|

Rosja w relacjach z Ukrainą posługuje się przetargową kartą krymską. REKLAMA
Od wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 roku analitycy i dziennikarze rysują różnorakie scenariusze potencjalnych interwencji zbrojnych Federacji Rosyjskiej na obszarze poradzieckim, uznanym przez Moskwę za strefę uprzywilejowanych interesów. Półwysep Krymski z wielu powodów jest traktowany jako najbardziej prawdopodobny punkt zapalny konfliktu Rosji z Ukrainą.
Nieustanne spięcia
Krym od rozpadu ZSRR stanowił sporny problem w relacjach między Moskwą i Kijowem. Półwysep został przekazany Ukrainie w 1954 roku, w 300. rocznicę unii perejasławskiej, włączającej Kozaczyznę do imperialnej Rosji. Kiedy Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka przekształciła się w niepodległe państwo, większość rosyjskiej elity politycznej uznała, że po „zdradzie” wspólnoty słowiańskiej Krym przestał należeć się Ukrainie. Sytuację komplikowało kilka czynników: większość mieszkańców półwyspu stanowili etniczni Rosjanie, porty krymskie były bazą radzieckiej Floty Czarnomorskiej (do której aspiracje miały zarówno Rosja, jak i Ukraina), na Krym zaczęli wracać jego rdzenni mieszkańcy – Tatarzy.
Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych była okresem nasilonego separatyzmu na Krymie – przyjęto konstytucję niezgodną z ukraińską ustawą zasadniczą, powtarzały się wezwania do oderwania od Ukrainy. O skali zaniepokojenia Kijowa o utratę integralności terytorialnej najlepiej świadczy niechęć do oddania odziedziczonej po ZSRR broni jądrowej, która miała być ostateczną gwarancją bezpieczeństwa.
Wydawało się, że w drugiej połowie minionej dekady sytuacja zaczęła się stabilizować. W 1997 roku Rosja i Ukraina podpisały traktat o dobrym sąsiedztwie, zgodnie z którym Moskwa uznawała przebieg ukraińskich granic. Obie strony porozumiały się też w kwestii podziału Floty Czarnomorskiej, Rosja zaś uzyskała prawo do stacjonowania w Sewastopolu do roku 2017.
Sytuacja wokół Krymu ponownie zaostrzyła się po zwycięskiej dla prozachodnich sił na Ukrainie „pomarańczowej rewolucji” pod koniec roku 2004. Wówczas Rosja podjęła działania, które miałyby jeśli nie zatrzymać Ukrainę w rosyjskiej strefie wpływów, to przynajmniej zapobiec „przeciągnięciu” Kijowa na Zachód. Krym miał odegrać w tych planach istotną rolę. Moskwa znacząco zwiększyła wsparcie dla organizacji grupujących tamtejszych Rosjan, podnosiła kwestię utrzymania obecności Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu po roku 2017. Polityka Rosji była o tyle ułatwiona, że nowe władze centralne nie miały jasnej wizji włączenia Krymu w główny nurt ukraińskiego życia politycznego.
Karta zawsze w grze
I chociaż można sobie wyobrazić różne scenariusze konfliktu rodzącego się na Krymie (i różnorakie preteksty do zbrojnej interwencji rosyjskiej), to obecnie wydają się one mało prawdopodobne. W nadchodzących wyborach prezydenckich na Ukrainie nie ma jednoznacznie antyrosyjskiego kandydata, którego Moskwa mogłaby się obawiać i którego zwycięstwo mogłoby ją skłonić do bardziej nerwowych działań. Zarówno Julia Tymoszenko, jak i Wiktor Janukowycz zapewne będą prowadzić politykę z uwzględnieniem rosyjskich interesów.
Jednocześnie kwestia krymska ma charakter długoterminowy. Można zakładać, że zawsze znajdą się politycy chętni podważać integralność terytorialną Ukrainy. Moskwa zawsze będzie też mogła twierdzić, że występuje w obronie swoich rzekomo uciśnionych rodaków. Utrzymanie obecności Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu jest z kolei niezbędne do powstrzymania ewentualnego przyłączenia się Ukrainy do NATO.
Dopóki Ukraina nie zdoła przekonać do siebie mieszkańców Krymu i nie dokona praktycznej reintegracji półwyspu z resztą kraju (tak politycznej, jak i gospodarczej), dopóty Rosja będzie w stanie wykorzystać przetargową kartę krymską w dowolnym momencie. Artykuł ukazał się w Polska Zbrojna . Przedruk za zgodą Redakcji. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora. |