Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home 404 Opinie Polityka Być albo nie być Benjamina Netanjahu

Być albo nie być Benjamina Netanjahu

18 wrzesień 2019
A A A

Drugie w tym roku przedterminowe wybory parlamentarne w Izraelu najprawdopodobniej nie skończą politycznego impasu w tym kraju. Przyszłość premiera Benjamina Netanjahu zależy więc od Avigdora Liebermana, który de facto pod koniec ubiegłego roku rozpoczął obecny kryzys.

Wielomiesięczny kryzys

Netanjahu prawie cztery i pół roku temu stworzył rząd składający się praktycznie ze wszystkich najważniejszych ugrupowań izraelskiej prawicy. Od początku było jednak wiadomo, że w ramach jego gabinetu dochodzić będzie do wielu rozbieżności, ponieważ liberalne skrzydło prawej strony izraelskiej sceny politycznej ma tak naprawdę niewiele wspólnego z ugrupowaniami ortodoksyjnymi, o czym można było się przekonać na tle sporów o obowiązkową służbę wojskową czy zakaz handlu w Szabas. Ponadto każdy z liderów prawicy ma swoje własne polityczne ambicje, zaś niektórzy chętnie zajęliby miejsce obecnego izraelskiego premiera. 

W listopadzie ubiegłego roku z rządu odeszła dwójka ministrów reprezentująca partię „Nasz Dom Izrael”, na czele z jej przewodniczącym czyli wspomnianym już Liebermanem. Co prawda oficjalnie podał się on do dymisji w  proteście przeciwko uzgodnionemu z palestyńskim Hamasem zawieszeniu broni, lecz tak naprawdę jako szef resortu obrony nie mógł on znaleźć wspólnego języka z ortodoksyjnymi partiami Zjednoczonego Judaizmu Tory oraz Szas. Lieberman jest bowiem zwolennikiem stopniowego wprowadzania obowiązkowej służby wojskowej dla ortodoksów, a także przeciwnikiem wprowadzonego pod ich presją zakazu handlu w Szabas.

Dodatkowo Netanjahu miał coraz większe problemy z porozumieniem się z liderami innej partii tworzącej koalicję, czyli religijno-syjonistycznego „Żydowskiego Domu”. W tej sytuacji zdecydował się na przyspieszone wybory parlamentarne, które odbyły się w kwietniu tego roku. Ponownie języczkiem u wagi stało się ugrupowanie Liebermana, lecz ponownie na przeszkodzie stanęły rozbieżności pomiędzy nim a ortodoksyjnymi Żydami. Dodatkowo nad izraelskim premierem zebrały się czarne chmury związane z zarzutami dotyczącymi korupcji, stąd, aby nie dopuścić do powierzenia misji tworzenia rządu przedstawicielami opozycji, pod koniec maja zdecydowano się na kolejne samorozwiązanie Knesetu.

Sami (prawie) przeciwko wszystkim

Kampania partii Netanjahu nie różniła się znacząco od tej przeprowadzonej przed kwietniowymi wyborami parlamentarnymi. Likud ponownie bardziej mobilizował swoich wyborców poprzez strach, niż konstruktywne propozycje reform czy chociażby chwalenie się efektami dotychczasowych rządów. Szef rządu tym samym atakował nie znajdujące się pod jego kontrolą instytucje rządowe i pozarządowe, nieprzychylnych mu lub po prostu obiektywnych dziennikarzy, arabskich obywateli swojego kraju, sąsiadów Izraela oraz oczywiście konkurencyjne partie polityczne.
Przede wszystkim przeciwstawiał im swoje własne kontakty polityczne na szczeblu międzynarodowym. Centralnym motywem kampanii w tym zakresie był sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a także wsparcie udzielone mu przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który zamierza podpisać z Izraelem umowę o wzajemnej obronie. Jednocześnie nie widać jednak zainteresowania USA w kwestii możliwej aneksji Doliny Jordanu, o czym Netanjahu powiedział wprost w ubiegłym tygodniu. Nie zmienia to jednak faktu, że spora część Izraelczyków uważa Amerykanów za głównego gwaranta ich bezpieczeństwa w niestabilnym regionie Bliskiego Wschodu.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu. Zdjęcie: Wikimedia Commons

