Paulina Pajkiert: "Kupiłem, spożyłem, wyrzuciłem"
-
Paulina Pajkiert
Oto motto świata współczesnej konsumpcji. Ale są ludzie, którzy chcą wycofać się z tego zamkniętego koła. Poznajmy freegan.
Lubimy świat, w którym żyjemy – rozwój gospodarczy, media zapewniające nam rozrywkę i pełne półki w supermarketach. Mechanizm jest prosty. Rozwój napełnia nasze kieszenie gotówką, którą wydajemy następnie na zbędne produkty reklamowane przez prasę i telewizję. Dobra te z łatwością nabywamy we wszechobecnych hipermarketach, po to, by nacieszyć się nimi póki nie wyjdą z mody i będą mogły spokojnie wylądować na podmiejskim wysypisku. Bałamutny przekaz medialny i bezmyślna konsumpcja, stają się przyczynami niepożądanych, a często wręcz groźnych zjawisk w skali globu. Generują potrzeby, które tylko prężne korporacje międzynarodowe są w stanie zaspokoić. To z kolei skutkuje wyzyskiem krajów ubogich, łamaniem praw człowieka i pracownika oraz degradacją stosunków społecznych. W szerszej perspektywie niesie ze sobą zniszczenie środowiska, skażenie gleby, wody i powietrza; deforestację i wyczerpanie zasobów nieodnawialnych; bestialskie traktowanie zwierząt i wymieranie gatunków. Trudno jest zmienić taki stan rzeczy, jednak coraz więcej jest ludzi świadomych konsekwencji takiej trajektorii. Wiele jest osób i liczne są metody by naprawić powyższe nieprawidłowości. Bojkoty konsumenckie, kampanie uświadamiające i popieranie handlu sprawiedliwego mogą wpłynąć na zmianę nawyków nabywców i modyfikację praktyk producentów. Można się też posunąć o krok dalej i nie tylko odżegnywać się od kupna wyrobów danej firmy czy danego dobra. Można poddać ostracyzmowi współczesny system ekonomiczny. Takie właśnie założenie wpisuje się, w nie do końca precyzyjną merytorycznie, ale za to konkretną ideologicznie – filozofię freeganizmu. Skoro poprzez nasze zakupy zasilamy ponadnarodowe koncerny, szkodząc jednocześnie ludziom, zwierzętom i środowisku, czemu nie zrezygnujemy z nabywania w ogóle?
Freeganizm to minimalizacja konsumpcji i wycofanie się z partycypacji w kapitalizmie XXI wieku. To alternatywne strategie życia, w których większy nacisk kładzie się na wartości etyczne niż na dobra materialne. Ponad zysk, awans i prestiż społeczny, stawia się wspólnotę i kooperację, solidarność i hojność, umiar i wolność.
Przez żołądek do bojkotu
Na pierwszy rzut oka działania freegan nie dają szczególnej zachęty do podążania wyznaczaną przez nich ścieżką. Bazowa strategia opiera się bowiem na poszukiwaniu w kontenerach na śmieci produktów zdatnych do użycia. Znane pod angielskimi nazwami „urban foraging” lub „dumpster diving” to organizowane w pojedynkę lub grupowo wyprawy polegające na nurkowaniu w odpadach wyrzucanych przez punkty handlowe, supermarkety, restauracje, biura i gospodarstwa domowe. Okazuje się, że znaleźć tam można przedmioty nie tylko niezwykle zdywersyfikowane, ale też często w bardzo dobrym lub nienaruszonym wręcz stanie. Książki, przybory kuchenne, instrumenty muzyczne, odzież, meble, elektronika, a nawet rowery, obrazy i jedzenie dla zwierząt, to tylko niektóre z możliwych zdobyczy. Najważniejsze jednak, a zarazem najbardziej chyba kontrowersyjne, jest pozyskiwanie produktów spożywczych. Przeciętny konsument za pewnik uznaje to, że produkty, które nabywa są świeże, schludnie zapakowane i wizualnie atrakcyjne. Sięgając po artykuł ze sklepowej półki nie wybieramy tego w zgniecionym pudelku, z zerwaną etykietką czy w uszkodzonej puszce. Płacę – wymagam. A skoro każdy klient płaci i każdy wymaga, odpowiednim miejscem dla tych towarów jest śmietnisko. Podobny los spotyka obtłuczone owoce, lekko nadpsute warzywa, jogurty w pół godziny po przekroczeniu daty ważności czy pieczywo, które zaczyna się podejrzewać o czerstwienie. Mimo że nie ulegają pogorszeniu walory smakowe, i mimo że produkty nie są szkodliwe dla zdrowia, zostają zachwiane walory estetyczne, co automatycznie wyklucza je z obiegu handlowego. Przynajmniej tego oficjalnego, bowiem stając się śmieciami, stają się jednocześnie obiektem potencjalnej konsumpcji dla freegan.
