Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home 404 Opinie Polityka Ostatnia nadzieja chorwackiej opozycji

Ostatnia nadzieja chorwackiej opozycji


22 marzec 2024
A A A

Prezydent Chorwacji Zoran Milanović zapowiedział utworzenie „koalicji zbawienia narodowego” i odsunięcie od władzy premiera Andreja Plenkovicia. Problem w tym, że jako urzędująca głowa państwa chce kandydować do parlamentu, co wzbudziło zastrzeżenia Trybunału Konstytucyjnego. Dodatkowo zbliżające się wybory parlamentarne w Chorwacji wywołały także zamieszanie w Bośni i Hercegowinie.

Po wielu miesiącach spekulacji chorwacki Sabor przed tygodniem podjął decyzję o swoim samorozwiązaniu. Wybory odbędą się więc w środę 17 kwietnia, która będzie dniem wolnym od pracy. 

„Zbawiciel narodu” kontra „niepiśmienni gangsterzy”

Temperatura politycznego sporu w Chorwacji jest bardzo wysoka, ale kampania wyborcza zapewne przebiegałaby według dobrze znanego scenariusza. Chorwacka Wspólnota Demokratyczna (HDZ) musiałaby się mierzyć z krytyką za liczne afery i „niedociągnięcia” swoich rządów, natomiast opozycja przez swoje rozdrobnienie ostatecznie i tak nie skorzystałaby z problemów obecnej władzy.

Polityczny marazm postanowił jednak przerwać prezydent, odpalając prawdziwą bombę. Milanović kilka godzin po decyzji parlamentu o samorozwiązaniu ogłosił, że będzie kandydatem centrolewicy na szefa rządu. Co więcej, zamierza także wystartować w samych wyborach parlamentarnych, na dodatek ubiegając się o mandat w okręgu szefa rządu.

Deklaracja głowy państwa wzbudziła oczywiste kontrowersje. Rzadko (o ile w ogóle) na świecie zdarza się sytuacja, żeby urzędujący prezydent ubiegał się o mandat poselski i stanowisko premiera. Po ewentualnej wygranej sam sobie wręczyłby nominację na szefa rządu? Milanović zapowiedział wprawdzie rezygnację z urzędu po wyborze do Saboru, ale nie przekonało to sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Orzekł on, przy trzech zdaniach odrębnych, że głowa państwa nie może uczestniczyć w wyborach parlamentarnych oraz kandydować na premiera. Może więc włączyć się w kampanię partii politycznej dopiero po ustąpieniu ze swojej funkcji.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego wywołał u Milanovicia prawdziwą furię. Chorwacki prezydent komentując orzeczenie nazwał sędziów „niepiśmiennymi gangsterami”, którzy „najprawdopodobniej nauczyli się chorwackiego w warsztacie mechanika samochodowego” i dokonali „zamachu stanu”. Słuchając chorwackiego prezydenta zasadniczo można było odnieść wrażenie, że zupełnie nie panuje nad wypowiadanymi słowami, obrażając także przedstawicieli rządzącej HDZ i wzywając do „rozprawienia się z prostytutkami”.

Milanović zadeklarował zarazem, że „ostatecznie zostanie premierem, ale nie powie temu gangowi (sędziom Trybunału Konstytucyjnego – przyp. red.) jak”. Kilka dni później ponownie zapowiedział kandydowanie na stanowisko szefa rządu, a także budowę „koalicji na rzecz trzeciej republiki” i „rządu zbawienia narodowego”. Przypomniał też, że jako premier (był nim w latach 2011-2016) był „surowy, ale pełen współczucia”.

(Prawie) wszyscy przeciwko HDZ

Kandydatura urzędującego prezydenta na stanowisko premiera wzbudziła kontrowersje nie tylko wśród rządzącego HDZ i sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Według planu największego ugrupowania opozycyjnego, czyli Socjaldemokratycznej Partii Chorwacji (SDP), Milanović miał być motorem napędowym szerokiej koalicji lewicowych i liberalnych krytyków centroprawicowej władzy. Pod koniec ubiegłego roku SDP zawiązało bowiem szeroki sojusz wyborczy.

Skupiał on bardzo różnorodne środowiska. Obok skrajnie lewicowego Frontu Robotniczego (RF) znalazły się w niej między innymi liberalne partie Centar i Fokus, agraryści z Chorwackiej Partii Chłopskiej (HSS) czy regionalistyczne Istryjskie Zgromadzenie Demokratyczne (IDS) oraz Sojusz Primorje-Gorski Kotar (PGS). Po ogłoszeniu kandydatury urzędującego prezydenta na premiera z koalicji wycofały się RF, Fokus i regionaliści. Dla liberałów problemem było podważenie porządku konstytucyjnego przez głowę państwa, z kolei dla skrajnej lewicy antypracownicze posunięcia Milanovicia,, gdy pełnił jeszcze funkcję szefa rządu.

Ostatecznie koalicję „Rzeki Sprawiedliwości” poza SDP, Centar i HSS będą tworzyć jeszcze liberalne partie GLAS i Partia Ludowa – Reformatorzy (NS-R). Z doniesień medialnych wynika, że współpraca socjaldemokratów z tymi ugrupowaniami także nie należy do najłatwiejszych. W SDP ma panować przekonanie o zbyt dużych ustępstwach wobec koalicjantów, których poparcie waha się w granicach błędu statystycznego. Trzeba jednak pamiętać, iż w chorwackim systemie wystarczy przekroczyć 5 proc. próg wyborczy w jednym z dziesięciu okręgów, aby mieć swoich przedstawicieli w Saborze. Właśnie dlatego budowanie szerokich sojuszy jest tak ważne.

Jak widać sam postulat odsunięcia od władzy Plenkovicia i HDZ nie okazał się być wystarczającym spoiwem tak różnorodnych ugrupowań. Od początku było zresztą wiadomo, że nie wszyscy przyłączą się do „Rzek Sprawiedliwości”. Poza sojuszem skupionym SDP opozycja składa się zarówno z partii prawicowych, jak i lewicy niechętnie podchodzącej do współpracy z SDP. Co prawda prowadzą oni wciąż rozmowy na temat jakiejś formy kooperacji w okręgach wyborczych z lewicowo-ekologicznym sojuszem „Możemy!”, ale z pewnością nie porozumieją się z rozłamowcami z partii Socjaldemokraci (notabene posiadającymi obecnie większy klub parlamentarny od SDP).

Zawiłości politycznej kuchni raczej nie interesują większości przeciwników obecnej władzy. Przynajmniej na razie koalicja skupiona wokół SDP może liczyć na premię od wyborców za pomysł z kandydaturą Milanovicia. W ostatnich sondażach „Rzeki Sprawiedliwości” zbliżyły się na kilka punktów procentowych do HDZ. Jeszcze miesiąc temu centroprawica miała zaś kilkanaście punktów procentowych przewagi nad centrolewicą.

Bośniacka zawierucha

Zamieszanie spowodowane przez prezydenta Chorwacji wywołało także kryzys w sąsiedniej Bośni i Hercegowinie. Nie chodzi oczywiście o same wątpliwości wokół kandydatury Milanovicia, ale o datę wyborów. Chorwaci po raz pierwszy od ponad dwóch dekad pójdą do urn wyborczych w czasie tygodnia pracy, a nie w niedzielę. Tymczasem w głosowaniu swoich trzech przedstawicieli do Saboru mogą wybrać Chorwaci z Bośni i Hercegowiny, stanowiący około 15 proc. społeczeństwa.

Jak już wspomniano, dzień wyborów będzie zarazem dniem wolnym od pracy w Chorwacji. Liderzy bośniackich Chorwatów zapewniają, że podobnie będzie w bośniackich regionach zdominowanych przez chorwacką społeczność. Właściwie od razu po ogłoszeniu terminu wyborów parlamentarnych w Chorwacji ogłosiły to władze kantonu zachodniohercegowińskiego. Potwierdził to także Josip Brkić, wiceminister spraw zagranicznych Bośni i Hercegowiny oraz jeden z liderów tamtejszego HDZ. Powoływał się przy tym na regulacje pozwalające władzom gmin na samodzielne ogłaszanie dni wolnych od pracy.

Takiemu rozwiązaniu sprzeciwia się natomiast Ministerstwo Pracy Federacji Bośni i Hercegowiny, kierowane przez Adnana Delicia z reprezentującej Bośniaków partii Ludzie i Sprawiedliwość (NiP). Resort twierdzi, że obowiązujące w federacji prawo nie pozwala na ustanawianie dni wolnych od pracy w związku z wyborami odbywającymi się w innych państwach. W podobnym tonie wypowiedział się premier bośniackiej federacji, Nermin Nikšić. Jego zdaniem osoby Chorwaci z Bośni chcący wziąć udział w chorwackich wyborach parlamentarnych mogą wówczas wziąć urlop. Nikšić dodał, że ogłoszenie dnia wolnego od pracy mogłoby stanowić niebezpieczny precedens, bo w przyszłości z podobnym żądaniem mogą wystąpić bośniaccy Serbowie.

Sama data wyborów jest zresztą krytykowana przez bośniacki oddział HDZ. Centroprawica twierdzi, że Milanović celowo zaplanował głosowanie na środek tygodnia, aby osłabić głos bośniackich Chorwatów, którzy nie głosują na centrolewicę. Nie chodzi bowiem jedynie o samą konieczność znalezienia przez nich czasu na zagłosowanie, ale także o problemy z organizacją wyborów. Lokale wyborcze nie będą mogły zostać zorganizowane w szkołach na terenie Bośni i Hercegowiny, bo trwa przecież rok szkolny.

Jak widać chorwacki prezydent wywołał kryzys zarówno w samej Chorwacji, jak i w sąsiedniej Bośni i Hercegowinie. Lider SDP Peđa Grbin przekonuje, że manewr z ogłoszeniem kandydatury Milanovicia jest konieczny, ponieważ kraj pod rządami HDZ stacza się w przepaść z powodu kiepskiej sytuacji gospodarczej i licznych afer. Pojawia się jednak pytanie, czy wywoływanie chaosu w dwóch krajach nie jest zbyt dużą ceną za wciąż mgliste perspektywy wyborczego zwycięstwa. 

Maurycy Mietelski

fot. SDP Hrvatske / Flickr.com