Sam Netanjahu postrzegany jest jako polityk nie zgadzający się na kompromisy z wrogami, chociaż dwukrotne zawieszenie broni po wymianie ognia z palestyńskim Hamasem może przeczyć tej tezie. W ostatnim czasie pojawiły się jednak pogłoski, że szef izraelskiego rządu już po wyborach gotów rozpocząć wojnę z Hamasem, nie konsultując jednak tych planów z instytucjami zajmującymi się obronnością kraju. Już sama zapowiedź aneksji Doliny Jordanu spowodowała zresztą wzrost napięcia w regionie, ponieważ państwa arabskie grożą wojną w przypadku urzeczywistnienia się tych planów.

Oczyścić Izrael

Krytycy Likudu nie bez powodu uważają, że agresywna kampania tego ugrupowania miała na celu przykryć przede wszystkim zarzuty, które od lutego oficjalnie ciążą na Netanjahu. Szef izraelskiego rządu już za dwa tygodnie będzie tłumaczył się z nich przed prokuraturą, zaś decyzję o postawieniu go w stan oskarżenia podejmie prokurator generalny Awiszaj Mandelblit. Przeciwnicy Netanjahu w maju dostali do ręki poważny argument, który miał świadczyć o chęci uniknięcia przez niego odpowiedzialności poprzez kontynuację politycznej kariery. Do Knesetu wpłynął bowiem projekt ustawy ustanawiający immunitet dla wszystkich członków parlamentu, mający uniemożliwić ich ściganie przez wymiar sprawiedliwości.

Pod naciskiem opinii publicznej propozycja została jednak wycofana, ale niesmak pozostał i został oczywiście szybko wykorzystany przez opozycję. Koalicja „Biało-Niebieskich” skupiona wokół Beniego Ganca, szefa Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela w latach 2011-2015, prowadziła swoją kampanię właśnie pod hasłami oczyszczenia izraelskiej sceny politycznej z korupcji i nepotyzmu. W tym celu sojusz centrolewicy postuluje zakaz pełnienia funkcji publicznych przez osoby skazane za przestępstwa, a także ograniczenia czasowe dotyczące piastowania stanowiska premiera przez jednego polityka. Właściwie nie trzeba dodawać, że szczególnie te ostatnie rozwiązanie wprost uderza w Netanjahu, który już teraz jest najdłużej urzędującym szefem rządu w całej historii Izraela.

„Biało-Niebiescy” mimo krytyki lidera Likudu starali się prowadzić spokojną i merytoryczną kampanię, skierowaną głównie do liberalnej klasy średniej zmęczonej populizmem Netanjahu oraz radykalizmem jego religijnych sojuszników. Nie licząc zmarginalizowanej lewicy to właśnie oni jako jedyni podnosili czysto ekonomiczne postulaty, dotyczące głównie zasypywania różnic pomiędzy najbogatszymi i najbiedniejszymi Izraelczykami (pod tym względem Izrael plasuje się w czołówce państw OECD), a także budowy nowych szkół i szpitali. Centrolewicy trudno byłoby zresztą licytować się z izraelską prawicą na syjonistyczne hasła, ponieważ opowiada się ona za podjęciem nowych rozmów politycznych z Palestyńczykami, chociaż stawia im pewne warunki wstępne na czele z trudnym do zaakceptowania uznaniem Jerozolimy za niepodzielną stolicę Izraela.

Zmobilizowani Arabowie

Koalicja pod wodzą Ganca uważana jest zresztą za jedno z najbardziej koncyliacyjnych ugrupowań wobec Arabów. Między innymi z tego powodu „Biało-Niebiescy” postulują wycofanie się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów przyjętej w lipcu ubiegłego roku ustawy, która oficjalnie ustanowiła Izrael „państwem żydowskim” i mocno ograniczyła prawa izraelskich obywateli przynależących do mniejszości etnicznych oraz religijnych.

