Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Strona główna
Z cyklu Bliski Wschód: Jordania z twoich marzeń Drukuj Email
( 6 głosów)




Maciej Michałek   
04.09.2009.
Jordania zaistniała na turystycznej mapie świata całkiem niedawno, szybko jednak odniosła na tym polu sukces, potrafiąc pokazać się z jak najlepszej strony. Kraj prezentował turystom w zachodniej telewizji sam król Abdullah II, jeżdżąc z dziennikarzem na Harley’u Davidsonie i pilotując swój ulubiony śmigłowiec, a jego flagowa atrakcja – Petra – została uznana w nowym zestawieniu za jeden z 7 cudów świata.
REKLAMA

Image
Panorama Ammanu
Wszystko zaczęło się od posunięć politycznych i nawiązania stosunków dyplomatycznych z Izraelem. Miało to niebagatelne znaczenie dla kraju nie tylko dlatego, że jest dość sztucznie stworzonym państwem, próbującym stworzyć własny naród z mieszkających tu Syryjczyków, Palestyńczyków i Irakijczyków. Porozumienie z Izraelem stanowiło zatem podstawę zapewnienia Jordanii ładu wewnętrznego. Co ważniejsze dla turystów, otworzyło też szerzej granice i dziś bardzo popularne stały się wycieczki do Jordanii z Izraela, lub przez Izrael – z Egiptu. My jednak dotarliśmy do niego trasą popularną jedynie wśród tak zwanych turystów z plecakami, a mianowicie przez Syrię, zatrzymując się w stolicy – Ammanie.

Trasa ta ma tyle wersji, ilu jest turystów, bowiem szukając oszczędności znaleźć można przeróżne połączenia, często zaczynające się od taniego lotu „gdzieś w tym kierunku”, na przykład do Bułgarii, lub przez Kijów do Turcji; W porównaniu z w pełni lotniczą drogą do Ammanu, oszczędza się co najmniej 500zł, płacąc za to – jak to zwykle bywa – tym, czego studenci mają więcej niż pieniędzy, czyli własnym czasem. Samą granicę syryjsko – jordańską przekroczyliśmy taksówką z dworca w Damaszku, która jest stosunkowo tania, bowiem czeka zawsze na komplet pasażerów, a ponadto kierowca rozdaje każdemu wolnocłowy tytoń do przewiezienia przez granicę, w maksymalnej dopuszczalnej ilości. Tytoń ten, w naszym przypadku papierosy Davidoff, sprzedawany jest zaraz po przekroczeniu wszystkich kontroli w jakimś zaprzyjaźnionym sklepiku, dzięki czemu kierowca zarabia dodatkowo kilkanaście dolarów.


Choć ceny w Jordanii szybko rosną i już są wyższe niż w Egipcie, nadal jest tu miejsce dla oszczędnego turysty, który nie boi się zetknięcia z miejscowymi ludźmi. Amman, choć sam w sobie nie oferuje zbyt wiele, stanowi najlepszą bazę wypadową do atrakcji północnej połowy kraju, a dla wielu jest również oknem na świat, dzięki dużemu lotnisku imienia królowej. W tym zamieszkanym przez ponad połowę jordańskiej ludności mieście bez problemu można znaleźć nocleg w dwuosobowym pokoju w każdej cenie. Zaczynając od noclegów za kilkanaście złotych w zdezelowanych pokojach przypominających opuszczone domy Prypeci (miasta opuszczonego po wybuchu w Czarnobylu), wśród których jest spore prawdopodobieństwo nawiązania bliższych stosunków z kilkoma karaluchami, do noclegów za 400zł w którymś z siedmiu pięciogwiazdkowych hoteli. My postanowiliśmy wykosztować się całe 21zł/os za komfort mieszkania bez robactwa, za to z łazienką, ciepławą lodówką i telewizorem z jedyną słuszną stacją w niemal całej Jordanii – MBC Action, która była też jedyną anglojęzyczną, obok międzynoarodowej wersji Al-Jazeery. Hotel miał atrakcyjne ceny znów dzięki dodatkowym wpływom – wieczorem przychodziły do niego w niedwuznacznych celach pary podstarzałych mężczyzn i wymalowanych kobiet, ale miły właściciel zawsze udostępniał im pokoje odległe od naszego.


Mimo, że Amman nie może pochwalić się zbyt wieloma atrakcjami, spacer po nim jest konieczny, by poznać tutejszych ludzi i zobaczyć kraj takim, jakim on jest, a nie jakim tworzy się go dla turystów. Wyróżniające się są szczególnie dwie dzielnice na zachodzie Al Shmaysani i Zahran, czyli odpowiednio dzielnica finansowa i willowa, narosła wokół tzw. Ulicy milionerów, zabudowanej pięknymi, orientalnymi rezydencjami. W dzielnicy Abdali z daleka widoczny jest olbrzymi plac budowy, którego las żurawi chyba musi skojarzyć się z Dubajem – budowany jest wielki biznesowy kompleks z trzeba drapaczami chmur – pierwszymi w kraju. Następnie skierowaliśmy się w okolice Rainbow Street, których ciche alejki ocieniają domy wielu ważnych w historii kraju osobistości, na czele z domem obecnego króla – ponieważ nie był on następcą tronu, nim niekonstytucyjnie sięgnął po koronę, mieszkał tu jak zwykły człowiek. Dziś spogląda zaś na turystów z portretów wiszących we wszystkich sklepach, hotelach i samochodach – niby nie trzeba go wieszać, ale jakoś dziwnie wszyscy się na to zdecydowali. Spacer ten zakończyliśmy obejrzeniem jedynych starożytnych zabytków miasta, czyli okazałego rzymskiego amfiteatru i wzgórza zwanego cytadelą, z którego rozciąga się piękna panorama pofałdowanej metropolii.

Image
Tradycyjna knajpka, gdzie mężczyźni spędzają całe dnie
Będąc w arabskim kraju nie sposób nie wspomnieć o kupowaniu, tak przecież charakterystycznym, ze względu na zamiłowanie do targowania. Wyjątkiem jest żywność, o którą nie można się targować, lecz sprzedawcy widząc turystę często zawyżają cenę – sprawdzonym sposobem jest wtedy bez pytania danie mu odliczonej kwoty, za jaką gdzieś wcześniej tanio kupiło się ten produkt, np. wodę. W większości przypadków sprzedawca rozumie wtedy, że kupujący zna ceny i bez słowa przyjmuje pieniądze, jeśli zaś reaguje i mówi, że mało – zawsze można poszukać mniej pazernego sprzedawcy. Z kolei chcąc skorzystać z komunikacji autobusowej z biletami kupowanymi u kierowcy, warto o cenę spytać od razu kogoś z siedzących już wewnątrz pasażerów – ktoś mówiący po angielsku zawsze się znajdzie, a kierowcy nie tylko podadzą cenę zawyżoną, ale też potrafią w międzyczasie podać po arabsku cenę innym pasażerom, którą ci mają nam w razie spytania powtórzyć. Nie trzeba chyba tutaj dodawać, że bardzo polecamy nauczyć się cyfr arabskich – nie jest to trudne, a pozwoli zaoszczędzić dużo czasu i pieniędzy.

W północnej części kraju turystów jest niewielu za wyjątkiem Dżaraszu – wspaniałych, hellenistycznych ruin, nazywanych czasami „Pompejami wschodu”. Choć określenie to jest trochę na wyrost, Dżarasz ma dużo do zaoferowania turystom, urozmaicając wizytę pokazami musztry żołnierzy rzymskich, walkami gladiatorów i wyścigami rydwanów na dużym hipodromie.

Image
Wyścigi rydwanów na hipodromie w Dżarasz
 Opuszczając go mieliśmy jednak niemiłą przygodę z natrętnie chcącymi nam coś sprzedać dziećmi, które na koniec obrzuciły nas wyzwiskami – niestety, incydenty tego typu zdarzyły nam się jeszcze kilkakrotnie, łącznie z obrzucaniem kamieniami, i nie byliśmy prowokujący w żaden sposób – ani zachowaniem, ani ubiorem. Dzieci tutaj są po prostu zostawiane same sobie i dopiero życie utemperuje ich chamstwo, starsza młodzież była już sympatyczna i otwarta jak wszyscy. Drugą niemiłą niespodzianką były kłopoty komunikacyjne – ponieważ w te rejony zapuszczają się prawie tylko zorganizowane wycieczki, ku naszemu zdziwieniu dotarcie ze stolicy do nieodległych, największych atrakcji kraju wiązało się zawsze z wielkim poszukiwaniem sposobu na dotarcie tam, a następnie jedną lub dwoma przesiadkami. Co więcej, w Ammanie każdy kierunek obsługuje inny dworzec autobusowy, w związku z czym poznaliśmy ich co najmniej pięć.

Kolejnego dnia odwiedziliśmy miasto Az Zarka, strony rodzinne słynnego terrorysty Zarkawiego (Zarkawi znaczy „pochodzący z Zarki”), a z niego bagna Al Azrak. Bagna te są ewenementem, bowiem pośród pustynnego krajobrazu tutaj wydobywała się woda z podziemnych rzek płynących aż z Syrii, tworząc rozlewisko przypominające rodzime okolice Wkry lub Bugu.

Image
Mokradła Al Azrak dla Polaków wyglądają znajomo
Dawały one również schronienie wielu gatunkom zwierząt i ptaków, w tym antylopom Oryks, hipopotamom, gepardom, lwom i nosorożcom. Dziś trwa wspierana przez UNDP akcja ratowania Azraku, który został niemal kompletnie osuszony poprzez pompowanie wody do Ammanu i Zarki. W lecie niewiele jest tu więc do oglądania, odratowane mokradła ledwo są w stanie przetrwać panujący gorąc, niewątpliwie lepszym pomysłem jest odwiedzenie ich wiosną. Wyginęły również wszystkie zwierzęta, dziś spotkać w pobliskim rezerwacie można jedynie Oryksy, przywiezione tu z Omanu. Przewodniki reklamują też rozrzucone po okolicy pustynne zamki z czasów rzymskich (dawna limes arabica) wszystkie jednak są dość zaniedbane, a większość dodatkowo trudno dostępna – tylko wynajętym jeepem. My odwiedziliśmy więc tylko jeden, który był bazą dla Lawrence’a z Arabii podczas organizowania marszu na Damaszek. Warto przyjrzeć się tej postaci przed wyruszeniem do Jordanii, łącznie z obejrzeniem oskarowego filmu Davida Leana – jej duch unosi się w wielu miejscach, a jest ona niebagatelna dla zrozumienia najnowszej historii regionu.

Innym miejscem wartym zwiedzenia jest Betania Zajordańska – miejsce chrztu Jezusa Chrystusa. Znajduje się ona w najbardziej zielonej części kraju, czyli dolinie rzeki Jordan, która jest jednocześnie granicą z Izraelem i stanowi element tras pielgrzymkowych po ziemi świętej. Dziś rzeka jest bagnistym, brudnym strumieniem, ponieważ jej wody są eksploatowane do granic możliwości przez oba kraje. Miejsce to jest jednak dla chrześcijan wyjątkowe, warte rozważenia są hotelowe oferty zorganizowanych wycieczek objazdowych do Betanii, Madaby i góry Nebo, z której Mojżesz ujrzał ziemię obiecaną, pozwala to bowiem zaoszczędzić mnóstwo czasu. 

