|
WSTĘP To czy Unia Europejska i Stany Zjednoczone będą partnerami czy rywalami wydaje się być dyskusją między liberałami a realistami. Jednak weryfikacja modelu stosunków między dwoma bodajże najważniejszymi centrami gospodarczymi i politycznymi świata nie nastąpi w oparciu o aktualnie obowiązującą doktrynę lub poglądy polityków u steru rządów. Będzie to proces o wiele bardziej złożony i wynikający w dużej mierze z procesów gospodarczych zachodzących również poza tymi ośrodkami. Celem niniejszej pracy jest zatem właśnie prognoza modelu stosunków transatlantyckich w oparciu o uwidaczniające się dziś tendencje. REKLAMA
Strona 1 z 3 W zakresie polityki zagranicznej postaram się zaprezentować nie same relacje pomiędzy starym a nowym światem, ale zagadnienia związane z krajami trzecimi, gdzie podejście i interesy Unii i Stanów mogą się znacząco różnić. A takie rozbieżne stanowiska mogą natomiast silnie wpływać na wzajemne postrzeganie się obu podmiotów. Mimo to pewne odniesienie do głównych teorii stosunków międzynarodowych istnieje. O ile obecnie mamy do czynienia przeważnie z neoinstytucjonalizmem w relacjach USA - UE, to w przyszłości możemy spodziewać się przeważenia szali w stronę rywalizacji. Jak będzie wyglądał ten przyszły świat? POLITYKA ZAGRANICZNA Dzisiejsza sytuacja rysuje się następująco: USA są jedynym mocarstwem uniwersalnym i dominują nad krajami UE zarówno gospodarczo jak i militarnie. Potencjał sił konwencjonalnych pozwala im na interwencję w każdym zakątku globu (nie zawsze skuteczną jak się okazuje, ale groźba zawsze istnieje), a zwycięska po upadku komunizmu ideologia dodaje Amerykanom pewności siebie i wiary, że wypełniają światową misję demokratyzacji. Jednak następuje tu pewien paradoks: jak pisze Emanuel Todd "im bardziej świat odkrywa demokrację i uczy się żyć bez Ameryki, tym bardziej Ameryka przestaje być demokratyczna [dość wątpliwy wynik wyborów przed pierwszą kadencją George'a W. Busha] i odkrywa, że nie może obejść się bez świata"[1]. Podobnie ujmuje to Francis Fukuyama wskazując na globalny triumf demokracji i liberalizmu gospodarczego, a co za tym idzie koniec historii i nieprzydatność Ameryki. Tak więc obok kolosa z zachodniej półkuli stoi Unia Europejska. Póki co często podzielona politycznie, ale z potencjałem ludnościowym i gospodarczym co najmniej dorównującym Stanom. Integracja europejska, jak by nie patrzeć, wiele zawdzięcza inicjatywie USA po II wojnie światowej i choć pojawiają się rozbieżności, zwłaszcza co do wspólnej polityki obronnej lub małe wojny celne (ostatnio w przemyśle stalowym, czy spór z Kanadą o łowiska na Atlantyku), to jednak Wielki Brat jest z pewnością zadowolony, że wreszcie ma do czynienia z ustabilizowaną, zjednoczoną Europą, wolną od konfliktów i nacjonalizmu. Póki co przynajmniej część krajów europejskich popiera lub jeszcze niedawno popierała inicjatywy amerykańskie w polityce choćby bliskowschodniej, a także interwencje militarne. Stacjonowanie wojsk ONZ w byłej Jugosławii nie budziło wątpliwości, przeciwko bombardowaniom w Kosowie bez mandatu ONZ protestowały jedynie Rosja i Grecja[2]. Do Iraku pojechali już tylko Brytyjczycy, Polacy i Hiszpanie. Obecnie pomoc w ewentualnej interwencji w Iranie deklaruje jedynie Wielka Brytania. Czyżby partnerstwo atlantyckie ulegało osłabieniu? Pod względem wsparcia dla amerykańskiej polityki zagranicznej zdecydowanie tak. Zmienia się po prostu globalny model tej polityki. Wojna jako narzędzie odchodzi do lamusa i w chwili