|
Jutro w Niemczech odbędą się wybory parlamentarne. Do tego czasu nic się nie wydarzy, tak jak przez cały wrzesień. Ostatnia „Zmiana” należała do Baracka Obamy. Od czasu jego kampanii liderzy partyjni przestali kruszyć kopie. Niemcy pogrążyły się w nieostrej, pozbawionej prawdziwego tematu wymianie zdań . Kto ma pomysł, aby czegoś dokonać?
REKLAMA
Ani Frank Walter Steinmeier, filar socjaldemokratów, ani Angela Merkel, przewodnicząca Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, nie uważali określenia tego zagadnienia za właściwe. Właściwie, i wydaje się, że kanclerz zdała sobie z tego sprawę, Niemcy nie mają jakoś ochoty na polityczne spory. Po co wykłócać się o płacę minimalną, reformy systemu podatkowego, reformę kas chorych czy o politykę gospodarczą, jeśli od czterech lat konserwatywna kanclerz prowadzi politykę prawie bliźniaczo podobną do jej potencjalnych rywali? Podczas gdy media ogłosiły Merkel spadkobierczynią Gerharda Schrödera, ta zwróciła uwagę, że reformy jej poprzednika nie przeszłyby w Radzie Federalnej bez poparcia ze strony chadeków. Pochylając się nad najważniejszymi zagadnieniami obie duże partie - CDU/CSU i SPD - prezentują zbliżone, niemal identyczne podejście. Debata, która odbyła się w połowie września, tylko to potwierdziła. No bo dlaczego politycy mieliby źle mówić o pomysłach, które cztery lata razem realizowali? Wolą raczej rzucać w siebie pierzem, niż wyciągnąć broń. Nasuwa się więc pytanie: czy Niemcy to kraj bez opozycji? Bujany fotel Merkel Jeśli sprawdziłby się jeden ze scenariuszy, to mogłoby się okazać, że pragmatyczna polityka Angeli Merkel pozbawiona autentycznych, konserwatywnych konotacji, która to skierowała na nią oczy obywateli, nie da jej partii wystarczającej liczby głosów. Można zaryzykować tezę, że powtórka w postaci wielkiej koalicji zachwieje fotelem i będzie oznaczać dla obecnej kanclerz, pożegnanie się ze stanowiskiem przewodniczącej CDU. Osiągnięcia tego nienaturalnego sojuszu były mało krzepiącym ciągiem sprzeczek o grzeczne i nieśmiałe socjalliberalne kroki. Merkel, będąc kanclerzem w okresie odbudowy, która tylko w niewielkim stopniu wyrosła z prowadzonej przez nią polityki oraz podczas kryzysu, wciąż wymykającego się szefowej CDU, starała się utrzymać zadowalające noty. Swoją popularność, co prawda chwiejna i niepewna, opierała głównie na starannie wykreowanym stylu przyzwoitej, surowej rzeczowości oraz widowiskach polityki zagranicznej, choćby takim jak szczyt europejski czy G8. W polityce było różnie: raz stała zdecydowanie po prawej stronie przytakując inwazji na Irak, w innych kwestiach robiła zdecydowany krok w kierunku centrum, niewiele w tym odstając od swojego poprzednika. Jeśli wielka koalicja miałaby się rozpłynąć, a CDU zdobyłoby przynajmniej 35 procent głosów, Merkel będzie musiała wyciągnąć rękę do CSU i FDP. Warunkiem jest, aby ta ostatnia otrzymała punkty od kogoś więcej niż rozczarowanych wyborców CDU i CSU. Rekonstrukcja lewicy
Po drugiej stronie także niewyraźnie. SPD, uwikłana w zasadzkę kompromitujących rządów „na pół”, z wciąż spadającym poparciem, stąpa po cienkim lodzie, narażając się w niedzielę na powalający cios. Lewicowy elektorat wzruszył tylko ramionami na próby zablokowania Die Linke. Mizerne sygnały wysyłane przez Socjaldemokrację, takie jak apele o płacę minimalną czy przywrócenie ulg dla dojeżdżających do pracy, nie zrobiły wrażenia na stałych wyborcach. Niektórzy deputowani SPD zaczęli szukać wyjścia tam, gdzie do niedawna nikt nich by nie spojrzał – teoretycznie zrozumiała koalicja z Lewicą, może wkrótce zmienić się dla niemieckiej Socjaldemokracji w rzeczywistość. Również Zieloni, którzy nie bardzo chcą słyszeć o lewicowym porozumieniu, mogą otrzymać od socjaldemokratów propozycję współpracy. Niecała SPD jest w tej kwestii aż tak radykalna jak obóz Özdemira. Jej młodsze pokolenie bierze pod uwagę możliwość budowy lewicowego bloku. Jednak i na tym szlaku pojawia się las. Dla starych wyg, podobnie zresztą jak i dla „neoliberalnych czarodziei”, stworzenie czegokolwiek z postkomunistami z PDS oznaczałoby upadek w ekstremizm. Gdzie w tym wszystkim jest Die Linke? Jak w każdej wielobarwnej grupie szkopuł tkwi w zbudowaniu spójnej, koherentnej tożsamości. Potencjał krytyczny tej partii jest wyraźny, jednak przyszłość Lewicy zależeć będzie od stworzenia klarownej odpowiedzi na propozycje ze strony liberałów. Koalicji po lewej stronie sceny nie można wykreślać, chociaż czeka ją sporo przeszkód. Pierwszą może okazać się polityka zagraniczna. Wystarczy przypomnieć o wyraźnym stanowisku Die Linke w sprawie pobytu niemieckich wojsk w Afganistanie. W kontekście ostatnich wydarzeń i gróźb ze strony Al.-Kaidy program Lewicy może wpłynąć na decyzję niektórych wyborców.  Wszystko w rękach Niemców
Konkludując. Kolejna wielka koalicja nie byłaby dobra dla kraju. Dwie duże partie wciśnięte do jednego rządu zadepczą spójną opozycję, która jest niezbędna dla toku decyzyjnego w każdej demokracji. Odarci z możliwości wyboru, zmieszani wyborcy przekazują pałeczkę partiom populistycznym albo popadają w letarg, osłabiając jeszcze bardziej wielkie partie. Najlepszym przykładem była koalicja, która „godząc” dwa sprzeczne bieguny (PvdA i VVD), do 2002 roku rządziła Holandią. To wchłonięcie dyskursu lewicowego i konserwatywnego implikowało narodziny radykalnej retoryki, która w kolejnych latach podnosiła głowę zarówno po lewej jak i po prawej stronie tamtejszej sceny politycznej. Korzystając z okazji, że „niby podzielony” rząd mówi praktycznie to samo, populiści zdołali przekonać do siebie znaczny procent głosujących. Podobna sytuacja może nastąpić nad Łabą, jeśli przez kolejne cztery lata rządziła będzie wielka koalicja. Trzeba więc trzymać kciuki, aby wybór dokonany jutro przez niemieckich wyborców okazał się wyraźny i umożliwił powstanie rządu, lewicowego lub konserwatywnego. Taki scenariusz reaktywuje głos opozycji, bez którego zdrowa sfera publiczna demokracji nie może istnieć.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora. |