Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję

Katarzyna Sarek: Korupcja w Chinach, czyli walka z wiatrakami

10 sierpień 2010
A A A

Od czasów reform Deng Xiaopinga, kiedy pojawiły się nowe, kuszące możliwości dorobienia do niskiej budżetowej pensji, korupcja stała się nieodłącznym towarzyszem chińskich urzędników. Od sołtysów wiejskich gmin, do merów metropolii i syna głowy kraju, każdy ma coś na sumieniu.

Długa tradycja

Korupcji w Chinach bynajmniej nie wymyślili komuniści. Istniała od samych początków państwa chińskiego, a czerpanie korzyści ze sprawowanego urzędu było wręcz wpisane w specyfikę zawodu. Szacuje się, że w XIX wieku nielegalne dochody urzędników przekraczały od 14 do 22 razy oficjalne pobory, tak więc trzykrotna podwyżka pensji zaoferowana w tym czasie przez rząd qingowski nie była w stanie zmienić zachowania budżetówki. Najsławniejszy skorumpowany urzędnik w dziejach Chin to He Shen, pupil cesarza Qianlonga, sprawujący funkcje ministra spraw wewnętrznych, finansów, wojska, spraw zagranicznych, mniejszości narodowych i wiele, wiele innych. Ożenił syna z córką cesarza i skupił w swoich rękach olbrzymią władzę. Gdy w 1799 roku z rąk nowego cesarza Jiaqinga otrzymał rozkaz powieszenia się, w jego rezydencji znaleziono 800 mln srebrnych taeli, równowartość dziesięcioletniego budżetu całego kraju! Upadł jednak nie dlatego, że brał za dużo, lecz dlatego, że stał się zbyt potężny i zaczął zagrażać samemu cesarzowi.
 
Korupcja przetrwała upadek cesarstwa w 1911 roku i odnalazła się w realiach Chin republikańskich. Doskonałe osiągnięcia na tym polu miał Kuomintang, partia, która praktycznie stała się organizacją mafijną czerpiącą krociowe zyski z handlu opium, porwań i wymuszeń. Życie publiczne stało się do tego stopnia skorumpowane, że według niektórych historyków, właśnie to pomogło komunistom w zdobyciu władzy. Pierwsze lata ich panowania upłynęły w spartańskiej prostocie i niewielkich możliwościach zboczenia z drogi urzędniczej cnoty. Afery korupcyjne oczywiście się pojawiały, ale nie na wielką skalę. Dopiero w momencie rozpoczęcia reform rynkowych w 1978 roku i rozkwitu prywatnego biznesu otworzyły się wrota korupcyjnego El Dorado. Partyjniacy tak skrzętnie wykorzystywali koneksje do lokowania synów na najbardziej atrakcyjnych stanowiskach, że powstała nowa nazwa partii tianzidang – partia królewiczów. Słabo opłacani urzędnicy państwowi zyskali olbrzymią władzę nad biznesem i zasobami naturalnymi. Władzę, którą bardzo łatwo zamienić na brzęczącą monetę. Oprócz lukratywnych koncesji, licencji czy pozwoleń, administracja często brata się z organizacjami przestępczymi i w zamian za uczestnictwo w zyskach daje parasol ochronny.

Najbardziej spektakularny przykład współpracy urzędników z mafią ujrzał światło dzienne w 2009 roku w Chongqing, chińskim Gotham City. Bezprawie w mieście sięgało zenitu, gangsterzy czuli się do tego stopnia bezkarni, że w środku dnia napadli na pasażerów na lokalnym lotnisku. Policja nie interweniowała. Dopiero oddziały przysłane z Pekinu położyły kres ośmiornicy. Aresztowano 4893 osoby, w tym kilkuset urzędników, skonfiskowano 1700 sztuk broni, jedną piątą policjantów wydalono z służby, 65 urzędników dostało dożywocie lub kary śmierci, a na szefie policji Wen Qiang, oskarżonym o zgromadzenie ponad 100 mln RMB, gwałty i nakłanianie do prostytucji, niedawno wykonano wyrok śmierci. Mimo tych spektakularnych sukcesów i spadku przestępczości w mieście o ponad 40 proc., Chińczycy nie poczuli się usatysfakcjonowani. Rodzina Wen Qianga nie straciła majątku, jego żona, brat i syn mają się dobrze, krewni innych oskarżonych też nie stracili pozycji i fortun. Plotki niosą, że akcja została wykonana w celu promocji Bo Xilai, czerwonego arystokraty, syna jednego z najbliższych współpracowników Mao, który dzięki temu sukcesowi chce wbić się do ścisłej czołówki liderów partyjnych podczas nadchodzących w 2012 roku wyborów.