My tymczasem ruszyliśmy samodzielnie do wspomnianej Madaby, małego miasteczka z kościołem św. Jerzego. Miasteczko jest zapylone i prowincjonalne, lecz z racji kościoła jedna z jego dzielnic została ładnie odrestaurowana i zamieniła się w prowincjonalne zagłębie turystyczne z pamiątkami i restauracjami. Świątynia zaś przyciąga swoimi słynnymi mozaikami, na czele z olbrzymią mozaiką na podłodze, przedstawiającą mapę ziemi świętej z VI wieku. Jest to ponoć najstarsza zachowana mapa tych ziem i choć spore jej fragmenty nie zachowały się, najważniejsza część, z centralnie umiejscowioną Jerozolimą prezentuje się doskonale.

Obowiązkowym punktem odwiedzin jest oczywiście Morze Martwe, do którego ruszyć najlepiej z Ammanu lub Madaby taksówką, ponieważ łatwiej dostępne plaże są płatne i zatłoczone. Taksówkarze znają zaś dziksze plaże przy wpadających do morza słodkich strumykach, po kąpieli koniecznie trzeba się bowiem obmyć z soli. Wizyta nad tym akwenem ma w sobie smutną nutę, ponieważ pozbawione głównego źródła – wód rzeki Jordan, Morze Martwe szybko znika i według badaczy za 50 lat przestanie istnieć. Zaradzić temu ma budowa wspólnego, izraelsko – jordańsko – europejskiego rurociągu, transportującego wodę z Morza Czerwonego. Budowa ta ma ruszyć w roku 2010 i choć w teorii wszystko jest proste, woda będzie spływać nim sama do najniższego miejsca na Ziemi, w praktyce konstrukcja pochłonąć ma olbrzymie pieniądze, czas więc pokaże co z tego będzie. Cała ta sprawa dodaje być może jeszcze atrakcyjności kąpieli, kto wie, może to ostatnia okazja?

Ponieważ był piątek, dzień wolny od pracy, najpopularniejsza bezpłatna plaża była przeludniona i zatrzymaliśmy się na innej, wskazanej przez taksówkarza. Kąpiel dozwolona jest w teorii wszędzie, warto jednak pamiętać o fakcie, że akwen jest też granicą państwa, na jego brzegu stoją więc co jakiś czas budki z żołnierzami. Wreszcie wbiegliśmy do wody i niewiele spowolnił nas w biegu moment, gdy straciliśmy pod stopami dno – wyporność jest tak silna, że można w wodzie stać na baczność. Natychmiast dowiedzieliśmy się też o wszystkich, niewidocznych nawet skaleczeniach, które zaczęły nas piec, tak samo jak wszystkie golone miejsca, a więc w moim przypadku – pół twarzy (polecamy więc nie golić się przed kąpielą;) ).

Image
Kąpiel w Morzu Martwym na długo zapada w pamięć
 Pływanie w Morzu Martwym daje olbrzymią frajdę, choć pływanie to duże słowo, ręce i nogi wyskakują bowiem z wody jak styropian, wszystko kończy się więc raczej na radosnym pluskaniu. 

Dzięki uprzejmości poznanych w autobusie studentek, której to znajomości katalizatorem było trzygodzinne oczekiwanie, aż pojazd się zapełni, odwiedziliśmy położony na pustyni, drugi największy uniwersytet w Jordanii – Mu’tah University.

