Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Sylwia Ławrynowicz: Zagłaskać rosyjskiego niedźwiedzia - dlaczego Merkel jest uległa wobec Rosji?

Sylwia Ławrynowicz: Zagłaskać rosyjskiego niedźwiedzia - dlaczego Merkel jest uległa wobec Rosji?

07 wrzesień 2014
A A A
Zaledwie kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja o tym, że kanclerz Niemiec nie zamierza czekać na porażkę wyborczą swojej partii i rozważa dobrowolną rezygnację z urzędu. Angela Merkel przewiduje, że chadecja nie odniesie sukcesu w kolejnych wyborach. To przekonanie może okazać się słuszne. Za chwilę minie pierwszy rok trzeciej kadencji, który jest zdominowany przez konflikt rosyjsko-ukraiński. Kryzys na Ukrainie zmusza Merkel do działania i podejmowania decyzji, na które szefowa niemieckiego rządu nie była przygotowana. Nie zajmując jednoznacznego stanowiska wobec sytuacji na wschodzie nie pomaga żadnej ze stron konfliktu, dodatkowo osłabiając pozycję Unii Europejskiej.

Zaczęło się od Ostpolitik

Niemieccy politycy koalicyjni są niemal jednogłośni w sprawie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego: Władimir Putin dopuszcza się pogwałcenia prawa międzynarodowego naruszając integralność terytorialną Ukrainy. Mimo tego rząd nie decyduje się na konkretne działania, obierając politykę małych i odpowiednio ważonych kroków. Niemcy przez długi czas były przeciwne jakimkolwiek sankcjom, wierząc głęboko w to, że konflikt uda się rozwiązać na drodze dyplomatycznej. Od czasów kanclerza Willego Brandta, który w latach 70. zapoczątkował tzw. Ostpolitik, czyli zmiany poprzez zbliżenie, Rosja postrzegana jest jako kluczowy partner geopolityczny Niemiec i całej Unii Europejskiej, z którym współpraca jest konieczna dla utworzenia stabilnego ładu bezpieczeństwa europejskiego. Jako jeden z ważniejszych partnerów Federacja Rosyjska pojawia się także w umowie koalicyjnej. Niemcy oczekują od partnera wschodniego przestrzegania praw demokracji oraz poszanowanie opozycji politycznej, co wskazuje na to, że nie dorównuje ona w pełni wszystkim innym krajom europejskim. Partie koalicyjne deklarują rozszerzenie projektu "partnerstwa dla modernizacji" Rosji, zapowiadając włączenie Polski do dialogu niemiecko-rosyjskiego. "Bezpieczeństwo w Europie i wokół Europy możliwe jest tylko z Rosją, a nie przeciwko niej" - czytamy w umowie koalicyjnej. Niemcy dbają o dobre relacje ze wschodem, nie chcąc zniszczyć tego, co budowano przez kilkanaście lat. Ta strategia doprowadziła m.in. do zjednoczenia Niemiec. Teraz może doprowadzić do podziału Ukrainy.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o gaz

Nie tylko kwestie polityczne odgrywają ważną rolę w stosunkach niemiecko-rosyjskich, ale również ekonomiczno-gospodarcze. Rosja jest trzecim co do wielkości partnerem handlowym Niemiec. Na rynku rosyjskim działa ponad 6000 tys. dużych i średnich niemieckich przedsiębiorstw, a roczne obroty w handlu między krajami sięgają około 36 miliardów euro - podaje portal Puls Biznesu. Warto dodać, że rosnący eksport m.in. do Rosji znakomicie zrekompensował straty wynikające z kryzysowej zapaści rynku europejskiego. Radykalne sankcje gospodarcze mogą zatem okazać się bolesne także dla Niemców. Kolejna sprawa to gaz. Niemcy importują z Rosji 40 proc. gazu i 35 proc. ropy naftowej i są uzależnieni od rosyjskich dostaw za sprawą byłego kanclerza Niemiec Gerhard Schrödera, który wydał zgodę na budowę gazociągu Nord Stream i tym samym oddał przyszłość energetyczną swojego kraju w ręce Putina. W 2006 roku Schröder został przewodniczącym rady nadzorczej spółki Nord Stream, w której 51 proc. udziałów ma rosyjski Gazprom. Były kanclerz Niemiec był oburzony krytyką Putina i stanowiskiem krajów popierających Ukrainę. Sprzeciwiał się odwoływaniu szczytu G8 w Soczi i krytykował NATO, wykazując zrozumienie dla działań prezydenta Rosji na Ukrainie.