Bez względu na panujące w społeczeństwie stereotypy na temat odpadów, freeganie nie uważają pozyskiwanych dóbr za odpychające czy nieświeże. Wiedzą, że są bezpieczne, czyste i zdatne do spożycia, a fakt, że znalazły się wśród odpadów jest tylko potwierdzeniem, że żyjemy w społeczeństwie przepychu i w „kulturze wyrzucania”. Dostatek, możliwości nabywcze i nacisk społeczno-medialny zachęcają nas do ciągłego zastępowania starych dóbr nowymi, poszukiwania zbędnych gadżetów, ulegania przemijającym modom i zmiennym trendom. Temu właśnie przeciwstawiają się freeganie. Kontestując współczesny stan rzeczy wychodzą od działań najprostszych, rozciągając je następnie na kolejne dziedziny życia. To, co robią przekształca się stopniowo w cały system, zorganizowaną aktywność i obszerną filozofię życia. Freeganizm nie ogranicza się do zbierania odpadów i żywienia się na wysypiskach. „Etyczne jedzenie” owszem jest wartością bazową, jednak nie jedyną. „Dobrowolna prostota”, „minimalizm finansowy” i „recykling” to tylko niektóre ze sloganów związanych z ruchem.
Nie samym chlebem człowiek żyje
Choć definicja nie jest spójna, pewne wyznaczniki są dla ruchu kluczowe. Przede wszystkim, freeganizm to nie wynik ubóstwa, lenistwa czy stosowania diety bazującej na produktach „drugiej świeżości”. To raczej manifestacja polityczna i wybór etyczny.
Rozkwit filozofii przypada na połowę lat 90., a gruntem, na którym zaczęła kiełkować, były inicjatywy antyglobalistyczne i środowiskowe. Za matkę chrzestną uznać można grupę Food Not Bombs (Jedzenie Zamiast Bomb) [1], która rozdawała biednym posiłki przygotowane na bazie pozyskanych za darmo produktów. Organizacja karmiła wegetariańskimi zupami, serwowanymi wraz z antyrządowym i antywojennym przekazem. Stawiała pytanie: czemu rządy i decydenci polityczni wydają horrendalne sumy na zbrojenia, wyniszczające wojny i utylizację nadprodukcji, skoro w tym samym czasie całe narody wymierają z powodu głodu i chorób? Jak można zauważyć, już u źródeł ruch był czymś więcej niż grzebaniem w śmieciach. Potwierdza to spisany w 1999 roku manifest „Why Freegan?” (Dlaczego Freegan?), który wylicza poza-spożywcze praktyki i antykonsumenckie, kontestacyjne oblicze ruchu. Znajdziemy tu mniej lub bardziej legalne, sensowne i akceptowalne pomysły – od oszczędzania wody i stosowania energii słonecznej, poprzez rozwój prywatnego ogrodnictwa czy barter, na kradzieżach skończywszy.
Ciekawą propozycją jest – zgodny z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć – precykling. Polega on na redukcji ilości odpadów poprzez unikanie ich kreacji. Ograniczanie zakupów dóbr w zbędnych opakowaniach (do zapakowania pasty do zębów wystarczy tubka, a muesli świetnie przechowuje się torebce; w obu przypadkach dodatkowe kartony to tylko chwyt psychologiczno-marketingowy, a przy okazji spory balast dla środowiska), na rzecz opakowań zdatnych do recyklingu; wystrzeganie się przynoszenia do domu przedmiotów, które generują powstawanie odpadów; ponowne używanie dóbr raz już wykorzystanych; unikanie tzw. „junk mail” (poczty śmieciowej), czyli wszelkiego rodzaju ulotek, folderów reklamowych czy niepotrzebnych przekazów pocztowych. Równie ciekawe, choć jeszcze trudniejsze jest „urban gardening” (ogrodnicto miejskie). Zamiast kupować żywność produkcji przemysłowej, podejmuje się wysiłek uprawy na własną rękę. Stosowanie organicznego kompostu zamiast środków chemicznych jest ukłonem w stronę zdrowia i ekologii, sama hodowla zaś krokiem ku uniezależnieniu się od destrukcyjnego systemu produkcji globalnej. Zbliżenie miejsca produkcji i konsumpcji niweluje ekonomiczne i środowiskowe koszty transportu, a posadzone we freegańskich sadach drzewa produkują tlen i pochłaniają dwutlenek węgla. Nie każdy jednak ma kawałek ziemi i zdolności ogrodnicze. Alternatywą jest wówczas „guerrilla gardening”, czyli przekształcanie opuszczonych, zaniedbanych skrawków ziemi w ogrody wspólnotowe, albo też zbieractwo roślin w lasach i parkach. Z pomocą w ostatnim przypadku przychodzą prowadzone przez zainteresowanych strony internetowe i wycieczki, mające nauczyć rozróżniania roślin jadalnych od niezdatnych do spożycia.