obecnej, pomijając peryferyjne konflikty etniczne, jedynie Stany Zjednoczone gotowe są zdecydować się na konflikt wielkoskalowy. Następuje tu wyraźna rozbieżność wizji miedzy USA i UE. Stany kierują się chęcią uzasadnienia swojej mocarstwowości: szukają kolejnych wrogów nr 1, walczą z tzw. osią zła, próbują wprowadzać demokrację choćby z użyciem wojsk. Unia tymczasem żadnych takich zapędów nie ma. Nie dąży do mocarstwowości politycznej czy militarnej. Buduje swoją strefę wpływów, o ile o takiej można mówić, poprzez przyjmowanie nowych członków, układy stowarzyszeniowe, negocjacje i współpracę gospodarczą. W ten sposób powstaje sieć, która niedługo obejmie także kraje MERCOSUR, Afrykę Pn., sąsiadów Izraela, a także Azję Pd-Wsch. Gdy Turcja i ewentualnie w dalszej przyszłości (jeżeli w ogóle) Ukraina staną się członkami Unii, będzie to szansa na pokojową normalizację stosunków Zachód (w znaczeniu Europy) - islam. Z drugiej strony postawi to przed politykami europejskimi wymaganie szczególnej ostrożności i delikatności w stosunkach z Rosją. Jak wówczas będzie Unia patrzeć na swojego partnera zza oceanu, który buduje bazy wojskowe w dawnych republikach radzieckich tuż pod nosem rosyjskiej armii, a po kompromitacji w Iraku (gdzie do wspólnej interwencji przekonywały jak się dziś powszechnie sądzi fałszywe dowody - pisze o tym nawet Zbigniew Brzeziński[3]) rozmyśla nad interwencją w Iranie. Takie działania utrudniają dialog z islamem. I choć uważam, że wina leży w dużej mierze po stronie krajów muzułmańskich z ich fanatyzmem religijnym, niedemokratycznymi strukturami społecznymi i niskim poziomem edukacji, to wymachiwanie szabelką tylko opóźni proces budowy tolerancji i współpracy. Argumentem dla dalszej "aktywnej" polityki na Bliskim Wschodzie były niedawne wybory w Autonomii Palestyńskiej, gdzie wygrał Hamas i w Iraku, gdzie zwyciężyli religijni szyici, w Iranie zaś do władzy doszedł wróg Ameryki i Izraela, a w Egipcie umocnili się fundamentaliści z Bractwa Muzułmańskiego[4]. Ale nasuwa się pytanie czy przypadkiem nasilające się poparcie dla ugrupowań fundamentalistycznych nie wynika z poczucia zagrożenia ze strony Zachodu i kojarzenia stronnictw umiarkowanych z sojusznikami Ameryki. Jeśli Stany podejmą się bombardowań Iranu, zerwie to prawdopodobnie wszelkie mosty ze światem muzułmańskim, a sam Iran pchnie w ramiona Chin, które już od polowy lat 90-tych są przecież jego partnerem w zakresie badań nad energią jądrową[5]. A tego byśmy nie chcieli. Jak Unia, dążąca do instytucjonalizacji decyzji politycznych (współpraca w II filarze), będzie patrzeć na partnera, który pozwala na wycieki z Departamentu Stanu tajnych dokumentów dotyczących projektów użycia broni atomowej, aby poprzez wizję państwa nieprzewidywalnego i zdolnego do wszystkiego odstraszać potencjalnych wrogów?[6] I jeszcze słowo o Turcji. Jawi się wszak dość jaskrawa sprzeczność między członkostwem tego kraju w Unii Europejskiej i stowarzyszeniem z Izraelem z jednej strony, a z drugiej partnerstwem ze Stanami Zjednoczonymi forsującymi bardzo jednostronną politykę w stosunku do konfliktu palestyńskiego (abstrahując od słuszności takiego czy innego podejścia). Po rozszerzeniu o kraj muzułmański dla Unii konieczna będzie polityka równowagi w tym wybuchowym regionie. Aby już zakończyć temat islamu, wspomnijmy jeszcze tylko o coraz liczniejszej imigracji z krajów Maghrebu do Francji, Turków do Niemiec, czy Pakistańczyków do Wielkiej Brytanii. Oczywiście różnice kulturowe i religijne