Niemcy zastanawiają się nad alternatywą, która pozwoli im zmniejszyć uzależnienie gazowe od Rosji, jednak wicekanclerz Niemiec i minister gospodarki Sigmar Gabriel (SPD) nie dostrzega takiej potrzeby. Socjaldemokrata uważa, że Rosja jest solidnym partnerem gospodarczym i dotychczas wywiązywała się  z umów z Niemcami nawet w najczarniejszych czasach zimnej wojny. Merkel przystała wprawdzie na propozycję unii energetycznej Donalda Tuska, ale domaga się wypracowania szczegółów rozwiązania. Unia oznacza ujednolicenie cen. Niemcom niełatwo będzie przyjąć ofertę, która z pewnością nie będzie korzystniejsza niż obecna. Dotychczas płacili Gazpromowi cenę - 370 dol. za 1000 m3 gazu (Polska - 490 dol.). Otwarte pozostaje pytanie, co na temat unii energetycznej myślą pozostałe kraje wspólnoty, które też mają prawo głosu w tej sprawie. Gazeta Wyborcza podaje, że przeciwko tej idei są Cypr i Słowacja, w 90 proc. skazane na import rosyjskiego gazu, oraz Bułgaria, przez którą ma przebiegać gazociąg South Stream. Hiszpania stawia zaś na import gazu z Algierii, a Wielka Brytania - na energię jądrową, podobnie jak Francja.

Sankcje=antysankcje?

Wydawać by się mogło, że zmiana kursu polityki niemieckiej nastąpi po zestrzeleniu samolotu pasażerskiego malezyjskich linii lotniczych Boeing 777. 1. sierpnia UE wprowadziła sankcje sektorowe, które miały zmusić Rosję do ustępstw. Nie zmusiły, bo sankcje mają w dużej mierze charakter propagandowy. - Sankcje nałożone przez UE na Rosję to świetnie sprzedana medialnie historia, ale z mizernym skutkiem i efektem – uważa Andrzej Maciejewski z Instytutu Sobieskiego. Ekspert ocenia, że w dobie globalizacji łatwo je ominąć. - Każda firma ma swoje spółki-córki. Np. na terenie Polski są spółki-córki Gazpromu, więc ich te sankcje nie dotykają, bo są na terenie Polski i tak po kolei - stwierdza Maciejewski. Ekspert zauważa, że Europa dostarcza technologie do krajów azjatyckich, które w obecnej sytuacji mogą zechcieć je odsprzedać Rosji.

Sami Rosjanie nie wydają się być zasmuceni zaistniałymi zmianami. Na portalu głos Rosji można przeczytać, że: „Rosyjscy producenci, mający szczerze dość dominacji importu żywnościowego z UE na rynku krajowym, powitali tę decyzję z uznaniem. W zasadzie Unia Europejska i Stany Zjednoczone zmusiły Moskwę (…) do działania w myśl zasady „Jedzmy swoje!”. Rosyjskie sieci handlowe będą potrzebowały pary miesięcy na znalezienie zastępstwa dla produkcji importowanej, wobec której obowiązywać ma zakaz”. Propaganda rosyjska nie śpi zaś i czuwa. Obywatele rosyjscy są bombardowani informacjami o kryzysie gospodarek państw bałtyckich, na wskutek odcięcia od rynku rosyjskiego. Nie mają się więc czego bać. Warto zaznaczyć, że Rosja może liczyć na pomoc partnerów handlowych z dalekiej Azji i Ameryki Południowej. W końcu nie bez powodu prezydent Rosji odwiedził w lipcu większość krajów Ameryki Południowej.

