Joanna Dziuba: Nowa wojna kaukaska?
Tbilisi i Moskwa oskarżają się wzajemnie o planowanie działań zbrojnych w separatystycznych regionach Gruzji. Czy faktycznie będziemy świadkami kolejnej wojny na Południowym Kaukazie? Czy jedynie w tym kraju sytuacja staje się coraz bardziej napięta?
Szeroko opisywany, także w polskich mediach, wzrost napięcia między Rosją i Gruzją miał swoje początki 20 kwietnia, kiedy władze separatystycznego regionu – Abchazji – poinformowały o zestrzeleniu szpiegowskiego samolotu. Tbilisi, choć nie od razu, przyznało się do lotu, a fakt ten stał się bezpośrednią przyczyną kolejnych działań trzech stron bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Moskwa w krótkim czasie ostrzegła południowego sąsiada, że w przypadku jakiejkolwiek aktywności militarnej odpowie podobnymi środkami. Należy zadać sobie jednak pytanie, na ile mamy do czynienia z retoryką oraz próbą sił ze strony Kremla, a na ile z faktycznym zagrożeniem „odmrożenia” i tak dość „ciepłego” konfliktu z Suchumi.
Błędem jest postrzeganie obecnej sytuacji jedynie przez pryzmat wydarzeń z ostatniego tygodnia. O wzroście napięcia pomiędzy tymi podmiotami możemy mówić od początku marca br., kiedy de facto władze Abchazji i Południowej Osetii złożyły wniosek o uznanie ich niepodległości do rosyjskiej Dumy. Stosownie przedłużane obrady tego organu zakończyły się pozytywnym rozpatrzeniem prośby. Jednak, jak zapowiedziano, była to jedynie sugestia dla Kremla, który miał podjąć decyzję w późniejszym terminie. W tym samym czasie trwały przygotowania do szczytu w Bukareszcie, na którym członkowie NATO mieli debatować nad przyznaniem Gruzji Planu Działania na rzecz Członkostwa. Zgodnie z zapowiedziami rosyjskich dyplomatów, ceną za MAP była niepodległość separatystycznych regionów.
Analizując politykę Kremla, oraz porównując ją z działaniami w stosunku do republik bałtyckich w 2004 r., nie można być jednak zaskoczonym swoistym ultimatum Moskwy, która jednak osiągnęła w kwietniu połowiczny sukces. Zdecydowany sygnał braku inicjatywy części krajów Zachodniej Europy, w tym Niemiec, odnośnie bezpośredniego zaangażowania się w konflikty na Południowym Kaukazie został w pełni odczytany przez stronę rosyjską. Chociaż Gruzja nie otrzymała sugerowanego planu, groźby Kremla częściowo zostają wprowadzane w życie. Należy jednak zauważyć dwutorowość takiej polityki. Z jednej strony zdecydowano się na kontynuację ustanawiania kontaktów pomiędzy oboma krajami – wznowiono współpracę pocztową (kolejną, po przywróceniu m.in. połączeń powietrznych i morskich pod koniec marca) oraz zapowiedziano dalsze pogłębianie stosunków. Z drugiej zaś poinformowano o pogłębieniu kooperacji z de facto rządami separatystycznymi, co, jak stwierdzono, ma na celu jedynie ochronę mniejszości rosyjskiej. Interesującym w tym kontekście jest proces stopniowego wzrostu liczby obywateli Federacji przebywających w regionach podległych Suchumi i Cchinwali. Nie oznacza to jednak dużej fali turystów, lecz przyspieszony (szczególnie od lutego br.) proces paszportyzacji – wydawania paszportów i tym samym często rosyjskiego obywatelstwa mieszkańcom Abchazji i Południowej Osetii (zarówno Abchazom i Osetyńczykom, jak i Gruzinom).
Zarówno zestrzelony samolot jak i kwestia zwiększania oddziałów rosyjskich „sił pokojowych” w tych regionach nie jest precedensem w ciągu ostatnich czterech lat (od rozpoczęcia pierwszej kadencji Michaila Saakaszwiliego). Odnosząc się jedynie do wydarzeń ostatniego roku można wskazać kilka podobnych sytuacji. Najgłośniejszą była kwestia kilkakrotnego naruszenia przestrzeni powietrznej przez stronę rosyjską w sierpniu 2007 r. Podobnie wzrost liczby oddziałów był kilkakrotnie odnotowywany przez Tbilisi, w tym w grudniu 2007 r. Należy zadać sobie pytanie, na ile obecna sytuacja różni się od wcześniejszych. Przede wszystkim, Rosja stara się przedstawić Gruzję niezdecydowanym członkom NATO jako kraj niestabilny. Tym samym zacieśnianie współpracy (planowaną na grudniowym szczycie Sojuszu) wiązałoby się z kolejną misją i zaangażowaniem w „cudzy” konflikt. Szczególnie w momencie niezadowolenia tych krajów z przebiegu działań w Afganistanie stanowi to przekonujący argument. Z tak postawionym celem związane są także oskarżenia Moskwy w stosunku do Tbilisi o planowaną przed grudniem br. akcję zbrojną na tych terenach. Tym samym Rosja daje jednoznacznie do zrozumienia Gruzji, że Sojusz nie jest „lekiem na całe zło”, jak stwierdził Dmitrij Rogozin po zakończeniu szczytu w Bukareszcie.