Inne przykłady również pokazują, że walka z korupcja jest mocno wybiórcza. Ofiarami zostają ci najbardziej zachłanni i bez mocnych pleców w Pekinie. W lipcu 2009 r. firma Nuctech, produkująca skanery do prześwietlania bagaży i ładunków na lotniskach, praktyczny monopolista na chińskich portach lotniczych, została oskarżona o zdobycie kontraktów w Namibii za pomocą łapówek. Nie byłoby w tym nic specjalnie ciekawego, tyle że w chińskich mediach nie pojawiła się żadna informacja na ten temat. Być może dlatego, że na czele Tsinghua Holding, zarządzającego m.in. Nuctech, stoi syn prezydenta Chin -  Hu Haifeng.

Wróg partii i narodu

Od lat władza czuje, że korupcja jest jednym z najważniejszych problemów dla sprawnego funkcjonowania państwa. Hu Jintao nazywa ją „największym wrogiem partii”. Wen Jiabao twierdzi, że walka z nią, to być albo nie być dla partii i kraju. Trzeba pamiętać, że do objęcia wyższych stanowisk w administracji czy państwowych firmach niezbędne jest członkostwo w KPCh, w ten sposób partia kontroluje całe elity zarządzające krajem. Także dla przeciętnych Chińczyków korupcja to jeden z głównych problem trapiący społeczeństwo (kolejne to podróbki, przede wszystkim żywności, i zanieczyszczenie środowiska). Walka z korupcją, prowadzona w mediach i z nagłaśnianymi efektownymi przypadkami, ma pomóc partii odzyskać dobry wizerunek. Co chwilę w prasie pojawia się informacja o urzędnikach różnych stopni przyłapanych i przykładnie ukaranych. Nietykalni są jedynie członkowie politbiura i ich rodziny, wszyscy inni mogą stać się kozłami ofiarnymi. Mimo wielu regulacji prawnych i instytucji walczących z korupcją, jej poziom stale rośnie, bowiem egzekwowanie prawa kuleje, a ryzyko przyłapania i procesu jest wciąż minimalne w porównaniu do osiąganych korzyści.

Według Pei Minxin, amerykańskiego naukowca zajmującego się chińską korupcją, nagłaśniana w mediach wzmożona kampania antykorupcyjna zazwyczaj wskazuje na początek politycznej wojny na górze. Umocnienie jednej z frakcji pociąga za sobą czyszczenie szeregów ze stronników frakcji przegranej. Być może zintensyfikowanie rozpoczętej kilka lat temu oficjalnej walki z korupcją wskazuje na okrzepnięcie władzy Hu Jintao i pozbywanie się przeciwników politycznych. To chyba przesądziło o losie Chen Liangyu, do 2006 roku mera Szanghaju, który z impetem spadł z piedestału oskarżony o łapówki, wymuszenia i dekadencki styl życia (utrzymywał kochanki w willach sprezentowanych przez deweloperów). Cóż, nie zachowywał się inaczej niż typowy chiński mer miasta, np. mer Shenzhenu, oskarżony dokładnie o takie same aktywności pozabiurowe. Problem bardziej polegał na tym, że stracił poparcie jakie wcześniej miał we frakcji Jiang Zemina, szanghajczyka z pochodzenia.

Od kilku lat władze ograniczają urzędnikom partyjnym możliwości pracy w biznesie i państwowych przedsiębiorstwach. W 2009 r. złapano 106 000 skorumpowanych urzędników, co daje wzrost o 2,5  proc. w porównaniu z 2008. Ale biorąc pod uwagę liczebność KPCh – 78 mln członków, liczby nie powalają z nóg. W lutym 2010 r. wprowadzono nowy, 52-punktowy kodeks etyki członka partii, z których zwłaszcza dwa są wyjątkowo bolesne - zakaz obejmowania stanowisk w firmach prywatnych i inwestowania w nieruchomości. Kolejne prawo antykorupcyjne wprowadzone 11 lipca tego roku, stanowi, że urzędnicy muszą składać oświadczenia o dochodach majątku i inwestycjach, swoich i krewnych, a także raportować o zmianach stanu cywilnego, rodzinie mieszkającej na stałe za granicą, uprzedzać o planowanych podróżach zagranicznych, również do Hongkongu, Makao i na Tajwan.

Niektóre lokalne władze wychodzą przed szereg i wdrażają własne drakońskie przepisy dotyczące administracji. Dla 97 najwyższych urzędników z powiatu Shuyang z prowincji Jiangsu zawieszono poprzeczkę niezwykle wysoko. Nie dość, że muszą co pół roku składać oświadczenia majątkowe dotyczące nie tylko ich, ale i najbliższej rodziny, to także spowiadają się z życia osobistego, czyli relacji z małżonkiem (zdrady, kochanki, zgodne pożycie), kontaktów z rodzicami i dziećmi, stosunków sąsiedzkich. Oświadczenia będą weryfikowane. Inspektorzy odwiedzą mieszkanie, rodzinę, sąsiadów, zasięgną opinii w komisariacie i przeprowadzą własne śledztwo. Za wykryte uchybienia w moralnym prowadzeniu się będą przyznawane punkty ujemne. Według I sekretarza KPCh w Shuyang - Jiang Jianminga, urzędnicy mają obowiązek dawać wzór obywatelom i dlatego ich życie, także osobiste, musi być nienaganne. Podobne rozporządzenie wprowadzono w gminie Xinle w prowincji Hebei. Relacje małżeńskie urzędników stają się bardzo interesujące dla zwierzchników, bowiem według słów Qi Peiwen, urzędnika z Central Commision for Discipline Inspection, głównego organu zajmującego się walką z korupcją, w 95 proc. spraw korupcyjnych oskarżony prowadził intensywne życie pozamałżeńskie.

Miliardy za granicę

Luoti guanyuan „nadzy urzędnicy” to nowe, gorące słówko chińskiego internetu. Określa się tak urzędników, których żony i dzieci mieszkają na stałe za granicą, a oni pozostali „nadzy” bez rodzin. Wolni od presji i kontroli połowic, prowadzą bujne życie erotyczne i towarzyskie, i co najważniejsze, mogą w każdej chwili ulotnić się z kraju i dołączyć do zabezpieczonej finansowo rodziny. W wielu miejscach, np. w Shenzhenie wprowadzono zakaz sprawowania wyższych funkcji przez „nagich urzędników”. Ma to zapobiec częstemu zjawisku ucieczek urzędników wraz z nielegalnie zgromadzonym majątkiem za granicę.

Według szacunkowych danych, w ciągu ostatnich 30 lat z Chin uciekło ok. 4000 urzędników wywożąc za granicę ok. 50 mld RMB (ok. 7,3 mld USD). Oczywiście chodzi tylko o najgłośniejsze przypadki, a znikają także oficjele gminni czy powiatowi. Ci, którzy ukradli mniej, na nową ojczyznę wybierają tańsze kraje ościenne – Tajlandię, Birmę, Rosję. Ci, z bardziej wypchaną kiesą stawiają na Kanadę, USA, Australię, czy zachodnią Europę.

Według analityków, przy obecnym systemie prawnym, braku niezależności policji czy kontroli sprawowanej przez wolne media, korupcja nie jest możliwa do wyeliminowania. Podobne interesy, wzajemna ochrona, brak sprawnego aparatu kontroli i zwykła ludzka chciwość, to wszystko sprawia, że nie zniknie ona z życia politycznego Chin. Zwłaszcza przy problematycznej pracy głównego organu kontroli, czyli Central Commision for Discipline Inspection (CCDI), która ma rangę równą komitetowi centralnemu i podlega jedynie Zgromadzeniu Ludowemu, czyli w rzeczywistości nikomu. Ma ona większe uprawnienia od policji i może bez nakazu sądowego aresztować każdego członka partii i trzymać go w odosobnieniu dowolną ilość czasu.  Jej pozytywna opinia jest również niezbędna do awansu. Wygląda na to, że władze chińskie nie znają powiedzenia lorda Astona, że władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie.