|
Neoliberalizm odchodzi otrzymując ciosy z dwu stron. Kongres zaakceptował plan ratunkowy, otwarcie przyznając, że dalsze poleganie na „niewidzialnej ręce” doprowadzi do katastrofy, a większość ekonomistów i dziennikarzy przytakuje, choć z bólem serca. REKLAMA
Strona 1 z 2 Media głównego nurtu wydają się mieć pewien problem z tym, jak mówić i pisać o obecnej sytuacji sektora finansowego w USA. Rok temu, pęknięcie bańki kredytowej traktowane było przeważnie jako bolesna, acz konieczna, korekta rynku kapitałowego, zmuszająca do krytycznej refleksji nad przejrzystością nowych instrumentów finansowych lub funkcjonowania agencji rateingowych. Dzisiaj, po wielu miesiącach nieustannych turbulencji i serii spektakularnych interwencji ze strony amerykańskiego rządu, narasta świadomość autentycznego kryzysu, stawiającego pod znakiem zapytania obowiązujący paradygmat gospodarczy i zapowiadającego powrót wielkich debat z dziedziny ekonomii politycznej. Nie wiadomo jeszcze, ku jakiemu modelowi zmierza system, wiadomo jednak, że czeka nas poważna dyskusja o zasadach współistnienia demokratycznego porządku politycznego i gospodarki rynkowej.
Utarte wzorce myślenia o polityce gospodarczej tracą na znaczeniu, czego przykład dał Witold Gadomski, pisząc w „Gazecie Wyborczej” o „populistycznym” planie Paulsona, opierając się na charakterystycznym dla liberalnych publicystów zwyczajowym utożsamieniu interwencjonizmu państwowego z populizmem. W obecnej sytuacji jest to jednak formułka pozbawiona treści, ponieważ, idąc za ciosem, należałoby dostrzec istnienie populistycznych dziennikarzy „The Economist” i „Financial Times”, a także populistycznie usposobionych bankierów i rekinów finansjery, nerwowo wyczekujących potoku rządowych pieniędzy, mimo że środowiska te były zazwyczaj orędownikami gospodarki wolnej od „widzialnej” ręki państwa. Zachodzi diametralna zmiana optyki, zaś atmosfera kryzysu popycha zdesperowane banki do niesłychanych posunięć: Morgan Stanley i Goldman Sachs zdecydowały przekształcić się z inwestycyjnych w normalne de facto banki komercyjne, dobrowolnie poddając się znacznie większej kontroli państwowej i restrykcjom określającym wysokość depozytów, przez co same godzą się na ograniczenie własnych dochodów, ale w zamian za łatwiejszy dostęp do pieniędzy Rezerwy Federalnej. Jak w tym kontekście rozumieć populizm „przemycany” rzekomo w planie ratunkowym? Zwłaszcza, że zapowiedź oczyszczenia sektora finansowego z toksycznych aktywów przy użyciu 700 mld dolarów pochodzących z kieszeni amerykańskich podatników napotkała na kategoryczny sprzeciw opinii publicznej. Ponad połowa amerykanów nie akceptuje interwencji; w Nowym Jorku doszło nawet do pikiet organizowanych przeciwko gigantycznemu bailoutowi.
Po kilku dniach niepewności Kongres przyjął w końcu plan Paulsona. Odrzucony przez Izbę reprezentantów, został przez nią zaakceptowany po „populistycznych” modyfikacjach wniesionych przez Senat, ograniczających samowolę rekinów z Wall Street, czyli po ukłonie wobec opinii publicznej. Analitycy polityczni są w przeważającej mierze zgodni, że jest to skutek troski kongresmenów o swój wizerunek w oczach wyborców. Ten nowy, „odwrócony” populizm traci jednak intrygujący urok paradoksu, jeśli wziąć pod uwagę, przeciwko czemu faktycznie protestowali tzw. zwykli Amerykanie. Dali oni w ten sposób wyraz swego oburzenia próbą wprowadzenia – wcale nie tylnimi, tylko frontowymi drzwiami – zasady prywatyzacji zysków i uspołecznienia kosztów. Tym samym skompromitowana została kluczowa dla neoliberalizmu doktryna trickle down, zakładająca, że system gospodarczy powinien faworyzować najbogatszą część społeczeństwa, gdy zaś ci dostaną pełną swobodę dalszego nieograniczonego bogacenia się, dobrobyt w końcu przeleje się i zacznie skapywać do maluczkich. Jeszcze nie tak dawno zasada ta towarzyszyła polityce Georga Busha, gdy obniżał podatki dla najbogatszych. Dziś już mało kto w nią wierzy, po tym jak garstka menadżerów zgarnęła monstrualne premie za zrujnowanie sektora finansowego i wywołanie kryzysu, którego bolesne skutki odczują przede wszystkim średnio i gorzej sytuowani obywatele. Przewrotny charakter sytuacji polega więc na tym, że koniec epoki neoliberalnej wyznaczony został nie przez sprzeczny z nią akt interwencji o bezprecedensowym rozmachu, ale przez praktycznie idące jej pod prąd ideologiczne przyzwolenie na to, by finansjera poszła na dno. Kongresmani obu partii przechodzili samych siebie, pomstując przeciw Wall Street i podkreślając, że chciwość powinna zostać ukarana, lecz cóż, okoliczności nie pozwalają.
Warto o tym pamiętać w kontekście tego, że neoliberalizm, rozumiany jako obowiązująca od 30 lat praktyka gospodarcza, wielokrotnie przeciwstawiał się literze własnej ideologii, gdy rządy Reagana, Clintona i Busha chętnie subsydiowały największe amerykańskie koncerny polegając na starej zasadzie: co jest dobre dla General Motors, jest też dobre dla Ameryki. Ten brak konsekwencji skłania dziś do niejednoznacznej diagnozy źródeł obecnego stanu gospodarki w USA. Po której stronie leży wina za bliski rozpadowi stan systemu finansowego: po stronie rynku, czy polityki banku centralnego? Prawdą jest, że rynek zbiera cięgi, jak nigdy; czołowi publicyści gospodarczy, np. Martin Wolf z „Financial Times” pisał o końcu mitu wolnego rynku, a w marcu szef Deutche Bank oświadczył, że przestał wierzyć w samoregulujący się rynek.
Są, rzecz jasna, inne głosy, zwłaszcza w kraju takim jak Polska, gdzie właśnie na wolnorynkowej ideologii zbudowano tożsamość Trzeciej Rzeczpospolitej. Nie tylko ultrakonserwatywni ekscentrycy, jak Janusz Korwin-Mikke, ale i pilnie słuchani przez media eksperci, jak Robert Gwiazdowski, czy Jan Winiecki, przyczyn amerykańskiej zapaści dopatrują się w polityce państwa. Według Gwiazdowskiego, „jeśli coś upada, to na pewno nie kapitalizm”, a za załamanie odpowiedzialny jest keynesizm. Biorąc pod uwagę, że oficjalna doktryna neoliberalna głosiła radykalne zerwanie z Keynesem, trzeba umieć ocenić ten osobliwy pogląd z odpowiedniej perspektywy. Tak jak cała problematyka rynku, tak i to zagadnienie pełne jest dwuznaczności.
|