Zagłaskać rosyjskiego niedźwiedzia

Nie od dziś wiadomo, że Berlin i Moskwę łączy szczególne porozumienie, dlatego Niemcy przyjęły na siebie rolę głównego negocjatora w konflikcie. To Angela Merkel, jako jeden z nielicznych polityków Europy i świata, najczęściej rozmawia telefonicznie z Władimirem Putinem. Stanowisko szefowej niemieckiego rządu wobec konfliktu jest cały czas niejasne. Z jednej strony kanclerz Niemiec wspiera Ukrainę, z drugiej chce utrzymać przyzwoite relacje z Rosją. Merkel odwiedziła Kijów w przedzień narodowego Święta Niepodległości Ukrainy. Jej wizyta była dla mieszkańców bardzo ważnym gestem, bo szefowa niemieckiego rządu pojawiła się tam po raz pierwszy od wybuchu konfliktu. Kanclerz Niemiec pozostała poprawna politycznie i daleka od snucia jakichkolwiek scenariuszy. Przez cały czas jest przekonana, że konflikt uda się rozwiązać jedynie przy współpracy z Moskwą. Podkreśliła to także w wywiadzie letnim, którego udzieliła telewizji ARD zaraz po uroczystościach. Po raz kolejny zaznaczyła, że wyklucza interwencję militarną na Ukrainie, a jedynym wyjściem jest rozwiązanie polityczne.

Merkel troszczy się o to, aby nie niepokoić niepotrzebnie Kremla. Początkowo to Polska, obok Niemiec i Francji, odgrywała kluczową rolę w konflikcie. Z negocjacji jednak wypadła, ponieważ Warszawa zbyt często wypowiadała słowo NATO w kontekście kryzysu, co złościło Moskwę i oddalało możliwość pokojowego rozwiązania konfliktu. Bo na słowo NATO Rosja reaguje alergicznie. Podczas wizyty na Łotwie kanclerz Niemiec oświadczyła, że nie jest możliwa stała obecność sił NATO w krajach bałtyckich. Tak na wszelki wypadek, aby nie drażnić Kremla.

Podczas wizyty w Kijowie każdy myślał i oczekiwał szczytu w Mińsku (26.08) wierząc, że może przynieść przełom. – Nie należy się tego spodziewać – powiedziała Merkel w czasie już wcześniej wspomnianego wywiadu (24.08). Spotkanie w stolicy Białorusi nie przyniosło przełomu, a jedynie obietnice bez pokrycia, ponieważ już w kilka dni po szczycie doszło do eskalacji konfliktu. Niemcy są jednak nieugięci i przez cały czas stosują metodę głaskania rosyjskiego niedźwiedzia. Zapominają jednak, że już nie raz, omal nie odgryzł im ręki.

Co przyniesie Mińsk?

Nie należy być przesadnie optymistycznym wobec zawieszenia broni na wschodzie Ukrainy. Władimir Putin niejednokrotnie zapowiadał wsparcie planu pokojowego Petra Poroszenki, po czym wycofywał się ze swoich wcześniej wypowiedzianych słów twierdząc, że zasadniczo to Rosja nie bierze udziału w tym konflikcie i nie zamierza wpływać na kogokolwiek. Teraz jest niemalże podobnie. Wielkie nadzieje z rozejmem wiąże prezydent Ukrainy, który uważa że piątkowe (05.09) porozumienie to jedynie wstęp do wdrożenia planu pokojowego na wschodzie Ukrainy. Mniej optymizmu wykazuje ukraiński premier. Arsenij Jaceniuk uważa, że całkowite wstrzymanie ognia jest możliwe tylko wtedy, kiedy wojska rosyjskie opuszczą wschodnią część kraju. Nie będzie to możliwe, ponieważ przedstawiciel Ługańskiej Republiki Ludowej Igor Płotnicki, obecny w Mińsku, zapowiedział, że porozumienie nie oznacza rezygnacji z dążenia separatystów do trwałego oderwania się od Ukrainy.

Nie należy spodziewać się, że Niemcy zmienią swój kurs wobec Rosji. Jeżeli nie zrobili tego w momencie aneksji Krymu i po katastrofie Boeinga 777, to nic nie jest w stanie nimi wstrząsnąć. Rosja dalej będzie testować ich wytrzymałość, robiąc malutkie kroki do przodu, zaś UE z Niemcami na czele będą zapraszać Rosję na rozmowy o gospodarczej części umowy stowarzyszeniowej UE z Ukrainą. Będą też gotowi uwzględnić postulaty Rosji wobec Ukrainy, byleby sytuację uspokoić. Jeżeli zaś Kreml zechce, to zajmie wschodnią część Ukrainy, a UE i Niemcy nie zrobią nic, aby temu zapobiec.