Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Afryka-Islam: Ekspansja islamu w Afryce - parawan czy cywilizacyjny podbój?

18 listopad 2006
A A A
Kontynent afrykański jest jednym z tych miejsc, które najchętniej wskazuje się jako potwierdzenie słuszności teorii Samuela Huntingtona o „zderzeniu cywilizacji”.

Jego sytuacja jest jednak nieco bardziej złożona w porównaniu z innymi „punktami tarcia międzycywilizacyjnego”. Nie jest on bowiem polem bitwy pomiędzy dwiema silnymi, równymi sobie cywilizacjami. Ta zasadnicza różnica wiąże się z faktem, że Afryka, w przeciwieństwie do chociażby Azji, czy Ameryki prekolumbijskiej nie zrodziła wystarczająco silnego systemu kulturowego, które mógłby stać się atrakcyjną alternatywą dla silniejszych, „zewnętrznych” cywilizacji. Stąd w myśl teorii Huntingtona stanowi on pole ekspansji cywilizacji islamu, której stara się przeciwstawić zarówno tradycyjna kultura afrykańska jak i importowane z Zachodu chrześcijaństwo lub świeckie ideologie polityczne.

Niektórzy obserwatorzy mówią w tym kontekście o „tykającej bombie zegarowej”, która może uczynić z Afryki jeden z głównych frontów islamskiego dż ihadu. Na to, że takie zagrożenie rzeczywiście istnieje, miałaby wskazywać postępująca ekspansja islamu w Czarnej Afryce i trwające, bądź tlące się konflikty o podłożu religijnym w miejscach takich, jak Sudan, czy Nigeria. Czy jednak rzeczywiście fundamentalizm religijny jest przyczyną wszystkich tych zjawisk? A może stanowi on po prostu wygodny parawan dla rasowej nienawiści, bądź brutalnej walki o zyski i władzę?

Najlepiej zacząć od garści liczb i faktów. Islam jest obecnie drugą religią na świecie z 1,3 miliarda wyznawców, z czego 20 proc. zamieszkuje Afrykę. Czarny Ląd ma bardzo długą historię kontaktów z muzułmanami i Kalifatem. Słynny muzułmański historyk Ibn Chaldun napisał, że nazwa Ifriqijja pochodzi od Ifriqusa bin Qajsa bin Sajfiego, który był władcą Jemenu. Już w czasie życia Proroka Mahometa, muzułmanie najpierw udali się w hidż rę jako uchodźcy do al-Nadżasziego (Negusa - władcy Abisynii).

Pierwszy etap ekspansji islamu w Afryce przybrał wojenny charakter i był ściśle związany z podbojami arabskiego Kalifatu. W 642 roku armie Proroka zdobyły Aleksandrię, a w rok później już cały Egipt, Cyrenajka i Trypolitania znalazły się w rękach arabskich. Po opanowaniu Trypolitanii Arabowie przeniknęli do tzw. Maghrebu (Afryki Zachodniej), tu jednak napotkali na silniejszy opór Bizantyjczyków, którym z pomocą przyszli wojowniczy Berberowie, zadający im bolesne klęski. Po kilku latach Arabom udało się jednak pozyskać Berberów dla islamu, dzięki którym teraz szybko został złamany opór wojsk bizantyjskich.

