|
Barack Obama dosłownie stosuje maksymę Theodore’a Roosvelta: „mów łagodnie, ale noś zawsze gruby kij”. Jednego dnia wygłasza płomienną przemowę typowego idealisty, a następnego – bez mrugnięcia okiem zbija pionki na globalnej szachownicy. REKLAMA
Przemówienie Baracka Obamy na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ było kliszą jego mowy inauguracyjnej – tym razem w wymiarze globalnym. O ile jeszcze Amerykanie przełknęli gorzkie, choć mądre słowa z 20 stycznia o osobistej odpowiedzialności i wartościach ojców – założycieli, to z szefami innych państw już tak łatwo nie będzie.  Mimo wszystko – Obama ciągle cieszy się ogromną popularnością na świecie. W polityce wewnętrznej być może trochę podpadł, ale za granicą cały czas patrzą na 44. prezydenta USA przez pryzmat jego poprzednika, co automatycznie dodaje Obamie punktów. On sam zresztą też nie omieszkał mocno zdystansować się od działań swoich poprzedników. Na forum ONZ zastosował tę samą taktykę, która w znacznej mierze przyczyniła się do jego zwycięstwa w wyborach: pokazał, że jest anty-Bushem. Dla wielu liderów państw ONZ, na tegorocznej sesji najważniejszym wydarzeniem był uścisk dłoni i wspólne zdjęcie z amerykańskim prezydentem. Przykładowo: Departament Stanu zamieścił na swoich stronach indywidualne (!) zdjęcia poszczególnych głów państw z amerykańską parą prezydencką. Łącznie: 134 – jak widać, nie wszyscy zdążyli się załapać na sesję. Nie tę Zgromadzenia Ogólnego, ale zdjęciową. Słowa wygłoszone przez Baracka Obamę w siedzibie ONZ były mową idealisty przekonanego o tym, że świat można naprawić tylko wspólnymi siłami. Ale nie był to idealizm fantasty, lecz idealizm pragmatyka, chcący idee realizować, a nie tylko o nich opowiadać. Odmieniał słowo <multilateralizm> przez wszystkie przypadki, po części nawiązując do dyplomacji z czasów Billa Clintona, gdy USA były jedynym supermocarstwem, ale działającym przede wszystkim w koalicjach, nie obnoszącym się ze swoją potęgą. Tego typu podejście do stosunków międzynarodowych reprezentuje dzisiaj Hillary Clinton, która za główny atut Stanów Zjednoczonych uważa ich „smart power”. Nie „soft”, lecz „smart”: kiedy trzeba, można uderzyć, bo głaskać po głowie zawsze nie można. Ale jeśli już - to w dokładnie wybrane miejsce.
Barack Obama chyba już wie jak uderzyć. Takim uderzeniem było ujawnienie drugiego irańskiego ośrodka wzbogacania uranu.
I to zaledwie kilka dni po rezygnacji z budowy tarczy chroniącej Stany przed atakiem z Iranu (takie były strategiczne założenia i cel budowy tarczy w Polsce i Czechach), de facto z powodu Rosji (która oficjalnie „nie miała się czego obawiać”), tłumacząc się przy tym, że zagrożenie ze strony Iranu nie jest aż tak wielkie, stawiając przy tym wyraźnie na dyplomację ponad wzajemnym odstraszaniem.
Widać w tym momencie strategiczny kunszt Obamy: rezygnujemy z tarczy - Iran traci czujność – Rosja przestaje się dąsać (zyskujemy sojusznika w sprawie Iranu) – wracamy do Iranu wtedy, gdy wszyscy się tego jak najmniej spodziewają.
Tak postąpił prezydent USA, ogłaszając, że irańskie władze od kilku lat rozwijają program jądrowy w dodatkowym, tajnym ośrodku. Dodatkowo, przez wtajemniczenie sojuszników, przed publicznym podaniem tego faktu do wiadomości publicznej, Barack Obama buduje zaufanie u przywódców innych państw.