budzą poważne napięcia, jednakże na dłuższą metę imigracja ta jest dla starzejącej się Europy korzystna. Trzeba więc brać pod uwagę, jak ci nowi mieszkańcy Starego Kontynentu odniosą się do antyarabskiej polityki USA. Unia wybierze więc zupełnie inną metodologię wywierania wpływów na Bliski Wschód i coraz mniej będzie identyfikowała się z polityką Stanów Zjednoczonych. W obliczu zupełnie innego traktowania Chin (którym również daleko do demokracji i przestrzegania praw człowieka) i krajów islamskich nasuwa się bowiem pytanie czy politycy amerykańscy, są rzeczywiście głęboko przekonani o śmiertelnym zagrożeniu ze strony krajów muzułmańskich (co w sumie po 11 września nie jest takie nieuzasadnione), czy może jest to po prostu hipokryzja i realizowanie interesów związanych z: a) możliwościami oferowanymi przez rynek chiński niedostępnymi w krajach arabskich, b) absolutną niemożliwością podporządkowania sobie Chin politycznie bądź militarnie, c) chęcią kontroli strategicznych zasobów ropy naftowej. Z pewnością nie są to wartości, z którymi identyfikują się kraje Unii (może poza punktem pierwszym). Zwłaszcza że zależeć im będzie, by świecić przykładem poszanowania demokracji i państwa prawa przed społeczeństwami Ukrainy i Białorusi. A jeśli po lub zamiast Iranu na kolejnego wroga nr 1 Ameryka wybierze właśnie Białoruś - ostatnią dyktaturę w Europie? Wówczas drogi Stanów i Unii rozejdą się całkowicie bo ani Unia ani Rosja nie pozwolą na żadną wojskową hecę u swoich granic. Poza tym od rozpadu ZSRR nie istnieje już zagrożenie komunistyczne i Ameryka utraciła w naturalny sposób rolę obrońcy wolności i ostoi swobód obywatelskich. Ani UE, ani inne kraje nie odczuwają już takiej potrzeby zapewniania sobie bezpieczeństwa poprzez sojusz z USA. To jak długo będzie się utrzymywać zależność Unii od sił NATO (w wymiarze obronnym oczywiście) zależy w dużej mierze od tempa pogłębiania integracji w filarze wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Z reguły nie wróży się jednak jakiegoś nadzwyczajnego rozwoju Unii Zachodnioeuropejskiej tudzież jej inkorporacji w struktury unijne. Dlatego też ten proces może być bardzo rozwleczony w czasie i w ogóle stoi pod znakiem zapytania. Zerknijmy jeszcze na kilka faktów z tzw. innej beczki. W 1997 roku Stany odmówiły podpisania traktatu z Ottawy o zakazie stosowania min przeciwpiechotnych; w 1998 r. odrzuciły traktat ustanawiający Międzynarodowy Trybunał Karny, a także nie przyjęły protokołu z Kioto dotyczącego emisji dwutlenku węgla (a USA są liderem w tej smutnej konkurencji). Wobec tego może się okazać, że w niedalekiej przyszłości to Unia stanie się międzynarodowym autorytetem w kwestiach, mówiąc ogólnikowo, moralnych. Taka utrata znaczenia może być więc dla Stanów ciężkim orzechem do zgryzienia. Z powyższego wynika, że w perspektywie najbliższych dekad może nastąpić przesunięcie światowego centrum spraw międzynarodowych z Waszyngtonu do Brukseli. W kwestii polityki zagranicznej (o ile nie zmienią się priorytety amerykańskiej administracji) drogi UE i USA raczej na pewno się rozejdą. Dowodem na wypracowanie przez Europejczyków własnej strategii jest choćby deklaracja z Sewilli z 22 lipca 2002 r., która formułuje odmienną od amerykańskiej koncepcję pokojowego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego[7]. Do jakiego stopnia nasili się polityczna rywalizacja, zależeć będzie od tego, w jakim stopniu i jakimi środkami Stany będą chciały walczyć o odzyskanie swojej dominującej pozycji.
|