Tzw. druga ekspansja islamu (XI-XVII wiek) była dziełem kupców oraz misjonarzy i przebiegała raczej drogą pokojową Do wschodniej Afryki islam zaczął docierać już od VII wieku: drogą lądową z Egiptu przez Sudan do Etiopii i drogą morską z Półwyspu Arabskiego do Somalii, Kenii i Tanzanii. Osadnictwo arabskich handlarzy na wybrzeżu wschodniej Afryki doprowadziło w ciągu wieków do powstania muzułmańskiej cywilizacji suahilijskiej. Penetracja islamu w głąb zachodniej Afryki przebiegała natomiast transsaharyjskimi szlakami handlowymi z Maghrebu. Krzewiciele religii muzułmańskiej starali się do niej nakłonić przede wszystkim lokalnych władców, za którymi podążali poddani. Od XI wieku, nową wiarę zaczęły krzewić warstwy rządzące w imperiach Ghany, Mali, Songhaju i innych. Proces islamizacji ludności przyspieszyła w XVIII i XIX wieku działalność reformatorów religijnych z ludów Fulanów, Tukulerów i Mande. Ekspansja islamu została jednak zahamowana wraz z kryzysem świata muzułmańskiego i postępującą penetracją Afryki przez mocarstwa Zachodu. Na zmniejszenie atrakcyjności religii Mahometa wpłynął również fakt, że jej arabscy wyznawcy byli przez czarną ludność aż nazbyt często kojarzeni z budzącymi postrach łowcami niewolników...

Obecnie islam wyznaje 40 proc. mieszkańców Afryki, podczas gdy chrześcijaństwo 32 proc, a religie tradycyjne 28 proc. Do najbardziej zislamizowanych należą kraje Maghrebu, strefy Sahelu (od Senegalu po Sudan), Somalia oraz nadmorskie rejony Kenii i Tanzanii. Afrykański  islam  jest  bardzo   zróżnicowany.   Mamy  tam  bardzo   skrajny,  uciekający  się   do terroryzmu, islam Algierii i Libii Kadafiego, dość „liberalny” i otwarty islam tunezyjski. Niezwykle ciekawy jest z kolei tzw. „czarny islam” (obejmujący obszary Sahelu i Sahary, Afrykę Wschodnią i Zachodnią) w którym dogmaty i obrzędy islamu łączą się z wierzeniami animistycznymi (np. wiarą w duchy przodków) i rodzimymi rytuałami magiczno-religijnymi. Ten ostatni typ islamu pokrywa się zresztą w dużej mierze z obszarem występowania kultury Bantu, która była bardzo pokojowa, oparta na zasadzie współpracy i współdziałania. Afrykański islam wykazuje też dużą elastyczność, lepiej niż chrześcijaństwo adaptując lokalne obyczaje (np. poligamię), czy gdy nie zmusza kobiet do noszenia zasłon.

{mospagebreak} 

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat ekspansja islamu w Afryce nabrała gwałtownego przyspieszenia. W krajach, gdzie miał on dotychczas porównywalną liczbę wiernych z innymi religiami, zaczął wielokrotnie zdobywać dominację, pojawiając się jednocześnie w regionach, w których dotychczas niemal nie występował. Nie byłoby to może wielkim problemem gdyby nie fakt, że gros nowych konwersji na islam jest dziełem wahhabitów – najbardziej fundamentalistycznego i agresywnego odłamu tej religii.

Podobnie jak przed wiekami ekspansja ta przebiega przede wszystkim drogą pokojową, a na jej skuteczność wpływa kilka czynników. Jednym z nich jest niewątpliwy zastój w rozwoju chrześcijaństwa w Afryce. Jest to dość zaskakujące zjawisko, gdyż jeszcze kilkadziesiąt lat temu rozwijało się ono w Afryce bardzo szybko. Obecne problemy mają jednak głęboko sięgające przyczyny. Z jednej strony, chrześcijaństwo jest nieodparcie kojarzone z znienawidzonym przez wielu Afrykanów Zachodem. Stąd islam nawraca dużo większą liczbę ludzi niż chrześcijaństwo, mimo znacznego zaangażowania finansowego chrześcijańskich kościołów, zwłaszcza protestanckich, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych. Z drugiej strony, autorytet kościołów chrześcijańskich mocno podupadł w ostatnich latach. Miały w tym swój udział seksualne skandale z udziałem duchownych i misjonarzy, lecz przede wszystkim bezsilność chrześcijańskich kościołów wobec rozdzierających kontynent plemiennych waśni. Najbardziej dramatycznym tego przykładem było ludobójstwo w Rwandzie w 1994 roku. Chrześcijańscy duchowni nie dość, że nie potrafili powstrzymać swych wiernych przed masowym mordowaniem współbraci z przeciwnego plemienia, sami często byli bezpośrednio zaangażowani w ludobójstwo. I choć śmierć ponieśli m.in. wszyscy rwandyjscy biskupi z plemienia Tutsi, miejscowi bardziej pamiętają jednak chociażby sprawę dwóch katolickich zakonnic, które skryły w swoim klasztorze kilkaset Tutsich, by później sprowadzić milicjantów z plemienia Hutu i razem z nimi wymordować bezbronnych. Nic więc dziwnego, że islam którego mułłowie jako jedyni nie dzielili wiernych na Tutsich i Hutu zdobywa w regionie Wielkich Jezior coraz większe wpływy.

Nie tylko słabość chrześcijaństwa wpływa na skuteczność muzułmańskiego nawracania. Islam jest bowiem w pewnym sensie religią kontestacji. Na całym świecie ludzie, którym nie odpowiada istniejący porządek społeczny, przechodzą właśnie na islam, i dzieje się to bardzo szybko i na masową skalę. W Afryce z powodu kolonialnych resentymentów islam jest – jak już wspomniałem – atrakcyjną ofertą dla milionów sfrustrowanych, pogrążonych w nędzy ludzi. Atrakcyjne są zwłaszcza jego radykalne odmiany w rodzaju wahhabityzmu, prezentujące nieugiętą nienawiść wobec często obwinianego w Afryce o wszelkie zło Zachodu. Pod tym względem radykalny islam nie ma w zasadzie świeckiej konkurencji, gdyż ostatnie kilkadziesiąt lat przyniosło totalną kompromitację zarówno „trzecioświatowym” ideologiom antykolonialnym i patronującym im rozmaitym „ojcom niepodległości”, jak i importowanemu z ZSRR komunizmowi. Rację ma więc tygodnik „Wprost” pisząc, że islam w Afryce „wypełnia miejsce cywilizacyjnej pustki, jaką zostawiły po sobie rządy tyranów”. W sytuacji gdy tożsamość państwowa, czy plemienna okazuje się ułomna, zastępuje ją zapewniana przez islam przynależność do grupy „dzieci proroka”. Nie chodzi tu zresztą jedynie o kwestie czysto ideologiczne. Dwanaście północnych stanów Nigerii wprowadziło u siebie prawo koraniczne nie tyle z powodu radykalizacji miejscowych muzułmanów, lecz by znaleźć alternatywę dla chaosu jakiego nie potrafiło zapewnić słabe i skorumpowane państwo. Podobnie jest w postapartheidowskiej RPA, gdzie fala przestępczości i niemoc państwa sprawiły, iż obywatele postanowili zrobić porządki na własną rękę.
 

W awangardzie znaleźli się muzułmanie – i to mimo iż stanowią w RPA zaledwie 1,5 proc. ludności. Islamska organizacja „Pagad” („People against gangsterism and drugs”) zadebiutowała publicznie w 1997 roku paląc żywcem na ulicy jednego z najgroźniejszych i najbezwzględniejszych bandytów Kapsztadu – Rashaada Staggie. Od tamtej pory uzbrojeni po zęby i zamotani w kominiarki aktywiści „Pagadu” przeciągają przez przedmieścia, podpalając domy i strzelając do wszystkich, których uważają za „parazytów” (pasożytów) niezależnie od tego, czy ludzie ci mają coś na sumieniu, czy też nie. W innych państwach organizacje muzułmańskie przejmują z kolei wiele funkcji socjalnych lub edukacyjnych, a więc spełnianych normalnie przez państwo.

Na koniec pozostaje jeszcze przyczyna najbardziej prozaiczna – pieniądze. W ostatnich latach do Afryki napływa rzeka petrodolarów z Arabii Saudyjskiej i innych państw Zatoki Perskiej. To nie tylko inwestycje, ale również datki na budowę meczetów, szkół koranicznych i przede wszystkim pomoc humanitarna. Jedną z świętych zasad islamu jest przecież jałmużna (zakat), którą to bogaci sponsorzy wahhabityzmu spełniają sumiennie. W tej sytuacji dla żyjących w potwornej nędzy mieszkańców afrykańskich slumsów islam ma szczególną siłę przyciągania.

Zetknięcie się islamu i chrześcijaństwa w Afryce to jednak nie tylko pokojowe odbieranie wiernych, lecz również krwawe konflikty motywowane w większym lub mniejszym stopniu przez religię. Zbyt często mamy jednak do czynienia z dość uproszczonym przedstawianiem większości afrykańskich konfliktów jako starcia „islamskiej północy z chrześcijańsko-animistycznym południem”. Rzeczywiście religijne różnice pogłębiają często sprzeczności pomiędzy rozmaitymi afrykańskimi siłami, lecz rzadko stanowią główną oś konfliktu, którą jest zazwyczaj żądza zysku lub władzy (jak na Wybrzeżu Kości Słoniowej lub w Togo). Trzy afrykańskie konflikty przypominają jednak do złudzenia obraz nakreślony w „Zderzeniu cywilizacji” – dlatego też warto poświęcić im więcej uwagi.

{mospagebreak} 

Mówiąc o konflikcie „islamskiej północy z chrześcijańsko-animistycznym południem” najczęściej ma się na myśli Sudan. Rzeczywiście ten najdłuższy i najkrwawszy afrykański konflikt rozpoczęto z pobudek religijnych. W 1983 roku rządząca Sudanem, fundamentalistyczna islamska junta wojskowa rozciągnęła na zamieszkiwane przez chrześcijan i animistów południe kraju prawo szariatu i rozpoczęła przymusową islamizację kraju, połączoną z dyskryminacją czarnej ludności. Odpowiedzią było zbrojne powstanie prowadzone przez Sudańską Armię Wyzwolenia. Rząd rozpoczął więc pacyfikację południa w sposób zakrawający o ludobójstwo (stosując m.in. broń chemiczną i taktykę „spalonej ziemi”). W ciągu 21 lat ok. 2 milionów ludzi zginęło, a dalsze 4 miliony uciekło do sąsiednich państw, by wegetować w obozach dla uchodźców. Warto jednak podkreślić, że przyczyną wojny były nie tylko różnice religijne, ale i rasowe (południe zamieszkuje w większości czarna ludność, podczas gdy na północy dominują Arabowie). Warto również zauważyć, że podczas wieloletnich negocjacji poprzedzających podpisanie porozumienia pokojowego w styczniu 2005 roku, rząd sudański łatwo przystał na rezygnację z islamizacji południa i zniesienie prawa szariatu. Konflikt przedłużał się jednak, gdyż Chartum nie miał zamiaru rezygnować z zysków z występujących na południu kraju złóż ropy naftowej... Jeszcze wyraźniej brak czysto religijnej motywacji widać w toczącym się obecnie konflikcie w sudańskiej prowincji Darfur. Tam ludobójstwo dokonywane przez arabskich koczowników na czarnej ludności sprowadza się z jednej strony do kwestii rasowych oraz walki o ziemię i źródła wody, a z drugiej ma na celu zachowanie całości państwa sudańskiego (władze w Chartumie obawiają się, że Darfur może wzorem południa domagać się secesji). Jeśli zaś chodzi o kwestie religijne, to w Darfurze muzułmanie są mordowani przez muzułmanów.

Również wybuchające i gasnące od niemal 40 lat konflikty w Nigerii chętnie tłumaczy się przyczynami religijnymi. Gdy jednak w 1966 roku chrześcijańskie plemię Ibo dokonało próby secesji prowincji Biafra, powodem była raczej chęć zatrzymania większości zysków z występujących tam złóż ropy oraz niechęć do dominujących w państwie ludów Hausa i Fulbe z północy. Różnice religijne (Hausa i Fulbe wyznają islam) niewątpliwie pogłębiły konflikt, lecz na pewno nie stanowiły jego głównej osi. Również i dzisiaj wybuchające raz po raz krwawe walki i pogromy pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami mają zazwyczaj charakter rozgrywek międzyplemiennych oraz starć o ziemię i źródła wody. Także wspomniane już wcześniej wprowadzenie szariatu w dwunastu północnych stanach Nigerii było w dużej mierze elementem rozgrywek pomiędzy lokalnymi władzami a rządem centralnym (pozycja tych pierwszych została mocno wzmocniona na skutek tego posunięcia). Poza tym miejscowa ludność poparła zmiany nie tyle z powodu swego fundamentalizmu, co w nadziei, że szariat zapewni minimum porządku, jakiego nie potrafiło zagwarantować państwo.

Również u podłoża konfliktu w Czadzie leżały różnice pomiędzy „islamską północą, a chrześcijańsko-animistycznym południem”. Jednak głównym powodem wojny stał się konflikt pomiędzy dominującymi w państwie plemionami negroidalnymi a arabskimi i berberyjskimi ludami zamieszkującymi północ kraju i walczącymi od połowy lat sześćdziesiątych o ich równouprawnienie. Zimnowojenna rywalizacja spowodowała umiędzynarodowienie konfliktu i włączenie się doń graczy z zewnątrz. I to było jedną z zasadniczych przyczyn jego długotrwałego charakteru.

Czy po analizie tych wszystkich przypadków można stwierdzić, iż w Afryce mamy do czynienia z huntingtonowskim „zderzeniem cywilizacji”? Moim zdaniem odpowiedź brzmi „nie”. Dotychczas Afryka nie doświadczyła bowiem wojującego islamu, a w zdecydowanej większości afrykańskie konflikty, które wydają się mieć podłoże religijne, sprowadzają się do konfliktów rasowych lub plemiennych. Często zresztą przyczyna tych wojen jest bardziej prozaiczna – ropa, ziemia, zasoby wody lub po prostu czysta żądza władzy. Pewnym wyjątkiem od tej reguły jest wojna w Sudanie, lecz i tam religia nie jest jedynym czynnikiem podsycającym konflikt.

Również szybka pokojowa ekspansja islamu, jaką opisałem na początku, nie jest wyrazem szczególnej atrakcyjności fundamentalizmu w Afryce. Islam na Czarnym Lądzie jest bowiem w przeciwieństwie do islamu arabskiego dość tolerancyjny i nie zna pojęcia terroryzmu ani fundamentalizmu. Często zresztą jego atrakcyjność jest spowodowana kolonialnymi resentymentami wobec Zachodu, ideową i prawną próżnią w afrykańskich „państwach upadłych” czy wreszcie siłą przyciągania arabskiej pomocy humanitarnej. Narastająca obecność islamu w Afryce wydaje mi się więc bardziej parawanem, skrywającym bardziej prozaiczne niż religia motywy i interesy, niż przejawem cywilizacyjnego starcia.

Z drugiej jednak strony ten stan nie musi trwać wiecznie. Problemem nie jest bowiem sama ekspansja islamu w Afryce, co raczej fakt, że ostatnimi laty rozprzestrzenia się on głównie w formie sponsorowanego przez świat arabski wahhabityzmu – krańcowo radykalnego i nietolerancyjnego. Poza tym afrykańscy przywódcy wywołujący konflikty w imię religii skrywającej ich interesy, łatwo mogą obudzić siły, których poskromienie będzie szalenie trudne. Historia licznych wojen religijnych świadczy o tym aż nazbyt dobrze. Dlatego bez poprawy stanu, w jakim znajduje się Afryka, „zderzenie cywilizacji” na jej obszarze łatwo może się stać samospełniającą się przepowiednią.

Źródła: 1. „Wprost” nr 28/2004, 2. „Polityka” nr 07/1999 i 21/1999, 3. „My a Trzeci Świat” nr 4 (14), maj 1997, 4. „Przewodnik Katolicki” nr 32/2004, 5. www.kosciol.pl, 6. www.islam-in-poland.org, 7. www.danielpipes.org, 8. www.planetaislam.com, 9. www.racjonalista.pl .