Joanna Dziuba: Gruziński sierpień
Wojska gruzińskie i rosyjskie prowadzą otwarte walki w Południowej Osetii. Moskwa od ponad doby bombarduje miasta, które nie znajdują się w strefie konfliktu. Rosja mówi o ponad 1,5 tys. ofiar. Kto zaplanował taką wojnę – Tbilisi czy Kreml?
Szukając winnych należy początkowo przyjrzeć się sytuacji w przededniu konfliktu. Na 7 sierpnia, dzień wybuchu walk, planowane były rozmowy pokojowe nad nowym formatem negocjacji. Prezydent Saakaszwili już w marcu br. zapowiedział, że Tbilisi nie będzie uczestniczyć w negocjacjach prowadzonych w dotychczasowych ramach – Wspólnej Komisji Kontroli, w skład której wchodziły cztery podmioty: Gruzja, Rosja, Północna i Południowa Osetia. Jedynie na pierwszy rzut oka proporcje mogą wydać się równe. Bezstronność dwóch ostatnich podmiotów pozostawia jednak wiele do życzenia, gdyż pierwszy region jest częścią Federacji, drugi zaś najbardziej marzy o byciu jej częścią. Propozycja Tbilisi, by w negocjacjach uczestniczyły też Unia Europejska i OBWE spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem pozostałych partnerów. Na przełomie lipca i sierpnia miało odbyć się spotkanie „na neutralnym gruncie” – w Brukseli. Cchinwali jednak nie zgodziło się na rozmowy. Podobnie strona gruzińska zaproponowała negocjacje 7 sierpnia. Dzień przed tą datą władze Południowej Osetii kategorycznie odmówiły, jednak po rozmowach z dowództwem rosyjskim zapowiedziano zmianę decyzji. Po kilku godzinach Cchinwali po raz kolejny odwołało wcześniejsze oświadczenie. Dzień później rozpoczęły się walki.
Fakt, o którym często zapominają komentatorzy pozwala na proces szukania agresora spojrzeć w nowym świetle. W ciągu kilku tygodni przez „czarnym czwartkiem” wielokrotnie dochodziło do wymiany ognia pomiędzy gruzińskimi i osetyńskimi siłami pokojowymi. Niestety, żadna organizacja międzynarodowa nie pokusiła się o rozpoczęcie dochodzenia, kto pierwszy zaczął strzelać. Michail Saakaszwili zabronił dowództwu odpowiadać na osetyńskie prowokacje w obawie przed eskalacją konfliktu. Zmienił jednak decyzję 7 sierpnia, kiedy te siły pokojowe ostrzelały gruzińskie wsie leżące w Południowej Osetii. Zapowiedziano, że zostanie wyegzekwowany konstytucyjny status tego regionu. Patrząc z perspektywy kilku dni na decyzję władz Gruzji można oczywiście uznać, że nie wzięli pod uwagę konsekwencji swoich postanowień. Z drugiej strony czy można stać bezczynnie, kiedy wspierane przez obce wojska odziały separatystów zagrażają życiu obywateli własnego kraju? Rosjanie nie potrafią, dlatego od ponad doby zrzucają bomby na gruzińskie miasta niezaangażowane bezpośrednio w konflikt, jak stwierdził Miedwiediew „używając adekwatnych środków”.
{mospagebreak}
Mniejszość rosyjska zamieszkała w Południowej Osetii na przestrzeni ostatnich paru miesięcy zdecydowanie się powiększyła za sprawą przymusowej paszportyzacji – nadawania obywatelstwa rosyjskiego. Warto pamiętać o tym fakcie, szczególnie analizując taką retorykę Kremla. Mniejszość osetyńska nie mieszka jedynie w tej separatystycznej republice. Większość jej przedstawicieli wraz z Gruzinami, Rosjanami, Azerami, Ormianami i innymi narodami wielokulturowego kraju żyje w niepodległej części kraju. Nie popiera też działań separatystów. Tym samym można zastanawiać się, jak wyglądałoby życie w Południowej Osetii, gdyby nie było tak sił pokojowych z Rosji.