Image
Mu'tah University, drugi największy uniwersytet w Jordanii
Na pytanie, czemu wybudowano go tutaj, w surowym i dzikim miejscu, a nie w pobliżu jakiegoś miasta, usłyszałem, że w ten sposób ten fragment pustyni został okiełznany i przestał być pustynią – stał się całym studenckim miasteczkiem, bowiem musiały powstać też akademiki dla uczącej się tutaj młodzieży. Uczelnia wyglądała bardzo amerykańsko, lecz studenckie życie tutejszych uczniów daleko odbiega od polskich standardów – panuje zakaz spożywania alkoholu, dziewczęta mają zakaz przebywania poza swoimi pokojami po 21, do żeńskich akademików jest całkowity zakaz wstępu dla chłopców, nie ma nawet tutaj dyskoteki. Mieliśmy również wrażenie, że poziom nauczania nie należy do najwyższych, studentka ostatniego roku anglistyki nie potrafiła bowiem bez literówek napisać ani jednego zdania po angielsku... Na wysokim natomiast poziomie stały ich zdolności kulinarne i ugotowały nam wyśmienitą Maglubę, danie, które znacznie polepszyło nasze zdanie o kuchni arabskiej. Podana po beduińsku, czyli na jednym, dużym półmisku, składała się z kopca ryżu, obłożonego pieczonymi fistaszkami, warzywami i mięsem kurczaka, wszystko zaś przed zjedzeniem należało podlać śmietanowym sosem na bazie mięsnego wywaru.

Image
Magluba była zbawienną odmianą od codziennych kebabów
Tak czy inaczej, nasza droga na południe wiodła do Karaku – majestatycznego zamku krzyżowców, którego dowódcą był słynny z barbarzyństwa Reginald z Chatillon (wsławionego organizacją wyprawy by zniszczyć Mekkę), a następnie wreszcie do Petry. Dzięki napływowi turystów pobliska wioska – Wadi Musa – przeobraziła się w turystyczną bazę pełną hoteli i restauracji. Mimo to znajdzie się miejsce także dla oszczędnego turysty (choć w najtańszych hotelach znów bywa robactwo, tym razem paskudne pluskwy), co niweluje nieco koszt wcale nie taniego biletu do „różowego miasta”. Przybywając tu samemu, warto ruszyć na zwiedzanie z samego rana (Petra otwarta jest od 6 rano do zachodu słońca), kiedy jest chłodniej, a przede wszystkim pusto.

Image
Nabatejski żołnierz
Większość turystów przybywa bowiem tutaj zorganizowanymi wycieczkami nie tylko z Jordanii, ale też Izraela i Egiptu, i rozpoczynają zwiedzanie dopiero przed południem. Warto również założyć wygodne obuwie, do kas biletowych jest bowiem ponad kilometr, potem kolejny do początku Siq’u (znanego ze zdjęć wąwozu), a potem jeszcze 1,2 km jego dnem, oraz wziąć kanapki i zapas wody, wewnątrz wszystko bowiem jest znacznie droższe. Choć baliśmy się, że turystycznie eksploatowana do granic możliwości Petra okaże się trochę przereklamowana, na szczęście oferuje ona znacznie więcej, niż jest pokazywane na zdjęciach. Chodząc po tym o dziwo wciąż bardzo mało zbadanym archeologicznie mieście dzielnego ludu Nabatejczyków, spędziliśmy 11 godzin, a zobaczyliśmy ledwie z połowę jego atrakcji! I widniejący na wszystkich folderach Skarbiec wcale nie zrobił na nas największego wrażenia. Co jednak spodobało nam się bardziej, zachowam dla siebie – niech każdy odwiedzający Petrę odnajdzie w niej coś, o czym wcześniej nie słyszał.

Image
Petra, w oddali pustynia Arabska
Z Wadi Musa bez problemów dotarliśmy do Akaby, egzotycznego, jedynego jordańskiego portu w ASEZ – Aqaba Special Economic Zone. Jest to wolna od podatków strefa, która poza niższymi cenami wielu produktów daje turystom możliwość nie płacenia za wizę jordańską (wjazdowa + wyjazdowa to około 15 euro). Na granicy można bowiem poprosić o bezpłatną wizę tej właśnie strefy, a następnie tego samego dnia podstemplować ją w biurze w Akabie, co, zależnie od przejścia granicznego, jest łatwe do zrobienia (gdy przybywa się z Ejlatu), lub dość trudne, gdy przybywa się z Syrii lub Tel Awiwu. Akaba zaś, poza niesamowitymi upałami, w dzień dochodzącymi do 50 stopni, oferuje piękne rafy koralowe, dodatkowo wzbogacone o zatopione 60-cio metrowy statek i dwa czołgi.
Image
Rafy koralowe w Akabie
Drobnym utrudnieniem jest fakt, że w mieście niemal całe wybrzeże zajęte jest przez drogie hotele i Yacht Club, zaś ostała publiczna plaża jest brudna, tłoczna i konserwatywna, co w praktyce uniemożliwia czerpanie z kąpieli przyjemności. Mam tutaj na myśli szczególnie kobiety, które nie będą mile widziane w kostiumach kąpielowych (szczególnie dwuczęściowych). Aby móc się zrelaksować bez wścibskich oczu konserwatywnych Arabów i w pełni docenić piękno Morza Czerwonego, trzeba pojechać na plaże oddalone o 15km w kierunku granicy z Arabią Saudyjską (polecam koło hotelu „Bedouin Moon”). My pojechaliśmy tam czterokrotnie i niech to będzie reklamą ich uroku.

Image
Zachód słońca nad zatoką Akaba, na drugim brzegu już Egipt

Na koniec pobytu w Jordanii udaliśmy się na czerwoną pustynię Wadi Rum. Druga najbardziej znana atrakcja w kraju również jest miejscem czysto turystycznym, co zupełnie jednak nie odbiera jej uroku. W ciągu pięciu godzin wynajęty jeep zawiózł nas na czerwone wydmy, do kanionu ze starożytnymi naściennymi inskrypcjami i domu Lawrence’a, po czym trafiliśmy do wioski beduińskiej, w której spędziliśmy noc. Choć wrażenie psuła grająca do pierwszej w nocy muzyka, wystarczyło odejść od obozu, by zostać porażonym pięknem pustyni nocą. Na niebie widniała droga mleczna tak potężna, że aż niepokojąca, gwiazdy spadały jedna za drugą, zostawiając za sobą pomarańczowe wstęgi, a w uszach piszczała cisza.. Jednocześnie było ciepło, a drobny jak mąka piasek zapraszał, by się na nim położyć. Po nocy spędzonej na pustyni zrozumieliśmy ludzi, którzy wiążą z nią całe swoje życie, bo rzeczywiście można się w niej zakochać.

Image
Wadi Rum, najpiękniejsza z pustyń

To był „uroczysty” koniec naszej wyprawy do Jordanii, po której w Polsce dostaliśmy kataru i gęsiej skórki przy 25 stopniach. W tym bliskowschodnim królestwie każdy znajdzie coś dla siebie – starożytne ruiny na czele z cudowną Petrą, orientalny klimat wąskich uliczek w Ammanie, cuda natury jak Morze Martwe i Wadi Rum, a także trochę aktywnego wypoczynku, wspinając się na zbocza Wadi Rum, oraz pływając wśród raf koralowych. Czy trzeba jeszcze coś dodawać, by zachęcić do podróży w te strony?

Drukuj Email
 
Powiązane tagi:

Region:  Bliski Wschód  
tak, bardzo ciekawa
ewa, 2009/09/25 10:43
Świetna relacja! Więcej takich tekstów.
Irka, 2009/09/14 08:43
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

W trakcie nieformalnego spotkania Rady Europejskiej w Brukseli (23.05) przywódcy państw UE nie znaleźli porozumienia w sprawie środków koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego w Europie.
więcej...
Unia Europejska zaskarżyła Argentynę przed Światową Organizacją Handlu (WTO), zarzucając krajowi z Ameryki Południowej stosowanie niedozwolonych ograniczeń w imporcie.
więcej...
Fala kryzysu finansowego, która w 2009 roku przelała się ze Stanów Zjednoczonych na kontynent europejski uderzyła w najsłabsze punkty gospodarek państw Unii Europejskiej, pogarszając sytuację w sektorze bankowym i/lub powodując zadłużenie finansów publicznych ponad progi...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny