Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję

Zmarnowane dziesięciolecie niepodległości

04 marzec 2018
A A A

Dziesięć lat temu wydawało się, że ogłaszające swoją niepodległość Kosowo ma wszystko, aby stać się jednym z najlepszych państw do życia w regionie Bałkanów. Poparcie państw zachodnich, perspektywa szybkiej integracji ze strukturami euroatlantyckimi oraz zwyczajny entuzjazm kosowskiego społeczeństwa miały skazywać niewielki region na sukces, ale po podobnych prognozach nie ma już ani śladu.

Deklaracja niepodległości Kosowa została ogłoszona dokładnie 17 lutego 2008 roku, stąd kosowscy Albańczycy mogli świętować w tym roku okrągłą rocznicę powstania swojego państwa. I rzeczywiście, tej dacie towarzyszyły imprezy w różnych częściach kraju, z czego największe i najbardziej huczne odbywały się w Prisztinie, gdzie poziom życia - jak to w stolicach na ogół bywa - jest dużo wyższy niż w innych regionach. Z relacji zachodnich dziennikarzy wynika jednak, że nawet w Prisztinie trudno było zauważyć entuzjazm, który towarzyszył mieszkańcom Kosowa blisko dziesięć lat temu.

Okolicznościowa stypa

Nie był on nawet specjalnie widoczny wśród kosowskich elit, w tym polityków, którzy wydają się być największymi beneficjentami dziesięciu lat niepodległości. Zdecydowana większość z nich albo cieszy się popularnością z powodu swoich zasług dla powstania Republiki Kosowa, stąd na razie ma niezachwianą pozycję w tamtejszym systemie politycznym, albo nigdy nie bierze za nic odpowiedzialności i jedynie bije przysłowiową pianę. Specjalistami w tej ostatniej dziedzinie wydają się być zwłaszcza działacze partii „Samookreślenie” (Vetëvendosje), którzy zdobyli światowy rozgłos rozpylając gaz łzawiący w lokalnym parlamencie.

Podczas specjalnej sesji Zgromadzenia Kosowa, mającej oczywiście uczcić okrągłą rocznicę uzyskania niepodległości, lewicowo-nacjonalistyczni posłowie postanowili jednak zaoszczędzić zebranym podobnych „atrakcji” i zapewne dlatego posiedzenie parlamentu było zupełnie bezbarwne. Poseł Milaim Zeka z Socjaldemokratycznej Inicjatywy Kosowa (NISMA) narzekał wręcz, że do tak ważnej uroczystości państwowe władze podeszły zupełnie niepoważne, stąd amerykańskimi i szwedzkimi gośćmi nikt w parlamencie się nie zajmował, dlatego byli pozostawieni sami sobie. Przewodniczący Zgromadzenia Kosowa Kadri Veseli mylił z kolei funkcje poszczególnych przedstawicieli władz, nie potrafił wymienić nazwisk liderów czołowych partii politycznych, a w swoim przemówieniu pominął wiele postaci kluczowych dla odzyskania kosowskiej niepodległości, w zamian wymieniając albańskiego prezydenta Ediego Ramę, niemającego z tą kwestią niemal nic wspólnego.

Dyplomatyczne gesty są niezwykle ważne i nie powinno się do tego nikogo przekonywać, ale najwyraźniej kosowscy politycy należą do osób odpornych na podstawową wiedzę na temat zasad, jakimi rządzi się poważna polityka. W tej kwestii musiał pouczyć ich zresztą Bernard Kouchner, były francuski minister spraw zagranicznych, który pełnił również funkcję specjalnego przedstawiciela ONZ w Kosowie i szefa tamtejszej administracji. Francuski dyplomata stwierdził, że błędem było niezaproszenie żadnego Europejczyka do zabrania głosu podczas specjalnej sesji parlamentu, co w połączeniu z przemówieniami Amerykanów miało pokazać, iż Albańczycy z Kosowa zapomnieli, jakiego kontynentu są częścią.

Trudne rozliczenia

Zasługi państw zachodnioeuropejskich dla powstania niepodległego Kosowa są bardzo duże, lecz w samej republice powoli odchodzą w niepamięć, a jest to spowodowane rosnącą presją z ich strony. Zachód domaga się bowiem od Kosowa reform, szczególnie wymiaru sprawiedliwości, zaś sama Prisztina niespecjalnie chce realizować zalecenia Brukseli, ponieważ straciliby na tym czołowi kosowscy politycy.