Analitycy prześcigają się w stwierdzeniach i argumentach, która ze stron była bardziej przygotowana do wojny, tym samym, kto ją wywołał i wcześniej zaplanował. Wydaje się oczywistym, że zarówno Rosja jak i Gruzja miały od dawna przygotowana strategię na wypadek eskalacji konfliktu. Po stronie Tbilisi świadczą o tym chociażby przesunięcia części oddziałów do baz w okolicach Gori, w przypadku Kremla m.in. lipcowe manewry na Północnym Kaukazie czy obecne od kilku dni przed wybuchem konfliktu zapowiedzi władz Północnej Osetii (Alanii) o grupach ochotników, którzy gotowi są w każdej chwili wesprzeć separatystów. W momencie wybuchu walk liderzy tego podmiotu Rosji nie byli w stanie ich zatrzymać i ochotnicy zaczęli wkraczać do Południowej Osetii. Okazało się, że są bardzo zorganizowani – stanowili część 58 Armii. Podobnie było w przypadku Abchazji, której lider poinformował, że na rzece Inguri (granica abchasko-gruzińska) może powstać drugi front. Dodatkowo lider Alanii z dumą poinformował 8 sierpnia, że na szczęście władze tego północno kaukaskiego podmiotu Federacji już od kilku dni przewoziły mieszkańców regionu separatystycznego. Można oczywiście się zastanawiać, dlaczego konieczny był taki transport, skoro rozmowy toczyły się tylko o wznowieniu negocjacji?
Saakaszwili zdecydowanie popełnił karygodny błąd i nie jest nim przede wszystkim rozpoczęcie walk w Osetii. Wprowadzenia dodatkowych oddziałów gruzińskich do Cchinwali nie można rozpatrywać jako agresji na drugi kraj, lecz próby ustabilizowania sytuacji we własnym kraju oraz reintegracji terytorialnej. Można jedynie odnieść wrażenie, że eskalacja konfliktu zaskoczyła Gruzinów, a zadowoleni początkowymi zwycięstwami nie byli w stanie zatrzymać tej machiny. Prezydent jednakże nie przewidział dwóch zmiennych w tej układance – Rosji i Stanów Zjednoczonych. Nie spodziewał się, być może naiwnie, że Moskwa w takiej sile wkroczy do separatystycznego regionu oraz, co najważniejsze, że odważy się bombardować inne obszary poza Osetią. Należy się zastanowić, kto w XXI wieku na poważnie mógłby rozważać taką ewentualność?
{mospagebreak}
Czy zmasowane bombardowania gruzińskich obiektów w nocy z 8 na 9 sierpnia można było powstrzymać? Zdecydowanie tak. Odnosi się to bezpośrednio do drugiej zmiennej w tej układance – do Stanów Zjednoczonych, czy ogólnie ujmując Zachodu. Pierwsze bomby zrzucono tuż przy granicy z Osetią – Zachód w apelach o zawieszenie obroni o nich nie wspomniał. Kolejne, kilka godzin później, spadły w regionie Gori – reakcja była podobna. Celem Rosji nie było jedynie spacyfikowanie Gruzinów, lecz również sprawdzenie jak daleko może się posunąć. W sobotę nad ranem Kreml wiedział, że żadne państwo zachodniego świata nie stanie za Tbilisi i nie wesprze go militarnie. Unia Europejska, USA, OBWE i ONZ wezwały do zaprzestania działań militarnych na Kaukazie, jednak w tym samym czasie część polityków amerykańskich wyraziła ulgę, że Gruzja jednak nie jest członkiem NATO i nie muszą transportować tam swoich wojsk. Niestety prezydent Saakaszwili jeszcze 7 sierpnia był przekonany o prawdopodobnym wsparciu szczególnie ze strony Waszyngtonu. Jego zawód można było zaobserwować 8 sierpnia w licznych apelach o pomoc dla Gruzji. Otrzymał ją, lecz jak na razie w postaci „dobrego słowa”.
O co teraz walczy Gruzja? Podstawowym celem władz tego kraju jest utrzymanie niepodległości, nie tylko w wymiarze terytorialnym, lecz przede wszystkim politycznym. Zawieszenie broni wydaje się możliwe jedynie w dwóch sytuacjach. Po pierwsze, kiedy wojska rosyjskie zdobędą militarną przewagę nad krajem. Dla tak walecznego narodu, jakm są Gruzini, oznacza to jedynie pełne zniszczenie kraju. Trudnym do wyobrażenia jest moment, w którym Gruzini z własnej woli poddadzą się Kremlowi. Druga sytuacja to zaangażowanie Zachodu, albo w wymiarze militarnym albo politycznym, jednak w znacznie w większym stopniu niż do tej pory. Niezbędne są negocjacje pomiędzy Rosją i Gruzją prowadzone przez organizacje międzynarodowe, co może nastąpić tylko przy zmianie nastawienia Kremla do Tbilisi. Obecnie jego działania nie wyglądają jak obrona swoich obywateli, lecz ukaranie nieposłusznego narodu za próby suwerennych działań skierowanych przeciwko Moskwie. Jak długo będą toczyły się walki? Dobę temu można było dywagować nad zakończeniem w ciągu jednego, dwóch dni. Obecnie trudno przewidzieć, co w ma zanadrzu przygotowane Rosja i jak długo Gruzja będzie w stanie się bronić.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje