Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Siła złego na jednego

21 kwiecień 2012
A A A
Wieszczenie końca potęgi Stanów Zjednoczonych w gospodarce i polityce było niezwykle popularną pieśnią jeszcze rok temu – zagrażać im miały między innymi Chiny, Indie i Brazylia. Fareed Zakaria w swojej książce „Przyszłość wolności” (The Future of Freedom) zwracał uwagę na wypalenie się potencjału USA jako lidera polityki międzynarodowej, a także na spadek ich roli w kontekście zmiany paradygmatu prowadzenia polityki zagranicznej – od środków militarnych i „szerzenia demokracji” do poszerzania wpływów gospodarczych na wzrastających rynkach (co skutecznie robią Chiny na terenie Afryki). Jednak ta pieśń wydaje się już być przeszłością.

Status superpotęgi


Na miano „superpotęgi” (superpower) zasłużyć może państwo, mające znaczący wpływ na kształt stosunków międzynarodowych i zachowanie innych podmiotów państwowych. Skuteczna obrona interesu narodowego w zderzeniu z dążeniami innych aktorów na scenie międzynarodowej to kolejna cecha wyróżniająca superpotęgę spośród pozostałych podmiotów, biorących udział w globalnej polityce. Problem pojawia się przy próbie zdefiniowania, jakie są elementy konstytuujące „znaczący wpływ” i jakimi metodami powinien się on odbywać. Bo czy superpotęgą są Chiny, które, choć odnoszą sukcesy gospodarcze, nie mogą być uznane za państwo demokratyczne? Czy na to miano mogą zasłużyć Indie, borykające się z coraz większymi problemami wewnętrznymi? Wydaje się, że każde z państw wieszczonych na następcę USA w tej roli odniosło sukces w pewnej dziedzinie swojej działalności, jednak ów sukces ma zbyt kruche podstawy, by można było nawet porównywać osiągnięcia Pekinu z pozycją Waszyngtonu. Na pozycję międzynarodową wpływa bowiem nie tylko przyrost gospodarczy, demograficzny czy militarny danego kraju, ale przede wszystkim jego postrzeganie przez inne podmioty państwowe, czyli nic innego, jak tylko „państwowy PR”. Nie da się zbudować reputacji stabilnego gracza politycznego w zaledwie dekadę, dlatego też wschodzące mocarstwa znalazły sobie inne sposoby na osiąganie swoich celów.

Tygrys w ofensywie


W przypadku Chińskiej Republiki Ludowej sprawa jest najbardziej oczywista – tania siła robocza, wraz z niezwykle umiejętnym połączeniem komunistycznego systemu sprawowania władzy z elementami kapitalistycznego modelu gospodarczego pozwoliły Chinom na osiągnięcie szybkiego wzrostu ekonomicznego i realne zagrożenie USA w zakresie sumarycznej wielkości importu/eksportu, czy przychodu narodowego (wciąż pozostając znacznie w tyle, jeśli chodzi na przykład o PKB na mieszkańca). Chiny, nie mogąc konkurować z USA pod względem jakości wytwarzanych produktów, „postawiły” na reprodukcję technologii, których same nie są w stanie wytworzyć i zalew rynków tanimi towarami „zastępczymi”, co skłoniło część koncernów międzynarodowych, takich jak Apple, Mattel czy Microsoft do przeniesienia swoich fabryk właśnie nad Huang-Ho, gdzie produkcja jest kilka razy tańsza. Strategię obniżania kosztów państwo to sprawnie połączyło z inwestycjami na rynkach, którymi USA jeszcze (lub „już”) się nie interesują – doskonałym przykładem jest Afryka, w której Chiny dokładnie powtarzają amerykański model uzależniania państw trzecich od budowanej przez siebie infrastruktury. Ta strategia może się okazać skuteczna, zwłaszcza w obliczu politycznego zaangażowania Stanów sprawami Bliskiego Wschodu, które pochłaniają uwagę Białego Domu, odciągając ją tym samym od kontroli działania chińskiego biznesu. Na pozór wydaje się zatem, że ChRL stara się kroczyć śladami swojego imperialistycznego poprzednika, z tą jednak różnicą, że dzieje się to z wykorzystaniem zasobów ludzkich, nie zaś za ich poparciem. Kształtująca się dopiero chińska klasa średnia nie ma żadnego wpływu na kierunki polityki komunistycznego rządu, a swoboda działalności gospodarczej jest znacznie ograniczona – wzrost gospodarczy jest praktycznie w 100% efektem odgórnej polityki. I nie świadczy to, bynajmniej, o skuteczności chińskich „elit” władzy, ale o kruchości całego systemu, dla którego liberalizacja gospodarcza chociaż o promil w stosunku do obecnej sytuacji, może spowodować upadek całej gospodarki, której nie uratuje nawet agresywna polityka kursowa juana w stosunku do dolara. Natomiast wieszczenie rewolucji politycznej, nagłego zrywu społecznego w opozycji do Komunistycznej Partii Chin na obecnym etapie wydają się jedynie wyrazem życzeniowego myślenia Zachodu.

Słoń w składzie reform


Największym problemem, z jakim obecnie borykają się Indie są nieprzeprowadzone reformy wewnętrzne i narastająca opozycja wobec rządu obecnego premiera – Manmohana Singha, który zapowiedział w marcu, że „Indie mogą powrócić do dawnych czasów 9-proc. wzrostu gospodarczego tylko, jeśli parlament zgodzi się na podjęcie kilku trudnych decyzji”. Owymi „trudnymi decyzjami” miałyby być cięcia w sferze socjalnej, ułatwienia prawne dla inwestorów, czy spłaszczenie podatku od usług i dóbr. Problemem premiera jest jednak to, że chociaż indyjskie elity władzy chętnie partycypują w sukcesie ekonomicznym swojego państwa, to nie są jednak chętne do podejmowania odważnych decyzji, które mogłyby sprzyjać jego pobudzaniu. Kraj boryka się obecnie z 65-proc. długiem publicznym i prawie 10-proc. deficytem budżetowym, jeżeli politycy nie zdecydują się zatem na podjęcie zdecydowanych działań, wieszczenie potęgi Indii pozostanie jedynie mrzonką przeszłości. Wzrost cen i spadająca wartość produkowanego rocznie kapitału będą spychać coraz większą część rosnącej populacji Indii w ubóstwo, tym samym zwiększając przepaść pomiędzy bogatymi biznesmenami a biednymi mieszkańcami podbombajskich slumsów.

Superpower: redefined


Wydaje się, że pojęcie „superpotęgi” powinno zostać zredefiniowane, chociażby w kontekście sytuacji wewnętrznej państwa, które miałoby zasłużyć sobie na to miano – bycie potęgą jedynie demograficzną, czy posiadanie chwilowej (nawet, jeśli ta chwila miałaby długo trwać) „passy” gospodarczej nie powinno stanowić podstawy do twierdzenia, że dany podmiot państwowy odgrywa istotną rolę na arenie międzynarodowej. Stany Zjednoczone, właśnie ze względu na swój wpływ na działania innych państw, wydają się być niezagrożone w swojej pozycji jeszcze przez wiele lat.