|
"Indie biorą cudzoziemca szturmem, chwytają za gardło i ściskają żołądek. Nie pozwalają tylko na jedno: na obojętność" - pisał Tiziano Terziani o swoich pierwszych doświadczeniach z Indiami. Po kilkudziesięciu latach – przy założeniu, że chce się Indie prawdziwie zobaczyć - niewiele się zmieniło. Doświadczając, obserwując i poznając ten kraj, także sąsiadujący z nim od północy Nepal, nie dało się uniknąć zarówno fascynacji, jak i frustracji związanej z tym ogromnie różnorodnym obszarem, na temat którego ktoś kiedyś powiedział, że rząd w Delhi administrując nim codziennie dokonuje cudu. REKLAMA
Strona 1 z 2 Zachwyt krajobrazem, barwami i ledwie przecież liźniętą w tak krótkiej podróży wielką kulturą, mieszał się z szokiem wywoływanym nędzą, brudem i cywilizacyjnym zapóźnieniem - często kontrastującym z próżnymi przejawami bogactwa. Jean-Claude Carriere pisze” (…) spektakl jakim są Indie, w tym czy innym momencie zmusza nas do wyjścia poza siebie. Nie sposób, czy prawie nie sposób, być tu zamkniętym, tkwić wciąż w kręgu własnych egzotycznych problemów, niespełnionych pragnień, obsesji, niezrozumienia. Indie nas dręczą, prowokują, uwodzą, odpychają, zdumiewają, hipnotyzują, krótko mówiąc – robią tyle i tak dobrze, że w końcu zapominamy o sobie, wyrzucamy z siebie to, co dotyczy tylko nas”.
Jeszcze teraz, po kilku tygodniach trudno jest ogarnąć szereg myśli związanych z wachlarzem doznań nagromadzonych podczas wyjazdu. Mroczne ulice Varanasi z okresu karnawału Shivy z atmosferą tak gęstą i jednocześnie mistyczną - zwłaszcza po zmierzchu, kiedy w ghatach obrzędy miały swój moment kulminacji - że trudno było nie zastanawiać się, do którego momentu, to wszystko co dzieje się dookoła, jest realne. Powietrze Kalkuty tak ciężkie i zanieczyszczone, że po kilku godzinach krążenia po mieście, nie sposób niemal oddychać. Mumbai, którego reprezentacyjna dzielnica skupiona w okolicy Gateway of India tak bardzo różni się od tej drugiej, wcale wbrew pozorom nie chowanej wstydliwie części miasta z Dharavi na czele. Ciągłe przerwy w dostawach prądu w nepalskiej stolicy, czyniące to miasto po zmierzchu szczególnym, dające wrażenie podróży w czasie o kilkaset lat wstecz. A jednocześnie bogactwo tak bardzo innych od znanych nam w Europie budowli, zgromadzonych w centrum miasta i wokół niego. Majestatyczne Himalaje i wschód słońca z widokiem na kilka wyłaniających się z czasem szczytów w okolicach Pokhary. Przepiękna przyroda parku Chitwan i jakże licznych, jakby stworzonych do trekkingu tras w różnych częściach Nepalu. Upał i plaża w Mamallapuram pozwalające zregenerować siły. Szeregi zabytków. Zupełnie inna kuchnia. I przede wszystkim ludzie, którzy tworzą ten kraj. Ludzie o zupełnie odmiennej mentalności i w swojej liczbie bardzo od siebie różni.
Mówiąc o Indiach należy przyjąć inną optykę. Porównywać winno się je raczej z Europą niż jej pojedynczymi krajami. Mówić o kuchni indyjskiej to jak mieszać spagheti z ziemniakami (choć istnieją teorie, iż właśnie jedzenie jest głównym spoiwem łączącym ten wielki kraj), o indyjskiej mentalności to jak zestawiać Greka ze Skandynawem, o klimacie to jak mieszać zimę z latem. Indie są bardzo różne. Ryszard Kapuściński pisał: "Bo Indie to w każdej dziedzinie nieskończoność, nieskończoność bogów i mitów, wierzeń i języków, ras i kultur, we wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym pomyśleć, zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność."
