Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Wybory do Kongresu - złoty środek?

03 listopad 2010
A A A
Wyniki wyborów do Kongresu, w wyniku których Republikanie przejęli kontrolę nad Izbą Reprezentantów, wskazują, że Amerykanie mają  ograniczone zaufanie do całej władzy w rękach jednej partii.
W USA wytworzyła się bowiem niespotykana wcześniej polityczna przestrzeń wyborców niezależnych, niezdecydowanych, którzy – w zależności od okoliczności – mogą skłaniać się raz bardziej ku  Demokratom, a raz – ku Republikanom.
Wybory rozstrzygnęli nie radykałowie z  Tea Party, ale właśnie rozczarowani i zniecierpliwieni wyborcy z centrum. W dużej mierze ci, którzy dwa lata wcześniej poparli Obamę, wierząc w jego projekt wielkiej zmiany.
 
Przed wyborami do Kongresu prezydent Obama wzywał do „kontynuowania projektu”, którego wyznacznikiem była jego prezydentura. Komentatorzy sympatyzujący z obozem prezydenckim podkreślali, że problem niezadowolenia społecznego to tak naprawdę problem z komunikacją i odpowiednim, umiejętnym „sprzedawaniem” idei i rozwiązań stosowanych przez rząd szerszemu gronu odbiorców.  

Przeciwnicy Obamy podkreślali jednak ideologiczny spór, w jaki mieli zaangażować się Amerykanie, niechętni projektom „wielkiego rządu” i ingerowaniu państwa w gospodarkę. Dla nich prezydent był jednocześnie  - komunistą, socjalistą, lub – w wersji radykałów – wszelkiego rodzaju przeciwnikiem wolności. Odbierającym American Dream.
 
Rzeczywiście, do pewnego stopnia Amerykanie przestraszyli się „wielkiego rządu”, ale bardziej w formie dominacji jednej frakcji w głównych władzach państwowych.  To wprowadzenie większej dozy pluralizmu opinii i rozdzielenie władz pomiędzy partie sprawi, że z jednej strony – prezydent będzie musiał być prawdziwie ponadpartyjnym arbitrem, a z drugiej – wszystkie sprawy będą w Kongresie szeroko dyskutowane.

Tęsknota do ponadpartyjności, skupienia się na kraju, a nie partykularnych interesach, to ciągle echa kampanii prezydenckiej Baracka Obamy.  Polityka prezydenta Obamy była w dużo większym stopniu kompromisowa, niż jego początkowe zapowiedzi programowe. Stąd też rozczarowanie części lewicy.
Prawica natomiast twardo odmawiała współpracy. Teraz obie strony są jednak na współpracę skazane i lepiej dla wszystkich, a dla nich zwłaszcza, żeby potrafiły się dogadać.
 
Obie strony też stracą swoje koronne argumenty: Obama – „bo prawica przeszkadza” – co było słabą wymówką przy większości w obu izbach parlamentu. Natomiast Republikanie – „bo to wszystko wina Obamy” – mając większość w Izbie Reprezentantów zyskali bowiem faktyczny wpływ na rządy.
Pomimo kilku ważnych zwycięstw (Rand Paul czy Marco Rubio), Tea Party nie zyskała szerszego społecznego mandatu, jakkolwiek jednak głos sprzeciwu i negacji uosabiany przez ten ruch, stał się dość słyszalny w świecie polityki.

Tak jak Obama został wyniesiony do najwyższego urzędu jako anty-Bush, tak wielu polityków odniosło sukces we wtorkowych wyborach, operując retoryką i wizerunkiem anty-Obama. Amerykanie jednak wyraźnie tęsknią za programem pozytywnym – bycie anty już 2012 roku nie wystarczy. Jeśli Republikanie pójdą zbyt w stronę Tea Party, mogą utracić wyborców wahających się, niezdecydowanych – dużo bardziej niż wielkiego rządu obawiają się oni nieprzewidywalności i radykalizmu.

I znowu zadecyduje amerykański środek.  Czy okaże się złotym środkiem? Zobaczymy za dwa lata.