Atakowanie mniejszościowych grup tworzących izraelskie społeczeństwo było z kolei jedną z kampanijnych lokomotyw Likudu. Netanjahu wprost sugerował, że Arabowie posiadający izraelskie obywatelstwo są tak naprawdę „piątą kolumną” sterowaną przez władze Autonomii Palestyńskiej, zainteresowane zresztą zniszczeniem Izraela poprzez odsunięcie go od władzy. Podobnie jak w kwietniu, liderzy izraelskiej prawicy sugerowali, że na terenach zamieszkiwanych w większości przez Arabów dochodzi do fałszowania wyników wyborczych. Chociaż nigdy nie przedstawiono na to żadnych dowodów, Netanjahu sugerował w trakcie kampanii, iż przez manipulacje przy urnach jego ugrupowanie miało przynajmniej dwa mandaty parlamentarne niż powinno. Działacze Likudu próbowali więc ponownie instalować kamery w lokalach wyborczych, aby w ten sposób wykluczyć możliwość fałszowania głosów.

W ten sposób izraelska prawica chciała nie tyle zadbać o uczciwość wyborów, co zniechęcić do głosowania arabskich obywateli Izraela. Ostatecznie poseł Likudu Miki Zohar, uważany za jednego z najbliższych współpracowników Netanjahu, kilka godzin po ogłoszeniu wstępnych wyników skrytykował strategię polegającą na instalowaniu kamer w niektórych lokalach wyborczych. Przyniosła ona bowiem skutek odwrotny od zamierzonego, ponieważ frekwencja wśród Arabów w porównaniu do kwietnia zwiększyła się z 50 do 60 proc., natomiast arabska Zjednoczona Lista uzyskała najlepszy wynik w historii i najprawdopodobniej będzie miała o trzech posłów więcej niż przed pięcioma miesiącami.

Król Lieberman

Politycy arabskiej koalicji nie tylko zapowiedzieli, że są gotowi rozmawiać na temat utworzenia rządu z Gancem, lecz dodatkowo chcą wykorzystać swój historyczny wynik do nagłośnienia prześladowań wobec ich mniejszości. Pośrednio w ten sposób liderzy Zjednoczonej Listy uwiarygodnili retorykę Netanjahu, który ostrzegał prawicowych wyborców przed możliwością stworzenia nowej koalicji przez izraelskich liberałów, lewicę oraz partie mniejszości arabskiej.

Utworzenie takiego rządu najprawdopodobniej będzie jednak niemożliwe. Wszystko zależy bowiem od stanowiska „Naszego Domu Izrael”, który wbrew oczekiwaniom Netanjahu zwiększył swoje poparcie. Elektorat ugrupowania reprezentujące interesy rosyjskojęzycznych Żydów z dawnego Związku Radzieckiego był bowiem od dawna kokietowany przez lidera Likudu. Szef izraelskiego rządu w ostatnich miesiącach kilkukrotnie spotkał się z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem, a według swoich współpracowników dodatkowo zaczął próbować mówić w języku rosyjskim. Problem polega jednak na tym, iż zwolennicy partii Liebermana są również grupą mocno zsekularyzowaną, dlatego od Likudu odpychał go sojusz z ortodoksami.

Tym samym były minister obrony po raz kolejny będzie decydował o najbliższej politycznej przyszłości Izraela, stąd tamtejsze media ochrzciły go nawet mianem „króla” powyborczych przestasowań. Wiadomo na pewno, że Lieberman jest zadeklarowanym przeciwnikiem trzecich wyborów parlamentarnych, a także wchodzenia w koalicje z partiami arabskimi i ortodoksyjnymi (choć tych ostatnich określił mianem „konkurentów, lecz nie wrogów”). Dodatkowo lider „Naszego Domu Izrael” najchętniej widziałby u władzy sekularny rząd jedności narodowej, w którym poza jego ugrupowaniem znalazłoby się miejsce zarówno dla „Biało-Niebieskich”, jak i Likudu. Przed wyborami taki scenariusz wykluczał Netanjahu, opowiadając się twardo za sojuszem z ortodoksami i skrajną prawicą, natomiast Ganc akceptował go pod warunkiem odejścia szefa rządu z funkcji premiera oraz przewodniczącego własnej partii. Każdy scenariusz jest  jednak możliwy, ponieważ błędem byłoby przywiązywanie zbyt dużej wagi do buńczucznych deklaracji izraelskich polityków.

Maurycy Mietelski