładowo: wieloczynnikowość motywacji. Grupa traci więc wpływy przez to, że jej członkowie – paradoksalnie – sami muszą interpretować otaczające ich środowisko -ponieważ tam po prostu żyją.

Natomiast terroryści z dyplomami, którzy widzieli nieco świata, nie odbierają wpływu uwarunkowań środowiskowych jako tak zasadniczo wiążących. Większą uwagę przywiązują do ich interpretacji przez grupę, która staje się swoistym gate-keeperem, kształtującym obraz świata takiego terrorysty.

Grupa regionalna prędzej zawładnie umysłem neofitów, szukających „powrotu do korzeni”, niż zaktywizuje osoby apatyczne, obojętne, o niewykształconych postawach obywatela-aktywisty. W tym pierwszym przypadku, musi po prostu odpowiednio ukierunkować działania takiej osoby.

Idźcie na wiec, zamiast robić bomby

Czy istnieje więc skuteczny sposób walki z terroryzmem?

Do ciekawych wniosków doszedł Alan Krouger.

Pierwszą z proponowanych przez niego metod, jest uderzenie w regionalne grupy (jak Al-Kaida Półwyspu Arabskiego), które bezpośrednio kształtują zachowania jednostek.
Drugą – zwiększenie zakresu praw i wolności obywatelskich w państwach – źródłach terroryzmu. Przykładowo, Arabia Saudyjska – ojczyzna stosunkowo wielu terrorystów (w tym Bin Ladena), to państwo bogate, jeśli spojrzymy na nie przez pryzmat ekonomiczny.

Brak swobód obywatelskich i możliwości ekspresji obywatelskiej aktywności przez udział w głosowaniu, wolność zrzeszania się czy organizowania, powoduje, że szukając alternatywnego ujścia dla tych potrzeb, ci najbardziej aktywni i chętni do działania, zwracają się ku terroryzmowi.

Barack Obama może liczyć na pomoc i radę najwybitniejszych specjalistów z zakresu walki z terroryzmem, proponujących nowatorskie, odważne rozwiązania. Jednak i w dziedzinie bezpieczeństwa, nieuniknione będą kompromisy – jak miało to miejsce w przypadku reformy służby zdrowia. Argument efektywności może zwrócić się przeciwko rządowi – w końcu kto chciałby oszczędzać na bezpieczeństwie obywateli?
Skoro „system zawiódł na całej linii”, zmiany wydają się nieuniknione.