W końcu – włączenie w sprawę agendy ONZ – bardziej podmiotowe niż przedmiotowe, ma budować pozycję administracji Obamy na forum organizacji i utwierdzić światową opinię publiczną w przekonaniu, że multilateralizm obecnego rządu USA nie jest tylko pustą deklaracją.
W ten sposób sekwencja działań rodem z podręcznika Morgenthaua (interes narodowy jako kategoria obiektywna!) prowadzi do konkluzji idealistycznych lub jest tłumaczona w duchu idealizmu. W klasyce myśli realistycznej znajdziemy zakaz formułowania uniwersalnych prawd i to także często podkreśla Barack Obama, dając prawo innym państwom do bycia różnymi. Dlatego deklaruje gotowość na negocjacje, nawet bez warunków wstępnych.
Z drugiej jednak strony: idealistyczna wizja Stanów Zjednoczonych jako „świetlistego domu na wzgórzu” jest ostatecznym uznaniem jakiejkolwiek akcji podejmowanej przez USA. Wartości te mają być także pewnego rodzaju porozumieniem wiążącym państwa wokół Ameryki.
Odwołując się do tego porozumienia, niektórzy komentatorzy nazwali przemówienie Obamy na forum ONZ „postamerykańskim”.
Przypomnijmy sobie, co napisał Fareed Zakaria w „Post-American World”: wzrost innych państw, zwłaszczcza Chin czy Indii, jest nieuchronny i Stany Zjednoczone nie powinny wdawać się w bezsensowną walkę o „prymat nad światem”. Siłą Ameryki – poza niewątpliwą siłą militarną, pozostaje jej wpływ kulturowy i polityczny, rozprzestrzeniający się (spill-over) w skali globalnej, dający USA pewien punkt odwołania w stosunkach z określonymi krajami. Zakaria ma na to jedną receptę; „Bądź Bismarckiem, a nie Brytanią”: angażuj wszystkich, nie zwalczaj bezwzględnie potencjalnych konkurentów.
W ten właśnie sposób: stosując podwójną optykę do prowadzenia polityki zagranicznej, Barack Obama podjął decyzję o ujawnieniu tajnego ośrodka Iranu. To, co w pierwszym momencie wydawało się nielogiczne, ma swoje głębokie uzasadnienie:
Po pierwsze: w ewentualnej konfrontacji z Iranem znacznie bardziej przyda się Ameryce Rosja, Europa Zachodnia i Chiny niż Polska i Czechy. Nie zapominajmy, że jest jeszcze Afganistan, o którym zaczyna się mówić, że staje się „Wietnamem Obamy” – pomoc państw z pierwszej grupy jest jak najbardziej wskazana, ba – niemal desperacko potrzebna, choć prezydent USA jeszcze o tym głośno nie mówi.
Po drugie: jeśli tarcza zaplanowana przez Busha rzeczywiście była nieskuteczna, a zagrożenie z Iranu – realne, trzeba było plany obronne jak najszybciej zrewidować.
Po trzecie: zaangażowanie w budowę nowego systemu obronnego jak największej liczby krajów, wzmacnia jego skuteczność. Nie bez znaczenia jest fakt planowanych instalacji na południu Europy – co z pewnością ucieszy Izrael.
Po czwarte: propagowanie powszechnego rozbrojenia jądrowego na forum ONZ i ścisłe przestrzeganie prawa międzynarodowego w tej kwestii przez Stany Zjednoczone, daje klarowną podstawę do przyszłych sankcji na Iran, które powinny być przegłosowane bez większych obiekcji.
W końcu Barack Obama jasno chyba dał do zrozumienia, że USA chętnie współpracowałyby z Iranem - dla dobra całej społeczności międzynarodowej, bez niepotrzebnych odwołań do „imperium” czy „osi zła”. Ale jeśli „łagodna mowa” nie działa, trzeba sięgnąć po kij – ale z międzynarodowym atestem bezpieczeństwa, by samemu sobie krzywdy nie zrobić.
|