Z tego powodu od wielu tygodni podejmują oni próby uchylenia ustawy o Specjalnych Wydziałach Sądu i Prokuratury z siedzibą w Hadze, które miałyby wyjaśnić czarne karty historii walk o wyzwolenie Kosowa. Relacje młodego państwa ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską z tego powodu znaczenie się pogorszyły, dlatego kosowski premier Ramush Haradinaj musiał odwołać swoją wizytę w USA z powodu nieuzyskania wizy. Ta forma nacisku poniekąd okazała się skuteczna, ponieważ na początku lutego Prisztina zapowiedziała wycofanie się ze swoich działań wobec wspomnianego sądu.

Nie oznacza to jednak, że oskarżenia wysuwane pod adresem Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UÇK) m.in. przez Radę Europy będą mogły zostać łatwo wyjaśnione. Ze stanowiskiem szefa wspomnianej instytucji sądowniczej pożegnał się bowiem David Schwendiman, którego mandat ze strony Departamentu Stanu USA właśnie wygasł, przy czym sam Schwendiman od dawna alarmował, iż amerykańskie władze nie znalazły jeszcze następcy na jego miejsce. To z pewnością opóźni rozliczanie zbrodni wojennych z lat 1998-2000, podobnie jak funkcjonująca w Kosowie kultura bezkarności, która powoduje chociażby masowe zastraszanie świadków wspomnianych wydarzeń. Nawet skazanie winnych mordów z tamtego okresu nie musi przynieść jakichkolwiek skutków – w grudniu kosowski prezydent Hashim Thaçi ułaskawił trójkę bojowników UÇK winnych zabójstwa Albańczyka pracującego w serbskiej policji.

Wymiar sprawiedliwości, jak zresztą pozostałe dziedziny życia w Kosowie, jest zainfekowany masową korupcją, stąd w ostatnich latach kilkukrotnie na ławach oskarżonych zasiadali tamtejsi sędziowie. Zjawisko jest przy tym tak masowe, iż w ubiegłym roku z funkcji sędziego w misji EULEX zrezygnował Brytyjczyk Malcom Simmons, który oskarżał swoich kolegów o niekompetencje, uleganie politycznym wpływom oraz przyjmowanie płatnej protekcji, przy czym pięć lat wcześniej nieskuteczność tej instytucji wytykał Europejski Trybunał Obrachunkowy.

Gospodarcza stagnacja

Korupcja ma oczywiście wpływ na stan kosowskiej gospodarki, podobnie zresztą jak niezwykle słaba skuteczność wymiaru sprawiedliwości. W takich warunkach trudno oczekiwać, aby do Kosowa masowo napływały zagraniczne inwestycje. Mimo że pozornie istnieją ku temu warunki, takie jak niskie koszty pracy, niewysokie podatki i przede wszystkim tania siła robocza. W kraju, w którym bezrobocie sięga 33 proc. i w ostatnich latach szczególnie wśród młodzieży dochodziło nawet do 57 proc., a przeciętna pensja (zawyżana przez najlepiej zarabiających) wynosi 360 euro, mogłyby funkcjonować choćby zachodnie fabryki podzespołów.

Nic takiego jednak nie ma miejsca, zaś głównym inwestorem w Kosowie jest rozsiana po całym świecie albańska diaspora. Odpowiada ona za blisko 80 proc. inwestycji w młodej republice, przy czym głównym obiektem jej zainteresowania jest budowa domów i budynków mieszkalnych w samej Prisztinie, która przewyższa standardem życia pozostałą część kraju. Wzrost gospodarczy, wynoszący około 4 proc. rocznie, jest więc głównie udziałem kosowskiej stolicy.

Prisztina: zdewastowana instalacja upamiętniająca powstanie niepodległego Kosowa w 2008 roku. Zdjęcie: Wikimedia Commons /  Jon Worth

Taka sytuacja powoduje oczywiście niezadowolenie Albańczyków z Kosowa, ale już nie masowe protesty, które w przeszłości niewiele zmieniły. O wiele łatwiej jest więc wyjechać z kraju, na co zdecydowało się w ostatnich latach blisko 190 tysięcy mieszkańców Kosowa, liczącego przecież zaledwie 1,8 miliona osób. Należy przy tym zaznaczyć, iż sztuka ta udała się niezwykle dużej grupie kosowskich obywateli, ponieważ reżim wizowy obowiązujący ich państwo utrudnia emigrację z jego terytorium. Mało kto zdaje się też pamiętać, że rozpoczęty przed trzema laty kryzys migracyjny w Europie zaczął się na Węgrzech i to właśnie od masowej migracji Albańczyków z Kosowa, którzy w większości zostali następnie odesłani przez zachodnie państwa do swojej ojczyzny.

