Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Unia Europejska Kataryna Götz: Turcja w Unii Europejskiej a zderzenie cywilizacji

Kataryna Götz: Turcja w Unii Europejskiej a zderzenie cywilizacji

02 grudzień 2006
A A A

Choć to Turcja zabiega o członkostwo w elitarnym klubie bogatych i demokratycznych państw Starego Kontynentu, to właśnie Europa powinna zadać sobie pytanie, czy aby i nie jej samej powinno zależeć na wejściu Turcji do Unii Europejskiej. Nie chcę w ten sposób bynajmniej stwierdzić, że to Bruksela powinna za wszelką cenę walczyć o względy Turcji, lecz proponuję jedynie przyjęcie nieco innej perspektywy w tej debacie.

Wielu polityków i przedstawicieli europejskich społeczeństw zakłada z góry, że wstąpienie Turcji do UE wiązać się będzie z przywilejami i zyskami jedynie dla nowego członka unijnej rodziny. „Stara Europa” natomiast, po raz kolejny wcielająca się w rolę hojnego i dobrego wujka, łożyć będzie na swoje najbiedniejsze, a może jeszcze i do tego niewdzięczne dziecko. Finanse to jednak tylko jedna strona dyskusji, i tak naprawdę w tym przypadku jej mniej istotny aspekt. Od szczuplejących portfeli o wiele większy strach budzą dziś kwestie związane z odmiennością kulturową i religijną Turków - i według mnie są to istotnie sprawy, których nie można zlekceważyć.

Czy cywilizacje rzeczywiście zderzają się właśnie nad Bosforem? A jeśli tak, to czy konfrontacja ta oznaczać musi konflikt i w efekcie rozpad, czy też jej konsekwencją może być twórcza „nowa wartość”? Czy też wolno nam zaryzykować tezę, że, tak jak w efekcie synergicznym, dwie nakładające się na siebie jakości mają szansę stworzyć nową jakość, pod wieloma względami lepszą od poprzednich?

Generalnie wprawdzie sądzę, że odpowiedź na powyższe pytanie jest twierdząca - problem jednak tkwi w tym, że Europa nie wierzy dziś ani w siebie, ani w potęgę i trwałość swoich wartości i dlatego próbuje na swoich rubieżach wznosić twierdze zamiast budować mosty. Europa wydaje się dziś nie być mentalnie gotowa do „absorpcji” kraju takiego jak Turcja.

Do tego pojawia się problem demograficznej potęgi, jaką jest współczesna Turcja. Zakładając, że przyrost naturalny będzie tam stabilny, to wstępując do UE Turcja byłaby najsilniejszym państwem Wspólnoty, a zatem jej głos w debatach politycznych byłby najmocniejszy. Należałoby się zatem spodziewać nowego ukierunkowania w europejskiej polityce zagranicznej i wplątania Europy w interesy Turcji np. w krajach Azji Środkowej. Nie trzeba dodawać, jak bardzo mogłoby to zaognić i tak już niełatwe stosunki Unii z Rosją

Osobną kwestią w tej dyskusji jest oczywiście pytanie o geograficzną spójność Europy, o granice jej terytorium. Dla wielu Turcja nie powinna rościć sobie praw do członkostwa w Unii, gdyż z geograficznego punktu widzenia ponad 99 proc. jej terytorium nie leży przecież w Europie, a w przypadku UE chodzi przecież o ekskluzywny klub krajów bądź co bądź europejskich. Argument geograficzny to jednak broń obosieczna. Skoro Turcji nie można zakwalifikować jako kraju europejskiego, to dlaczego nikt nie miał podobnych obiekcji w przypadku Islandii (nie należącej wprawdzie do UE, a tylko do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, lecz pomimo tego jednoznacznie określanej jako kraj europejski), nie wspominając już nawet o koloniach zamorskich Holandii, czy Francji. Przecież te terytoria jak najbardziej do Unii Europejskiej należą. Podążając tą ścieżką prędzej czy później dojdziemy do wniosku, że większość argumentów „przeciw” można podważyć istniejącymi już w Unii przykładami. Do Wspólnoty przystępowały już państwa tak biedne, jak Turcja dziś – mam tu na myśli Portugalię, Hiszpanię, czy kraje Europy Środkowej, których przynależności obecnie już nikt nie kwestionuje. Gdyby liczyły się tylko walory ekonomiczne, wiele krajów nie powinno się było swego czasu znaleźć w Unii.

{mospagebreak} 

Powracając więc do kluczowego wątku „mentalnego”, Unia to coś więcej niż tylko strefa wolnego handlu i swobodny przepływ towarów. To przede wszystkim pewien przez lata i pokolenia wywalczony, a potem wybroniony system wartości, elementarz pewnych europejskich praw podstawowych, o który dziś trwoży się Bruksela i cały zachodni świat. I dlatego właśnie zrozumiałe są obawy sceptyków wejścia Turcji do Unii. Lecz nie tych, którzy jako argumentów używają zacofania ekonomicznego czy zbyt dynamicznego przyrostu naturalnego (są to raczej wymówki).

Wydaje mi się, że na tym etapie „integracji”, która ostatnio zbyt często jawi się jako dezintegracja, Europa ma prawo obawiać się utonięcia pod ciężarem kultury islamu. Europa, która chlubi się tym, że nie jest jednolita etnicznie, że mówi wieloma językami, a jej mieszkańcy tworzą różnobarwny tygiel obyczajów i tradycji, nie jest dziś gotowa na zderzenie z wyrazistą i często ekspansywną, czasami nawet agresywną kulturą islamu – zwłaszcza, że w dobie terroryzmu zetknęliśmy się już w sposób wysoce bolesny z radykalizmem i bezwzględnością wyznawców Koranu. W opozycji do Europy Turcja jawi się jako pewne kulturowo i religijnie homogeniczne terytorium, podczas gdy Unia Europejska jako całość to melanż kulturowych wysepek, których różnorodność wyraża się w niuansach. Siła jedności Europy tkwi w równouprawnieniu jej regionalnych różnorodności. Te delikatne różnice mają prawo bytu tylko w przypadku, gdy nie istnieje roszcząca sobie prawo do wyższości kultura przewodnia – czy to ze względu na swoją jaskrawą odmienność, czy też dominująca ze względu na swój zasięg.

Jest wielce prawdopodobne, że pod naporem kultury islamu i ściśle z nim związanej religii, kultywowany w Europie system wartości nie obroniłby się. Komisarz UE Frits Bolkestein mawiał, że nie po to Sobieski pobił Turków pod Wiedniem, by teraz ich do Europy wpuszczać. Ryzyko, że wraz z wejściem Turcji do Unii to Europa będzie cząstką w Azji, a nie Azja cząstką w Europie jest zbyt duże, by zbyć je zarzutem ksenofobii i zaściankowości. Jasne musi być jednak w tej debacie także to, że nie jest winą muzułmanów to, iż mają tak wyraźną i charakterystyczną kulturę i religię. Nie chodzi tu o przewagę kogokolwiek nad kimkolwiek, lecz o pewną (nie)kompatybilność obu kultur, na którą niestety próżno w historii szukać krzepiących kontrargumentów. Najlepszym tego dowodem jest nieudana asymilacja Turków w RFN – i to pomimo licznych programów dla imigrantów i stosunkowo tolerancyjnego społeczeństwa. Sobieski bił Turków, chrześcijanie zwalczali muzułmanów i dlatego trudno dziwić się tym, którzy wieki później wciąż ze strachem myślą o wpuszczeniu wyznawców islamu do chrześcijańskiej Europy.

Zmieniając jednakże przewrotnie perspektywę należy powiedzieć jasno: Europa potrzebuje Turcji jakoś zakotwiczonej w zachodniej cywilizacji (niekoniecznie w ramach UE). Ze względów demograficznych Europa i cały świat Zachodu kurczą się – jeśli dziś nie otworzą się one w pewnym stopniu na świat islamu, to stracą być może jedyną szansę na pokojowe budowanie pomostu między tymi obiema cywilizacjami. Może jeszcze nie w następnym pokoleniu, ale za dwie lub trzy generacje Europa zacznie dotkliwie zdawać sobie sprawę z tego, że zepchnięto ją do defensywy i że to ona, a nie Bliski Wschód, będzie musiała negocjować dla siebie miejsce w tym zakątku świata. Nie wolno nam, Europejczykom, planować tylko kilku kroków naprzód – dziś, w dobie terroryzmu, ale i słabnącej potęgi gospodarczej Europy, nie możemy sobie na to pozwolić.

Wierzę, że pomiędzy „nie” dla Turcji w Unii Europejskiej, popychającej ją w stronę groźnego dla wszystkich fanatyzmu i radykalizmu islamskiego a „tak” dla jej członkostwa, które tak naprawdę antagonizmów kulturowych i religijnych nie załagodzi, lecz wręcz je zaostrzy i przeniesie na grunt europejski, jest jednak „trzecia droga” – trzecia opcja, którą można tak wypracować, by była uczciwa i korzystna dla obu stron.

{mospagebreak}  

Strach, że wraz z wejściem Turcji do Unii, to Europa stanie się cząstką Turcji, a nie na odwrót, udziela się wielu społecznościom, jeśli nie całym społeczeństwom. Przez wieki Europa budowała swoją jedność w opozycji do świata islamu, reprezentowanego dziś przez Turcję, by – dla wielu z niewyjaśnionych przyczyn – zaprosić ją dziś do swojego grona. Zaledwie 10 proc. obywateli Austrii opowiada się za przyjęciem Turcji do Unii, a w innych krajach UE choć wskaźniki poparcia wypadają lepiej, to do entuzjazmu też jest daleko. Zbiór wartości i wzorce zachowań, które występują w Turcji, przeniesione na grunt europejski stają się źródłem obaw o jakość i kształt przyszłej Europy. Truizmem będzie stwierdzenie, że strach nie jest dobrym fundamentem do budowania dobrosąsiedzkich stosunków. Europa boi się odmienności świata islamu i nie jest pewna, na czyją korzyść wypadłaby nieunikniona zdaniem wielu konfrontacja. Myślę, że metoda stopniowego oswajania, a nie niwelowania na siłę wzajemnych różnic i „kontemplowania” tej różnorodności jest jedyną drogą do tego, by zderzenie owych dwóch cywilizacji okazało się aktem twórczym, nie zaś barbarzyńskim.

Czy to Huntington ma rację?

Samuel Huntington prorokuje, iż politykę światową w najbliższych dziesięcioleciach zdominuje problem „ścierania się” cywilizacji. Stwierdza on, iż po zakończeniu zimnej wojny ogniskami zapalnymi na świecie nie będą bynajmniej gospodarka ani ideologia. Zarzewiem konfliktów staną się podziały kulturowe, a najważniejszymi protagonistami na światowej szachownicy pozostaną w związku z tym państwa narodowe, gdyż ta forma organizacji jest najlepszym gwarantem zachowania różnic kulturowych. Huntington wymienia osiem cywilizacji, które różnią się między sobą językiem, kulturą i historią, oraz – co może najważniejsze – tradycją i religią. Rodzi się zatem pytanie, czy w obliczu tak wielu różnorodnych kręgów kulturowo-językowych którakolwiek z cywilizacji może uzurpować sobie prawo do bycia „cywilizacją uniwersalną”? W odniesieniu do kultury Zachodu pytanie powinno brzmieć: czy jest ona rzeczywiście swoistą „kulturą dla wszystkich”?

Uniwersalizm równoznaczny jest z zacieraniem różnic kulturowych i narzucaniem pewnych wzorców w różnych dziedzinach życia. Jest to teoria zacierająca naturalnie występujące kulturowe odrębności. Cywilizacja zachodnia stając w obliczu cywilizacji niezachodnich niejednokrotnie siłą lub ekonomiczną dominacją wymusza przyjmowanie swojego sposobu myślenia i funkcjonowania oraz zmusza do kopiowania systemu wartości i katalogu praw. Tymczasem różnice pomiędzy cywilizacjami zdają się być tak immanentne, iż nawet w procesie globalizacji nie ulegną one zatarciu. Szczególną rolę w tym aspekcie odgrywa powrót do religii. W sytuacji, gdy kultura, czy język innych cywilizacji mogą ulegać pewnej presji cywilizacji dominującej, rolę wyróżnika zaczyna spełniać religia, i to niestety często jej najbardziej skrajne, fundamentalistyczne odłamy. Rolę swoistego identyfikatora w obrębie danej cywilizacji często przejmuje zatem religia właśnie.

{mospagebreak}  

Na styku religijnych i kulturowych linii granicznych będą wybuchały najostrzejsze konflikty – przepowiada Huntington. Rzeczywistość obala niestety mit o tym, iż różne kultury w efekcie długiego obcowania, mogą się wzajemnie zasymilować. Wyobcowanie ze społeczeństwa 15 milionów muzułmanów mieszkających obecnie w Europie jest najlepszym tego dowodem.

Aby uniknąć kataklizmu spowodowanego zderzeniem między cywilizacjami potrzebny jest dialog pomiędzy nimi. Dziś jawi się on bardziej jako wyzwanie niż realna szansa na złagodzenie sporów. Do starć w sferze kultury, religii, czy na płaszczyźnie terytorialnej dochodzi coraz częściej. Ich genezy należy upatrywać, jak pisze sam Huntington, w arogancji Zachodu i skrajnej nietolerancji islamu. Poczucie posłannictwa Ameryki i Europy oraz swoista chęć narzucenia innym rejonom świata swoich wzorców myślenia i postępowania natrafia w dumnej kulturze islamu na wyraźny sprzeciw; tym bardziej wyraźny, iż jest odczytywany jako wynik postkolonialnej polityki Europy i Ameryki, której skutki w wielu regionach naszego globu są po dziś dzień odczuwalne. Kolonializm próbował bowiem wypaczyć tradycje islamu i powstałą w ten sposób pustkę zapełnić „ideologią judeochrześcijańską”. W społeczeństwie muzułmańskim praktyki te nazywane były „gharbzadegi”, czyli zatruwaniem myśli muzułmańskiej przez Zachód. Islam postrzega siebie natomiast jako kulturę nieporównywalnie lepszą i wyższą od kultury Zachodu.

Tymczasem polityka Ameryki i Europy, zmierzając do kulturowej unifikacji, spłyca w pojęciu muzułmanów ich religię, kulturę i obyczajowość, a tym samym neguje wyjątkowość. Arbitralne decyzje Zachodu wobec społeczeństw muzułmańskich, a co gorsza ich inwazyjny charakter budzą naturalny sprzeciw. Zachód chce by Wschód był taki jak on – czyli w praktyce nie uznaje faktu istnienia zasadniczych różnic między obiema kulturami.

Ameryka i Europa przeświadczone o swojej wyższości, lecz jednocześnie świadome swojej malejącej potęgi, pragną w obliczu słabnących wpływów za wszelką cenę szerzyć swoją kulturę i system wartości, choćby i siłą. Islam, również przekonany o wyjątkowości swojej kultury w poczuciu zagrożenia ze strony dominującego Zachodu, podejmuje drastyczne środki w celu obrony własnej tożsamości i odmienności.

Starcie kapitalizmu z komunizmem było ideologiczne, nie „religijne”. Rozstrzygnięcie tej walki było możliwe dzięki ekonomiczno-społecznej (nie)wydolności komunistycznego systemu gospodarczego, które można było realnie stwierdzić po upływie kilkudziesięciu lat. Tymczasem opozycja pojęciowa Zachód-Islam ma charakter religijno-kulturowy, sprzeczności natury aksjologicznej, wyznaniowej. Trudno dowieść, które wartości są „lepsze”, bo to kwestia wiary, niesprawdzalna w „tym świecie”. Tym samym „potrzeba dialogu” może okazać się tylko pustym hasłem nie do zrealizowania, bo skoro wartości będące przedmiotem sporu są nienegocjowalne, (bo przecież pochodzą z boskiego nadania), to ciężko jest o kompromis. Jedyne, co można osiągnąć to prawdopodobnie rodzaj „obojętnej tolerancji” i wymiana ekonomiczna w ramach zglobalizowanego rynku.
Konflikt między islamem a wyrastającą z korzeni chrześcijańskich Europą i Ameryką będzie trwał dopóty, dopóki obie cywilizacje nie nauczą się w zgodzie współżyć, a warunkiem tego jest zaniechanie prób narzucenia innym swojej wizji świata.


Źródła: 1. Dzięki Turcji UE nie będzie superpaństwem, „Stosunki Międzynarodowe”, 6 października 2005; 2. EU-Beitritt der Türkei – pro und contra, www.tagesschau.de, 11 października 2005; 3. R. Sołtyk, Turcja w Europie czy poza nią?, http://serwisy.gazeta.pl, 6 października 2004; 4. T. G. Ash, Nie pytajmy co Europa zrobi dla Turcji, ale co Turcja zrobiła dla Europy, http://serwisy.gazeta.pl, 7 października 2005; 5. Daten und Fakten – Stichwort Türkei, www.tagesschau.de, 11 października 2005; 6. G. Nonnenmacher, Der falsche Weg, „Frankfurter Allgemeine Zeitung“, 5 października 2005; 7. W. G. Lerch, Türkische Logik, „Frankfurter Allgemeine Zeitung“, 5 października 2005; 8. R. Hermann, Noch viele Defizite, „Frankfurter Allgemeine Zeitung“, 5 października 2005.