|
Barack Obama, wybierając swojego wiceprezydenta, dokonał jedynego właściwego wyboru. Właściwsza od Joego Bidena byłaby tylko Hillary Clinton. REKLAMA
Przez cały tydzień Obama zwodził media i wyborców. Gdy mówił, że jest gotowy, by podjąć decyzję, wszystkie serwisy informacyjne zaczęły odliczanie, a komentatorzy uroczyście ogłosili, że podanie nazwiska kandydata na wiceprezydenta to kwestia nie dni, a godzin. Mijały kolejne dni, a zapewnienia „już za chwilę, już za moment” pozostawały w mocy. Pod koniec tygodnia senator z Illinois wyznał, że podjął decyzję – świat zamarł w oczekiwaniu. Obama jednak stwierdził, że wie, ale nie powie – niech sobie jeszcze wszyscy pospekulują – w końcu Gruzja zeszła z czołówek gazet (przynajmniej w Ameryce), a Michael Phelps wrócił z olimpiady - więc trzeba podkręcić atmosferę sezonu ogórkowego. Po całym tygodniu oczekiwania z ust Baracka Obamy padło nazwisko kandydata najbardziej oczywistego. Nie tego można było się spodziewać po tej całej zabawie w kotka i myszkę. Jednak od początku wiadomo było, że Joe Biden jest w obecnej sytuacji jedynym możliwym wyborem, jeśli Obama ma pokonać w wyborach Johna McCaina. I sondaż Reutera, w którym kandydat Republikanów wysunął się na prowadzenie, nie miał przy tym wielkiego znaczenia. Przeprowadzono go bowiem jeszcze w lipcu, gdy Amerykanie zszokowani obejrzeli gościnne występy Obamy w Europie. Naprawdę bowiem – co pokazują publikowane codziennie sondaże „New York Timesa” – obaj kandydaci idą łeb w łeb. Ogromne poparcie dla Baracka Obamy to od dłuższego czasu mit – choć skutecznie podtrzymywany przez jego sztab wyborczy. Obama przestał być nowością, a od kiedy wygryzł z wyścigu do Białego Domu Hillary Clinton – na lewej stronie sceny politycznej utworzyła się pustka. Pustka, której nie da się wypełnić zapewnieniami o zmianie i kwiecistymi przemowami o nadziei. Pustka braku konkretów. Dopóki sytuacja u Demokratów była niejasna, senator z Chicago był „tym od pięknych słów”, pani Clinton – nudną, sfrustrowaną kobietą o wygórowanej ambicji. Chociaż owa nudna kobieta nie mówiła pięknie, przytaczała konkrety: twarde fakty, dane liczbowe. W efekcie – Demokraci jako partia pozyskali wielu wyborców – i idealistów, i realistów. Gdy odpadła Clinton, większość sympatii jej wyborców przeniosła się – choć z trudem – na Obamę. Urazy jednak pozostały: do dzisiaj co piąty ankietowany, który był skłonny zagłosować na Clinton, deklaruje, że woli McCaina od senatora z Illinois. Dlatego właśnie duet Obama-Clinton byłby optymalny – wygrałby w cuglach. Optymalny, ale niemożliwy z zasady: nie wiadomo kto z tej dwójki byłby naprawdę prezydentem. Joe Biden ma być Hillary – bis i McCainem – bis w jednym. Biden przyciągnie wyborców Demokratów, których Obama utracił na rzecz McCaina. Senator z Delaware to też jedyny właściwy wybór w obecnej sytuacji międzynarodowej: Biden ma doświadczenie związane z pracą w Komisji Spraw Zagranicznych, doskonale orientuje się nie tylko w bieżącej polityce zagranicznej, ale i w historii i dyplomacji: zna niuanse, wie, kiedy zagrać ostro. On też – do spółki z Johnem McCainem – od początku przejawiał twarde stanowisko wobec putinowskiej Rosji – na długo przed atakiem tego kraju na Gruzję, gdy zarówno Biden, jak i McCain, byli zaledwie jednymi z wielu kandydatów do nominacji w swoich partiach – obaj – bez większych wtedy szans. Oczywiście, i Biden nie jest święty, ma swoje wady, w tym poważną rysę na wizerunku, gdy w 1988 r., ubiegając się o prezydencką nominację , splagiatował przemówienie lidera brytyjskiej Partii Pracy, Neila Kinnocka. Jednak młodsi wyborcy – trzon deklarujących poparcie dla Obamy – tego nie pamiętają, dla nich to zamierzchłe czasy. Joe Biden ma za to ostatecznie przyciągnąć do Obamy religijnych Demokratów – sam senator jest katolikiem, co od czasów Johna F. Kennedy’ego przestało być piętnem. Poza tym przy dosyć letniej wierze Johna McCaina i plotkach o Obamie – „ukrytym muzułmaninie” (wierzy w nie aż 12% Amerykanów!) – daje dodatkowe punkty tandemowi Demokratów. Za katolikami pójdą mniejszości narodowe (Irlandczycy – bo Biden jest potomkiem imigrantów z tego kraju, Polacy – bo przeważnie to katolicy i głosują na Demokratów), a przede wszystkim – rzesze Latynosów, katolickich właśnie. Dodatkowo – robotnicy fizyczni, working poor – do tej pory najwierniejszy elektorat Hillary Clinton. Senator z Delaware ma uspokoić zagranicznych sojuszników USA – obędzie się bez „głupot”: Amerykanie nie porzucą roli globalnego policjanta i nie będą popijać herbatki z Kim Dzong-Ilem. To także – choć minimalny – znak dla Polski, że tarcza antyrakietowa ma szansę stać się czymś więcej, niż prezentem odchodzącego prezydenta Busha. Barack Obama będzie więc ładnie się uśmiechał na spotkaniach szefów państw, a prawdziwą politykę uprawiał będzie po cichu Biden. I tutaj tkwi właśnie ciągłe niebezpieczeństwo dla Obamy – Biden może zdominować jego prezydenturę – przynajmniej poza granicami kraju. Jeśli senator z Illinois nie nauczy się szybko od starszego kolegi tajników dyplomacji, może skończyć się to dla niego nie najlepiej. Bo – z całym szacunkiem dla jego pracy społecznej – polityka międzynarodowa to nie chicagowska ulica, a chociażby Putin, który ciągle przecież de facto dzieli i rządzi w Rosji, to jednak poważniejsze wyzwanie niż obwieszony złotymi łańcuchami nastoletni przywódca gangu. |