Kłótnie graniczne

Republika Kosowa od początku swojego istnienia zmaga się z problemami typowymi dla nowopowstałych organizmów państwowych. Jednym z najpoważniejszych jest dokładne wytyczenie granicy kraju, co wciąż powoduje jego napięcia z sąsiadami. Notabene najdalej posunięte, choć nie odbywające się bez wielu dyplomatycznych zgrzytów, wydają się rozmowy z Serbią, która podobnie jak Kosowo ma europejskie aspiracje i z tego powodu gotowa jest do daleko idących kompromisów w sprawie normalizacji wzajemnych stosunków.

Tego samego nie można jednak powiedzieć o samych kosowskich politykach. Wspomniani już politycy „Samookreślenia”, będącego najbardziej radykalną grupą w całym kraju blokowali obrady parlamentu, a niezidentyfikowani sprawcy w sierpniu 2016 roku dodatkowo ostrzelali jego budynek z granatnika. Czynili zaś to w proteście przeciwko układowi granicznemu z Czarnogórą, który ich zdaniem oddaje zbyt wiele ziemi ich sąsiadom. Chodzi dokładnie o 8 tysięcy hektarów znajdujących się na 79-kilometrowym kosowsko-czarnogórskim pograniczu.

W przeddzień obchodów dziesięciolecia istnienia Kosowa przywódcy obu krajów ogłosili, iż ostatecznie osiągnęli porozumienie w sprawie, stąd niedługo demarkacja granicy ma zostać ponownie oddana pod głosowanie w kosowskim parlamencie. Kosowscy politycy liczą oczywiście, że dzięki temu złagodzony ze strony Czarnogóry zostanie reżim wizowy, tak jak od dziewięciu lat ma to miejsce w przypadku relacji Kosowa z sąsiednią Macedonią. Problemem pozostaje jednak przegłosowanie porozumienia, ponieważ w tym tygodniu kosowski parlament nie zdołał zebrać się w tej sprawie.

Poprawie relacji Kosowa z sąsiadami nie służą jednak działania albańskiej mniejszości w państwach ościennych, a szczególnie niedawna deklaracja albańskiego premiera Ediego Ramy, który opowiedział się za utworzeniem stanowiska wspólnego prezydenta Albanii i Kosowa jako „symbolu jedności narodowej”. Taka deklaracja wywołała oburzenie władz Czarnogóry, Macedonii oraz Serbii, czyli państw najbardziej obawiających się realizacji nacjonalistycznej idei „Wielkiej Albanii”.

Problemów nie ma

Światowe media, poruszając temat dziesięciolecia Kosowa, wymieniały całą paletę problemów tego kraju – poza wyżej wspomnianymi są nimi także handel narkotykami, przemyt ludzi, handel ludźmi, czy też rosnące wpływy radykalnego islamu (Kosowo miało największy odsetek ochotników w Państwie Islamskim w przeliczeniu na liczbę swoich mieszkańców). Rządzące elity nie dostrzegają jednak tych problemów, a dokładniej nie chcą ich widzieć.

Świadczy o tym najlepiej wywiad, jakiego szwajcarskiemu nadawcy publicznemu udzielił w połowie lutego prezydent Thaçi. W jego ocenie wszelkie doniesienia o złej sytuacji ekonomicznej Kosowa są propagandą, za którą odpowiadają Serbowie i rosyjska agencja informacyjna Sputnik, samo kosowskie państwo w ciągu najbliższych kilku lat dołączy do struktur euroatlantyckich, a problem bezrobocia rozwiąże łatwiejsza procedura otrzymania wiz przez Albańczyków z Kosowa. Oczywiście Thaçi, który w czasie wojny był politycznym przywódcą UÇK, nie jest zbyt przychylny instytucjom sądowniczym mającym rozliczyć jego dawną formację, stąd w wielu rozmowach oskarża je o brak zainteresowania serbskimi zbrodniami.

Kosowo znajduje się w nienajlepszej sytuacji, dlatego media krytyczne wobec rządzących zastanawiają się, kiedy nastąpi wymiana pokoleniowa na tamtejszej scenie politycznej. Osoby pokroju Thaçiego i Haradinaja są bowiem zbyt uwikłane w przeszłość, a tym samym w zależności stawiające ich osobisty interes ponad poprawę standardu życia kosowskich obywateli. Następne wybory odbędą się jednak dopiero za trzy lata, zaś w chwili obecnej jedyną alternatywą dla obecnych władz są albańscy nacjonaliści.

Maurycy Mietelski