Co więcej, można odnieść wrażenie, że Kreml stara się określić pole swoich działań, na które faktycznie przyzwolą państwa zachodnie. Zdecydowaną różnicą w obserwowanym akcie tego dramatu jest fakt zwiększonego zaangażowania części członków NATO, w tym zdecydowany wzrost aktywności Polski. Apele ze strony władz gruzińskich nie wypływają jedynie ze znacznego pogorszenia sytuacji w porównaniu z wydarzeniami sprzed kilku miesięcy czy lat. Dodatkowym czynnikiem jest to, że Tbilisi otrzymało w ostatnich miesiącach zdecydowany sygnał poparcia, nie tylko ze strony Warszawy czy Wilna, lecz także Waszyngtonu, głównego promotora tego kraju w Sojuszu. Ponadto nie bez znaczenia jest fakt, że od 2007 r. napięta sytuacja w Abchazji oznacza konflikt na południowo-wschodniej granicy Unii Europejskiej. Zmieniona na korzyść Gruzji sytuacja oznacza tym samym większe zainteresowanie opinii międzynarodowej i publicznej, czego jesteśmy świadkami także w Polsce.
Paradoksalnie takie okoliczności mogą wpłynąć na pokojowe rozwiązanie kwestii separatyzmu w tym kraju. Często pojawiająca się w polskich mediach teza o prawdopodobnej wojnie w regionie jest postawiona zdecydowanie na wyrost. Przede wszystkim trudno w regionie znaleźć agresora, który zdecydowałby się na rozpoczęcie konfliktu. Zarówno w interesie Gruzji jak i Rosji nie leży bycie atakującym, ponieważ oba kraje, choć z różnym skutkiem, przedstawiają siebie jako ofiarę działalności strony przeciwnej. Moskwa, często podkreślając stabilizujący wpływ „sił pokojowych” WNP, wchodzi w rolę gwaranta bezpieczeństwa na Kaukazie. Jednocześnie, nie jest w jej interesie uznanie niepodległości separatystycznych regionów, ponieważ oznaczałoby to m.in. utratę jednego z ostatnich instrumentów oddziaływania na sytuację w Gruzji. Przed Tbilisi stoi trudniejsze zadanie – ukazanie woli pokojowego rozwiązania konfliktu, przy jednoczesnym podkreślaniu suwerenności kraju. Ponadto, gruzińskie władze zmuszone są udowodnić swoim sojusznikom, że zacieśnianie współpracy, w tym politycznej i militarnej, nie będzie opierało się jedynie na permanentnej pomocy z ich strony. Zrozumiałym jest również, że bez wsparcia Kremla Abchazja nie ma dostatecznej siły, by samodzielnie podjąć działania wojskowe.
Gruzja nie jest jedynym krajem Południowego Kaukazu, w którym sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Znacznie mniej popularna wśród opinii publicznej sprawa Górnego Karabachu, separatystycznego regionu Azerbejdżanu zamieszkałego w zdecydowanej większości przez Ormian, nabrała kolorów w marcu br. Miesiąc po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo doszło do pierwszych od czasów podpisania rozejmu w pierwszej połowie lat 90-tych strzałów, na które Baku zareagowało zwiększeniem oddziałów stacjonujących przy granicy z okupowanymi przez karabaskich Ormian terenami. Również w kwietniu miały miejsce kolejne napięcia na tej linii. Azerbejdżan zasugerował także rezygnację z prowadzonej od czasu podpisania rozejmu mediacji OBWE. Podstawowym argumentem był brak efektywności negocjatorów. Wprawdzie strona azerbejdżańska oraz armeńska, między którymi prowadzone są rozmowy, od ponad dekady nie są w stanie dojść do porozumienia w zakresie statusu Górnego Karabachu, to ostatnie miesiące wskazują na zdecydowany wzrost aktywności obu krajów. Wbrew początkowym zapowiedziom nieuznania niepodległości „parapaństwa”, Armenia rozpoczęła w ostatnim tygodniu kwietnia br. debatę publiczną w tym zakresie oraz powstał pomysł rozpisania referendum, które ma wskazać stosowna politykę Erewania, co spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem sąsiada.
Porównując sytuację w Gruzji z konfliktem w Azerbejdżanie można zauważyć znaczące różnice. Przede wszystkim w Górnym Karabachu trudno odnotować tak silny czynnik zewnętrzny, jakim są zarówno Rosja jak i, choć w mniejszym stopniu, kraje NATO. Bezpośrednio wpływa to na zmniejszenie ograniczenia wachlarza działań obu stron. Obecnie najsilniej zaangażowany w spór Erewań-Baku jest Waszyngton, który doprowadził m.in. do majowego spotkania prezydentów obu krajów. Dodatkowo, w przypadku Abchazji i Południowej Osetii trudno mówić o faktycznym zamrożeniu konfliktu od czasów Rewolucji Róż. W odniesieniu do de facto niezależnego od Baku terytorium termin ten jest znacznie bardziej trafiony. Ponadto Ormianie występują bezpośrednio w imieniu i interesie diaspory mieszkającej w Azerbejdżanie, co nie ma miejsca przypadku aktywności Rosji w Gruzji. Wzrost napięć w regionie Południowego Kaukazu jednak nie prowadzi wprost do wybuchu wojny czy podjęcia zdecydowanych działań militarnych. W obu przypadkach, choć silniejsze tendencje w tym zakresie obserwuje się w Gruzji, może skutkować przede wszystkim w podjęciu rozmów na rzecz zmiany status quo separatystycznych obszarów. Co więcej, żaden z krajów regionu, w tym także Rosja, nie jest na tyle silny, by nie patrząc na opinię międzynarodową zdecydował się na rozpoczęcie konfliktu zbrojnego.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje