Magdalena Górnicka: Barack sam w domu
Kandydowanie na prezydenta jest dużo łatwiejsze niż rzeczywiste rządzenie: to przyśpieszona lekcja politycznego dorastania, a życie w Białym Domu rzadko przypomina film familijny.
Nową tradycją bożonarodzeniową stało się wyświetlanie co roku przez polskie telewizje familijnej komedii o Kevinie, który został sam w domu. W tym roku warto ów film obejrzeć przez pryzmat aktualnej amerykańskiej polityki – zdziwimy się, jak wiele analogii w nim odnajdziemy. Barack Obama – podobnie jak Kevin z początku filmu: stał nisko w hierarchii – był tylko młodszym senatorem [junior senator] z Illinois, któremu zachciało się być prezydentem. Rzucił wyzwanie takim gigantom politycznym, jak Hillary Clinton, Rudy Giuliani czy John McCain. I wygrał. Dzięki charyzmie, świeżości, mobilizacji wolontariuszy w internecie. Trochę także dzięki temu, że trafił na właściwy czas – choć mogło się przecież wydawać, że ów czas wcale nie jest odpowiedni. Był jednak: po ośmiu latach prezydentury George’a W.Busha, Ameryka pragnęła zmiany. Do tego przyszedł kryzys finansowy, który zachwiał wiarą w część amerykańskiego credo: wolny rynek.
Obama jednak swoją biografią – będącą przecież realizacją American Dream – uzupełnił ten naruszony element amerykańskiego dogmatu. „Nadzieję” ze swojego hasła wyborczego przeciwstawił „zwątpieniu”.
Bez nie lubianych krewnych: bez skażonych „waszyngtońskością” doradców rządzących z tylnego siedzenia - i to najczęściej limuzyny należącej do lobbystów.
Obama ustalił na początku twarde zasady etyczne: żadnych „drzwi obrotowych” – niejasnych powiązań z korporacjami i grupami interesów, co –jego zdaniem – było grzechem ciężkim administracji Busha. Równie szybko Obama dopuszcza jednak „wyjątki” – mianując choćby Williama Lynna (będącego wcześniej lobbystą giganta przemysłu zbrojeniowego - korporacji Raytheon) na zastępcę sekretarza obrony.
Podobnie jak w przypadku filmowego Kevina, ustalanie standardów dla innych wydaje się łatwiejsze, niż spełnianie ich samemu.
W końcu – samo pozbycie się „starych” z domu, tak naprawdę nie ułatwia sprawy. Okazuje się, że rządzenie (czy w świątecznej komedii: po prostu „dorosłe” życie) jest o wiele trudniejsze, niż wcześniej się wydawało. Przede wszystkim: trzeba polegać na sobie. Lub – bardziej brutalnie – radzić sobie samemu, samemu też ponosić konsekwencje.
Chętnych ich zadawania jest za to wielu: nie tylko w partii opozycyjnej w Kongresie, ale także wśród polityków własnego ugrupowania. Poza tym – media, wojsko, grupy interesów, poszczególne zagraniczne rządy.
Nawet takiego prezydenta, jak Obama – cieszący się nadzwyczajnymi przywilejami i sympatią mediów i społeczeństwa – w dłuższej perspektywie nie usprawiedliwia ani młody wiek, ani brak doświadczenia w waszyngtońskiej polityce. Kevina także młody wiek nie chronił przed próbami włamania ze strony szajki rabusiów.
Zarówno filmowy Kevin, jak i prezydent Obama, szybko pojęli ważną prawdę: aby być skutecznym, trzeba użyć przeciwko przeciwnikom ich własnej broni. Barack Obama musiał porzucić idealistyczne przekonanie o możliwości nieskalania się niezbyt przejrzystym sposobem waszyngtońskiego sposobu uprawiania polityki. Więcej – musiał się jeszcze sprytniej nią posługiwać.
Jest jeszcze jedna ważna paralela między prezydenturą Obamy a przygodami Kevina: wsparcie ze strony outsiderów – tych nieco zapomnianych i zepchniętych na margines. Bohater Chrisa Columbusa ma za pomocnika starego Marleya, którego boją się wszystkie dzieci z sąsiedztwa (sam Kevin, na początku, również). Obama natomiast sięgnął po osobę, którą osobiście zepchnął na polityczny margines – Hillary Clinton, zaskakując tym samym wszystkich tych, którzy ewakuowali się z tonącego Titanica obozu Clinton na rzecz nabierającego rozpędu jachtu Obamy.
Związane jest to z transakcyjnością takiej relacji: na tyle zrównoważoną i silnie zależną od obu stron, że w pewnym momencie, przestającą opierać się li tylko na kalkulacji. Sukces jednej osoby zależny jest od sukcesu drugiej, a porażka – przyniesie negatywne konsekwencje dla obu.
„Kevin sam w domu” kończy się happy endem. Rodzice powracają, a Kevin może znowu być dzieckiem, choć zdecydowanie mądrzejszym.
Do Białego Domu „rodzice” też powrócili – i to dużo szybciej: Obama sięgnął bowiem po zaprawionych w waszyngtońskich bojach dawnych członków administracji Clintona. Ale Barack Obama nie może być „dzieckiem” – jest prezydentem. Nie ma powrotu do Obamy-sentora, nie ma powrotu do Obamy – kandydata.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje