Dlaczego Netanjahu potrzebuje Rosji

28 styczeń 2020
A A A

Dobre relacje z Rosją są w politycznym interesie izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu. Za ich pośrednictwem udowadnia on, że Izrael pod jego wodzą nie znajduje się w międzynarodowej izolacji, ma wpływ na wydarzenia na Bliskim Wschodzie, a jego Likud reprezentuje interesy izraelskich obywateli rosyjskiego pochodzenia.

Większość izraelskich mediów krytycznie odnosiła się do wizyty rosyjskiego prezydenta Władimira Putina w Jerozolimie. Najczęściej zwracano uwagę na wspieranie przez Netanjahu bieżącej rosyjskiej narracji historycznej. Według niej to właśnie Związek Radziecki odegrał decydującą rolę w pokonaniu nazistowskich Niemiec, stąd właśnie takie przesłanie zawierał kilkuminutowy film wyświetlony podczas V Forum Holokaustu zorganizowanego w Instytucie Yad Vashem.

Część izraelskich publicystów uznała forum za okazję do prezentacji światowej opinii publicznej najważniejszych tez rosyjskiej propagandy. Jednym z jej elementów jest przemilczanie udziału ZSRR w wywołaniu II wojny światowej, a więc zmarginalizowanie faktu podpisania Paktu Ribbentrop-Mołotow. To zaś ma uderzać przede wszystkim w Polskę, która mimo sporów historycznych uważana jest przez najważniejsze izraelskie media za największego sojusznika tego państwa w Europie.

Kłopotliwy Lieberman

Trudno jednak oczekiwać, aby walczący o przetrwanie Netanjahu przywiązywał specjalną uwagę do relacji izraelsko-polskich. Szef izraelskiego rządu ma już oficjalnie postawione zarzuty korupcyjne, a przed tym nie uchroni go przecież przemówienie polskiego prezydenta. Parasol ochronny nad liderem Likudu roztaczają przede wszystkim obowiązujące przepisy, zgodnie z którymi urzędujący premier może zwrócić się do parlamentu o przyznanie mu specjalnego immunitetu.

Kneset może bowiem orzec, że postępowanie toczone wobec szefa rządu nie jest prowadzone w dobrej wierze. Ten krok w związku z trwającym od ponad roku kryzysem politycznym opóźniłby działania prokuratury nawet o kilka miesięcy. Po ostatnich wyborach nie ukonstytuowała się bowiem komisja rozpatrująca podobne wnioski, natomiast w przypadku sformowania nowej koalicji rządzącej po prostu przegłosowałaby ona immunitet dla Netanjahu.

Wpierw jednak szef Likudu musiałby zbudować większość wokół swojego gabinetu, a z powodu jej braku Izraelczycy znowu pójdą do urn wyborczych. Ani Netanjahu, ani lider opozycji Benny Ganc, nie są w stanie przekonać do siebie większości posłów do Knesetu. Za każdym razem brakuje do tego zaledwie kilku mandatów, co w rozdrobnionym izraelskim parlamencie ma decydujące znaczenie. Obecny premier dwoi się i troi, aby nie doszło więc do przypadków marnowania głosu. Jak na razie udało mu się przede wszystkim skonsolidować (choć nie do końca) izraelską skrajną prawicę i partie religijne.

Kluczem do stabilnej większości jest jednak odebranie głosów partii Nasz Dom Izrael, na czele której stoi urodzony w Kiszyniowie były minister Awigdor Lieberman. Polityk przez wiele lat był bliskim sojusznikiem Netanjahu, ale ostatecznie poróżnił się z nim głównie na tle roli ortodoksyjnych Żydów w społeczeństwie. Nasz Dom Izrael domaga się więc konsekwentnie wpisania do porozumienia koalicyjnego zobowiązania, że ortodoksi będą podlegać służbie wojskowej, a także chce zniesienia zakazu handlu w Szabat. Przede wszystkim ugrupowanie jest uważane za polityczną reprezentację rosyjskojęzycznych obywateli Izraela.

Przejąć rosyjskojęzycznych

W ostatnich wyborach parlamentarnych, które odbyły się we wrześniu ubiegłego roku, ugrupowanie Liebermana dostało prawie 7 proc. głosów i zdobyło osiem mandatów poselskich. Ortodoksi ze Zjednoczonego Judaizmu Tory i partii Szas uzyskali w sumie 13,5 proc. głosów, a to przełożyło się na szesnaście mandatów. Jak łatwo policzyć partie społeczności ortodoksyjnej są bardzo cennym sojusznikiem Netanjahu. A przede wszystkim zarówno bez nich, jak i bez Naszego Domu Izrael, nie jest możliwe stworzenie koalicji skupiającej wyłącznie prawicowe ugrupowania.

Tym samym celem Netanjahu jest zagospodarowanie rosyjskojęzycznego elektoratu przez jego Likud. Izraelscy obywatele rosyjskiego pochodzenia, którzy przybyli do kraju zwłaszcza po upadku ZSRR, stanowią więc dużą grupę wyborców. Ich liczebność wykracza znacząco poza samo zaplecze Naszego Domu Izrael, bo według różnych szacunków może być ich nawet blisko półtora miliona. Między innymi ich napływ do Izraela spowodował, że populacja tego kraju na przełomie XX i XXI wieku zwiększyła się o prawie jedną piątą. 

Władimir Putin i Benjamin Netanjahu podczas obchodów Dnia Zwycięstwa w Moskwie w 2018 r. Zdjęcie: Wikimedia Commons / The Presidential Press and Information Office

Nic więc dziwnego, że w ostatnich miesiącach poświęca on tyle czasu na przekonanie do siebie tej części wyborców. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi na bilbordach Likudu można było zobaczyć Netanjahu ściskającego się z Putinem, choć jak dotąd najchętniej używał on w poprzednich kampaniach wizerunku amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Izraelski premier tylko w ciągu dwóch ostatnich lat pięciokrotnie odwiedził Rosję, nie wspominając już o licznych rozmowach telefonicznych z rosyjskim prezydentem. Także jego ubiegłoroczna wizyta na Ukrainie służyła zagospodarowaniu elektoratu z dawnego ZSRR, stąd w jej trakcie podpisano umowę o możliwości pobierania emerytur przez ukraińskich emerytów mieszkających obecnie w Izraelu.

Zwieńczeniem starań o pozyskanie rosyjskojęzycznych wyborców miała być właśnie wizyta Putina w Jerozolimie. Netanjahu zabiegał o nią od wielu miesięcy, a zwłaszcza od czasu rozpisania marcowych wyborów parlamentarnych. W tym czasie pojawiła się jednak sprawa dzieląca Tel Awiw i Moskwę. Jest nią kara siedmiu i pół roku więzienia dla obywatelki Izraela, która w kwietniu ubiegłego roku została zatrzymana na moskiewskim lotnisku. Od paru tygodni sprawą żyje izraelska opinia publiczna, która ma nadzieję, że spotkanie rosyjskiego prezydenta z matką Izraelki przyniesie jej uwolnienie. Byłoby to zresztą korzystne dla Netanjahu, który według złośliwych uwag ze strony swoich krytyków pierwszy raz od wielu lat przejmuje się kimkolwiek poza sobą samym.

Zmieniło się niewiele

Największym problemem jest jednak fakt, że mimo wspomnianych działań rosyjskojęzyczni Izraelczycy nie są przekonani do głosowania na Likud. Są oni bowiem bardzo specyficzną grupą społeczną. Według badań większość z nich utożsamia się co prawda z prawicą, ale przede wszystkim z jej umiarkowaną częścią. Mają na to wpływ przede wszystkim przekonania imigrantów z dawnego ZSRR, ponieważ według badań blisko dwie trzecie z nich uważa się za osoby świecie, a kilkanaście procent wprost deklaruje swój ateizm.

Tym samym są oni przeciwnikami uprzywilejowanej pozycji żydowskich ortodoksów, w tym również wprowadzania zasad religijnych do izraelskiego prawa. Poza wspomnianym zakazem handlu w Szabat chodzi zwłaszcza o osoby studiujące w jesziwach, czyli w żydowskich szkołach religijnych. Nie muszą one nawet rejestrować się na komisjach poborowych, a dodatkowo wiodą życie na koszt reszty społeczeństwa. Zarzuca się im zwłaszcza życie z opieki społecznej, która finansowana jest między innymi przez imigrantów z dawnego ZSRR, którzy na ogół należą do biedniejszej części izraelskiego społeczeństwa.

Już przed ostatnimi wyborami w mediach zauważano, że Nasz Dom Izrael zaczął zyskiwać poparcie właśnie ze względu na swój prawicowy, ale jednocześnie świecki charakter. Na partię zaczęły głosować osoby nie należące wcale do rosyjskojęzycznej społeczności, stąd w porównaniu do poprzedniego głosowania partia Liebermana zwiększyła swój stan posiadania z pięciu do ośmiu mandatów parlamentarnych. Szczegółowe sondaże wskazują, że w kwietniu ubiegłego roku Nasz Dom Izrael cieszył się poparciem rzędu 40 proc. z nich, Likud 26,7 proc., centrowa koalicja Białych i Niebieskich 15,1 proc., a liberalna partia Kulanu 5,8 proc. W 2015 roku wyniki takich samych badań były podobne, tak więc przynajmniej jak dotąd strategia szefa Likudu wcale nie działa.

Poza wspomnianym świeckim charakterem rosyjskojęzycznych wyborców, niekwapiących się popierać związanego z ortodoksami Netanjahu, kolejnym problemem małej skuteczności strategii ich przejmowania może być wrzucanie ich do jednego worka. Analitycy od dłuższego czasu wskazują na różnice występujące w tej części elektoratu. Są one widoczne zwłaszcza pomiędzy starszym a młodym pokoleniem. Co prawda młodzi rosyjskojęzyczni Izraelczycy deklarują prawicowe poglądy, ale nie są zwolennikami „porządku” z jakim Putin kojarzy się zwłaszcza izraelskim obywatelom pamiętającym Rosję sprzed jego dojścia do władzy. Ponadto izraelski premier eksponując swoje relacje z rosyjskim prezydentem nie uwzględnia faktu, że spora część imigrantów z dawnego sowieckiego imperium wcale nie musi popierać polityki Rosji.

Oblężona twierdza

Od kilku lat, a zwłaszcza od czasu pojawienia się zarzutów korupcyjnych, retoryka Netanjahu cechuje się „syndromem oblężonej twierdzy”. Wrogami nie tylko samego izraelskiego premiera, ale także rządzonego przez niego państwa są więc izraelscy Arabowie, politycy konkurencyjnych ugrupowań, wścibscy dziennikarze, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, a nawet wewnątrzpartyjna opozycja. Na większość Izraelczyków najbardziej mobilizująco działa jednak zagrożenie ze strony sąsiednich państw.

Oczywiście do wrogich sąsiadów zaliczają się przede wszystkim Syria i Liban, ponieważ właśnie na te państwa bezpośrednio oddziałuje Iran. Jednocześnie zwłaszcza na Syrię wpływ ma Rosja, której żołnierze walczą po stronie sił wiernych rządowi w Damaszku. Na syryjskim terytorium przebywają również irańscy wojskowi, a to oznacza bezpośrednie zagrożenie dla Izraela. Operacje izraelskiego lotnictwa wymierzone w irańskie obiekty na terytorium Syrii odbywają się zaś za cichym przyzwoleniem Rosji, która na co dzień chroni syryjską przestrzeń powietrzną.

Tym samym Netanjahu przedstawia siebie jako gwaranta pokoju, utrzymywanego dzięki jego bliskim relacjom z Putinem. Szef Likudu zasugerował zresztą niedawno, że bez jego bliskich relacji z rosyjskim prezydentem być może już dawno trwałaby wojna. Warto w tym kontekście przypomnieć sytuację z września 2018 roku, gdy doszło do poważnego kryzysu dyplomatycznego pomiędzy Moskwą a Tel Awiwem. Izraelski samolot omyłkowo zestrzelił bowiem rosyjską maszynę, a w odwecie Rosjanie uzbroili Syryjczyków w nową broń przeciwlotniczą. Ostatecznie Netanjahu udało się szybko załagodzić konflikt, pokazując społeczeństwu skuteczność swojej polityki. Dopóki lider izraelskiej prawicy będzie przy władzy, dopóty trudno oczekiwać zerwania jego sojuszu z rosyjskim prezydentem.  

Maurycy Mietelski

Zobacz także

Komik się zakiwał
Słowacka chadecja na zakręcie
Index był zbyt niebezpieczny
Triumf tureckiego islamizmu




Więcej...

Zobacz także tego autora

Komik się zakiwał
Słowacka chadecja na zakręcie
Index był zbyt niebezpieczny
Triumf tureckiego islamizmu
W Chorwacji bez zmian