Poniżej przedstawiam swoje notatki z blisko miesięcznej podróży.
Helsinki (Finlandia), środa 03.02.2010 r.
Dwie i pół godziny po planowanej porze odlotu do New Delhi, a na półtorej przed planowaną (znowu tylko planowaną!) porą kolejnego lotu, otrzymujemy z przyjaciółmi, z którymi wybrałem się do Indii, sms-a ze spóźnioną o kilka godzin informacją: "Arrive at check - in at latest 1 hour before estimated new departure line". Uśmiechamy się do siebie. Na szczęście bardzo wygodnie leży się na ustawionych tutaj leżakach- powinno się je obowiązkowo wprowadzić na każdym lotnisku. Voucher na 17 euro jest marnym pocieszeniem, tym bardziej, że dotyczy tylko jednej knajpki, wybór z menu został ograniczony do 3 zestawów, a to co otrzymaliśmy nasunęło nam niepokojące przypuszczenie, iż ktoś w restauracji wpadł w ten sposób na doskonały pomysł pozbycia się starej żywności.
Wylecieliśmy z Warszawy przed piętnastą (półtorej godziny opóźnienia), więc dzień, a właściwie doba zaczyna się niemiłosiernie dłużyć. Część z pasażerów drzemie, leżąc zajmują od trzech do pięciu - w zależności od wzrostu - miejsc siedzących. Inni czytają. Gazety, książki, przewodniki. Przeglądają mapy nanosząc poprawki w planie podróży. Od Warszawy towarzyszy nam przebrany w tradycyjny buddyjski strój i odmawiający mantry młody Polak.
Tym co uderza na lotnisku jest ogromna cisza. Jakby tłum automatycznie zmieniał sposób swojego zachowania w zależności od miejsca pobytu. Teraz są to Helsinki - więc spokojnie czekamy. Zostało około osiemdziesięciu minut. Jasne, białe światło lotniska zaczyna być coraz bardziej drażniące. Po mojej prawej ręce wielki baner, na którym Kevin Costner uśmiecha się zawadiacko obok logo Turkish Airlines i napisu "Flying with you can make anyone feel like a star". To co prawda niczemu dziś niewinne tureckie linie lotnicze, ale chyba FinnAir będzie mi się od teraz kojarzył właśnie z tym uśmieszkiem amerykańskiego gwiazdora, który zdaje się mówić, że wybraliśmy nie te linie co trzeba. To dopiero rozgrzewka w naszej podróży, a już jestem niepokojąco zmęczony. Ciekawe co będzie za kilkanaście godzin? Na razie poszukam kawy licząc, że wraz z kofeiną przyjdzie zastrzyk energii.
Delhi (Indie) - Kathmandu (Nepal), czwartek-piątek 04-05.02.2010 r.
Wreszcie jest okazja do kontemplacji dnia, po odpoczynku w zaskakująco dobrym hotelu. Jest chłodno, ale można się przykryć ciepłym kocem i położyć w czystej pościeli. Piszę z Kathmandu - stolica Nepalu robi ogromne wrażenie, ale po kolei.
Pierwszy szok kulturowy przeżyliśmy w New Delhi, gdzie tak na dobrą sprawę, nie mieliśmy się tym razem nawet zatrzymywać. Spóźniliśmy się jednak na samolot, a kolejny odlatywał dopiero następnego dnia, więc pojechaliśmy na kilkanaście godzin do centrum stolicy. Dwanaście milionów ludzi, tysiąc pięćset kilometrów kwadratowych. Zapłaciliśmy 250 indyjskich rupii za prepaid taxi - rozpadający się wrak samochodu i ruszyliśmy do miejskiej dżungli. Totalny chaos na ulicy. Wszyscy trąbią, ale raczej informacyjnie, jakby chcieli powiedzieć: "Uważaj! Jadę!". Bez złośliwości i wzajemnych pretensji. Totalny brak zasad, ciągłe zajeżdżanie sobie drogi. Odnoszę wrażenie, że jedynym sprawnym elementem naszego auta są hamulce - niezbędne, bo ciągle ktoś wjeżdża nam przed maskę. Dandewad - nasz kierowca, w którymś momencie drogi z lotniska zatrzymuje się i w szczerym polu wysiada z auta. Dokądś dzwoni z komórki. Zaczynamy się lekko niepokoić. W końcu jesteśmy nowi, sami, w zupełnie obcym kraju. Na pewno to widać. Nikt nie wie gdzie teraz jesteśmy. Dopiero po chwili okazuje się, że szukał dla nas hotelu, licząc na porządny napiwek, który zwyczajowo dostaje tu każdy taksówkarz za przywiezienie pod właściwy sklep, targ, hotel itp. Każemy zawieść się do taniego miejsca niedaleko centrum. Nasz kierowca cały czas kiwa głową powtarzając: "yes ,yes", ale wcale nie jesteśmy pewni czy nas rozumie. W końcu trafiamy do położonego niedaleko od centrum hoteliku, umawiamy się z Dandewadem na ósmą rano następnego dnia i zostajemy w trójkę w pokoju za 1200 rupii. Po chwili wychodzimy z hotelu do miasta i łapiemy tuk-tuka - autorikszę, która jest jednym z najpopularniejszych środków transportu w Indiach. Tym razem kierowca – Dheeru - już lepiej mówi po angielsku, więc decydujemy się na trasę objazdową. Zawozi nas do hinduskiej świątyni której nazwy niestety nie udało mi się zapamiętać, potem pod Indian Gate i do imperialnej dzielnicy rządowej (Raj Path oraz Sansad Bhawan robią duże wrażenie). Delhi jest stolicą od 1911 roku kiedy to król JerzyV przeniósł ją tu z Kalkuty.
W końcu trafiamy do Golden Temple - taką przynajmniej nazwę wymienił nasz przewodnik, gdzie swój obrządek odbywali właśnie sikhowie. Dheeru wprowadził nas tam, a potem musiał się z tego tłumaczyć, bo jeden z Sikhów wybiegł za nami z jakąś pretensją. Przez moment było dość nerwowo. W samej świątyni odbywała się w tym czasie ceremonia. Muzyka i modlitwa. Wcześniej jeszcze, w specjalnym pomieszczeniu przygotowanym dla pielgrzymów, okryliśmy głowy i zdjęliśmy obuwie. Miejsce, jego aura i atmosfera oraz ogromna charyzma bijąca od Sikhów robiły wielkie wrażenie. Później, gdy zbieraliśmy się już do wyjścia, jeden z Sikhów patrząc nieco fanatycznym wzrokiem, zaprosił nas tonem nie znoszącym sprzeciwu: "Please, take a seat" i patrząc prosto w oczy zaczął opowiadać o swojej religii. Można by powiedzieć - ewangelizować. Na koniec rozdali (liczba mnoga bo Sikhów było trzech w pomieszczeniu) nam informatory o sikhiźmie w języku ... polskim. Jest tam napisane m.in., że tym co najlepiej charakteryzuje wspólnotę jest odwaga (szaleńcza?) oraz zasada, że "Sikh nie nastawia drugiego policzka". Dalej między deklaracjami o tolerancji i równouprawnieniu broszura oznajmia, że publiczne odkrywanie części ciała przez kobiety Sikh uważa za „haniebne”. Każdy Sikh nosi nazwisko Singh – „lew”. Na całym świecie jest ich obecnie ponad dwadzieścia milionów. Splot charyzmy wyznawców i pełna mistycznej powagi ceremonia wywarła na mnie wrażenie być może największe ze wszystkich, jakie miałem okazję obserwować przez kolejne tygodnie.
Jak na jedno popołudnie i jeden wieczór zobaczyliśmy myślę sporo. Ciągle trudno jednak pozbyć się wrażenia, że za mało. Nie widziałem, choćby nawet z perspektywy samochodu – starej części miasta. Ryszard Kapuściński pisał o nim: "Stare Delhi! Jego wąskie ulice w kurzu, w upiornym upale, w duszącym zapachu tropikalnej fermentacji. I ten tłum przesuwających się w milczeniu ludzi, ich pojawianie się i znikanie, ich twarze ciemne, wilgotne, anonimowe, zamknięte. Dzieci ciche, niewydające głosu, jakiś mężczyzna wpatrzony tępo w resztki roweru (...) "
Dopisek po podróży: Dziwna jest u Indusów tendencja do przekręcania niemal wszystkiego. Na początku podejrzewałem o tę przypadłość słabej maści przewodników turystycznych, ale dochodzę do wniosku, że dotyczy to zdecydowanie szerszej - trudno mi powiedzieć jak szerokiej - grupy. Zapytani o drogę, o jakiekolwiek liczby, dane – nigdy nie odpowiedzą nie wiem. Wolą powiedzieć cokolwiek, choćby coś kompletnie nieprawdziwego. Właściciel hotelu w Pokharze zapytany o ilość mieszkańców stolicy mówi o ośmiu milionach (w rzeczywistości przy szerokich szacunkach dotyczących aglomeracji jest to milion sześćset tysięcy), a o Pokharę, mówi o milionie (dane z encyklopedii podają dwieście tysięcy osób). Kierowca taksówki zapytany o pojemność największego w jego opinii stadionu (w Delhi) rzuca śmieszną liczbę pięciu tysięcy osób. Często jest to wręcz komiczne. Pytani o kierunek odpowiadają: „yes, yes”, zapytani o cenę najczęściej odpowiedzą: „no problem”. W wyniku tego traci się zaufanie do niemal każdej informacji od nich pochodzącej. Do tej pory nie wiem czy wierzyć w to, że w Benares powstał trzeci na świecie i pierwszy w Azji uniwersytet. Głupieje się w obliczu natłoku i poplątania informacji na temat ich wierzeń (czy oni sami to ogarniają?). Zdaje się też czasami, że do nazwania tych co najmniej kilku tysięcy świątyń hinduskich potrzebują zaledwie czterech słów - Shiva, Kryszna, Golden, Monkey - jako przedrostka do temple. Czy w ten sposób chcą ułatwić życie turystom nie narażając ich na konieczność zapamiętywania trudnych nazw? Kolejny przykład z hotelu w Chennai. Cztery razy prosiliśmy o nóż, kiwali głową nic nie rozumiejąc, zanim wreszcie, po kilkunastu minutach jeden z nich się połapał i rozpoczęło się wielkie poszukiwanie długo oczekiwanego sztućca.
Kathmandu (Nepal), sobota 06.02.2010 r.
Mam mały poślizg w opisie, więc dopiero teraz opowiem o wczorajszym popołudniu w stolicy Nepalu. Jedna z koleżanek ma tutaj znajomego Hindusa, Rahula. Nie ma jeszcze trzydziestki, od dwudziestu czterech lat mieszka w Kathmandu (z przerwą na studia w Mumbaju). Pomaga nam organizować czas w stolicy. Wczoraj woził po mieście część dziewczyn, z którymi ruszamy w dalszą podróż, a które przyjechały tu dzień wcześniej. Na dziś rano załatwił nam taksówkę do Swayambhu, Budhnilkantu i Lalitpur oraz Sub Metropolitan City - całość od godziny dziewiątej do szesnastej kosztowała naszą trójkę 1300 rupii nepalskich. Rahul pomaga nam też zorganizować nocny transport do Pokhary. Wczoraj wieczorem zabrał nas też do bardzo przyjemnej knajpy. Pojedliśmy lokalnie - kaczka w miejscowym sosie, różne zupy i cała masa innych specjałów, których nazw nie pamiętam. Wcześniej, jeszcze w Delhi, razem z naszym kierowcą próbowaliśmy odważnie hinduskiej kuchni. Trochę nas bawiło, że piwo podają tak wolno i z taką celebracją jakby było to co najmniej dobre wino. Dla kontrastu, wieczorem udaliśmy się razem do klubu, zaskakująco nowoczesnego, gdzie grano koncert rockowy, a my napiliśmy się miejscowych drinków. Schodząc na niższe piętra (nasz pub był na samej górze) właściciele otwierali zaryglowane dla miejscowych drzwi, kłaniali się nam i zapraszali: „Sir, please come”.
Częstym problemem są przewodnicy. Na początku zdecydowaliśmy się ich wynajmować. Niemal zawsze jednak odbywa się to bardzo nieformalnie i potem bywa, że powstają niekomfortowe sytuacje. Pierwszy pan otrzymał ode mnie 100 rupii nepalskich (chciał 5 euro). Przewodniczka w Budhanilkanta – młoda Nepalka Sharmila – bardzo starała się zrobić dobre wrażenie, ale po otrzymaniu 100 rupii powiedziała z promiennym uśmiechem, że za to nie kupi sobie przecież nawet nowego ubrania i że prosi o 500 (ostatecznie kolega dał jej 200). W pewnym momencie byliśmy już mocno zmęczeni natłokiem informacji na temat hinduskich wierzeń, zwyczajów i legend. Nie mieliśmy też przekonania co do wiarygodności wszystkich przekazywanych nam informacji. Ponadto męczącym stawało się ciągłe odpędzanie od kolejnych oferujących- wszystko-przyjaciół. Niektórzy byli potem oburzeni tym, że nie chcemy słuchać tego co mówią.
Kilka spostrzeżeń. Niesamowita bieda. Mnóstwo tu żebraków. Brudu. Głodnych, obdartych dzieci. Wychodząc rano po chleb zapłaciłem za niego 30 rupii nepalskich (0,7 PLN) płacąc banknotem pięciuset-rupiowym co wywołało na tym małym stoisku wielkie poruszenie.
Wszyscy handlują, prawie nikt nie kupuje. Wszystkie dziewczyny w wieku powyżej dwudziestu lat noszą na rękach kilkuletnie już dzieci. Wielu ludzi wegetuje wykonując drobne, przekraczające nasze wyobrażenia czynności. Tu przypomina mi się opowieść mojego znajomego Duńczyka, o tym, że w toalecie zastał człowieka, którego jedyną rolą było odkręcanie kurka w kranie i regulowanie odpowiedniej temperatury wody. Większość ulic ciągle pozbawiana jest elektryczności, a wygląda tak, że w Polsce prawdopodobnie mało kto odważyłby się w nie wejść. Mimo to, po dwóch dniach spacerów – zaskakująco szybko, wydaje mi się – zaczynam się czuć zdecydowanie pewniej.
Przed chwilą wróciłem z kolegą ze do sklepu, w którym wczoraj poznaliśmy Rahula. Dziewczyny, które pojechały z nim na wycieczkę nie pojawiły się w hotelu na 18, co było umówioną porą. Nie odbierały telefonu, nie odpowiadały na sms-y. Sklep był niestety zamknięty, ale od taksówkarzy z postoju udało nam się uzyskać numer telefonu jego ojca. Zadzwoniliśmy do niego z hotelu, dał nam numer Rahula, dopiero po rozmowie z nim w końcu się uspokoiliśmy, bo okazało się, że jedzie i będzie z dziewczynami za piętnaście minut (od tego czasu do teraz minęło już ponad czterdzieści – to dobry obraz tego jak pracuje czas indyjski). Mamy tu element hinduskiej logiki. Hindus nie organizuje. Planuje fatalnie. Wczoraj np. zamiast pojechać ze sklepu prosto na obiad, najpierw mieliśmy dziwny, kilkunastominutowy spacer do domu Rahula po jego samochód, a po przejechaniu nim kilkuset metrów w siedem osób zatrzymała nas policja i trzeba było brać taksówkę. Generalnie zamiast kilku minut, trasa zajęła nam półtora godziny.
Zabawnie było także, gdy jechaliśmy taksą na lotnisko w Delhi. Nie tylko dlatego, że nasz kierowca miał rozpadające się auto i słabo mówił po angielsku. Czekaliśmy np. około dwudziestu minut, żeby zatankować. Zapytany o figurki ustawione na desce rozdzielczej stwierdził, że się do nich modli, ale zaraz potem oznajmił, że nie jest „hindu” tylko „muslim” (co z uwagi na figurki jest bardzo ciekawe). Po moich pytaniach zaniepokoił się nieco. Nastała cisza po której zapytał: - „Any problem?” – „Not at all” – odpowiedziałem. Zapytał nas o wyznanie, na co odpowiedziałem mu, że pochodzę z chrześcijańskiego kraju, po czym, już do końca podróży byliśmy dla niego Żydami z Izraela.
|