Dbałość o środowisko przejawia się również w innych inicjatywach. Godne uwagi i naśladowania jest podejście do transportu. Zauważając destrukcyjny wpływ współczesnej komunikacji na stan fauny i flory, wody i powietrza, freeganie dystansują się od używania samochodów. Zamiennikiem są rowery, rolki lub po prostu własne nogi. Jeśli użycie auta jest konieczne, wybrać można komunikację publiczną, autostop albo napełnienie baku olejem spożywczym, pozyskiwanym zresztą często od restauracji. Wykorzystywanie używanego oleju tylko potwierdza, jak wiele produktów można odzyskać i ponownie eksploatować. Wśród niekonwencjonalnych pomysłów znajdziemy „train hopping”, czyli przemieszczanie się pociągami, do których wskakuje się, gdy nie są rozpędzone, bez kupowanie biletu. Wśród opcji bardziej racjonalnych mieści się cały system traktowania rowerów. Nie tylko są one podstawowym środkiem komunikacji. Freeganie dzielą się i wymieniają rowerami, przekazują je znajomym, odnawiają starsze i uszkodzone modele, a nawet organizują treningi, by nauczyć innych jak dbać i naprawiać własne jednoślady. Motywacja jest niezmienna – budowanie „zielonej” kultury i świadomości oraz przedłużanie życia produktu, tak by jak najpóźniej znalazł się na wysypisku.
Maksymalnemu wykorzystaniu produktu służą też Really, Really Free Markets (Naprawdę Wolne/ Darmowe Rynki). Są one miejscem spotkań, dyskusji i szerzenia idei, ale przede wszystkim okazją do przeprowadzenia alternatywnego obrotu handlowego. Alternatywnego, bo opartego głównie na wymianie produktów, na barterze wymykającym się ramom współczesnego handlu pieniężnego. W podobny sposób można nabyć dobra za pośrednictwem Internetu i specjalnie dla tego celu tworzonych stron. Pchle targi, wymiana w sieci czy sklepy typu second-hand są freeganom potrzebne. Jest wszak oczywiste, że nawet oni od czasu do czasu muszą nabyć nowe (lub przynajmniej nowsze od dotychczas używanego) dobro.
Szczypta anarchii
To, co robią freeganie można uważać za kontrowersyjne, jednak nie można chyba pozostać obojętnym wobec poświęceń, których dokonują dla obrony swoich ideałów. Przeciętny członek społeczeństwa nie wybiera się przedpotopowym rowerem na „zakupy” do kontenerów z odpadami. Wypada więc oddać członkom ruchu należny podziw i szacunek. Z drugiej jednak strony trudno nie zauważyć pewnych nadużyć czy problematycznych przedsięwzięć. Radykalni freeganie balansują bowiem często na granicy legalności, a ich działania bywają dyskusyjne. Nie chodzi nawet o to, że niektóre sieci handlowe uważają przeszukiwanie śmieci za kradzież i pilnie strzegą swoich odpadów. Nie chodzi już nawet o krytykowaną często praktykę „table diving” (nurkowanie stołowe), kiedy to freeganie zabierają z restauracyjnych stołów resztki jedzenia zostawione przez klientów. Chodzi raczej o quasi-punkowe podejście do licznych aspektów życia, o anarchistyczną opozycję wobec rządu i wszelkich form zwierzchnictwa. Łatwo zgodzić się bowiem z ideałami wolności indywidualnej i dobrowolnej kooperacji, trudniej jednak zaakceptować stanowisko odrzucenia i oporu wobec wszelkich ustanowionych zasad władzy i porządku. Fakt, że pozycję taką przyjmuje tylko ekstremalna frakcja ruchu. Niemniej jest w tej kontestacji kilka ciekawych zagadnień. Zastanowić się można na przykład nad poglądami na kwestie mieszkaniowe czy zarobkowe.
Zakwaterowanie freeganie uważają nie za przywilej, a raczej za naturalne prawo każdego człowieka. Tak jak kwestionują to, że ubodzy umierają z głodu, podczas gdy rządy i międzynarodowe korporacje marnują tony żywności i miliardy euro, tak samo nie zgadzają się, by ludzie umierali z zimna i niedostatków sanitarnych, gdy setki wolnych lokali bezczynnie czeka na najemców. Aktywność „squatterów” [2], zajmujących i przywracających do życia zaniedbane pustostany, doskonale współgra z poglądami freegan. Ludzkie potrzeby i godność są w końcu ważniejsze od abstrakcyjnych norm, zimnych praw, odgórnych zakazów i nakazów. Przekształcanie opuszczonych budynków w mieszkania, centra aktywności społecznej i kulturalnej, miejsca spotkań edukacyjnych i proekologicznych, uznaje się za równie ważne jak wykorzystywanie odpadów komunalnych czy dzielenie się jedzeniem. Choć squatter i freeganin to nie jedna osoba, występuje między nimi pokrewieństwo w pierwszej linii. Jedna filozofia wpisuje się w drugą, obie wzajemnie się uzupełniają.
Korzystanie z tego, co inni uważają za śmieci; jedzenie tego, co inni uważają za odpad; wzajemna pomoc i wspieranie się, to integralne czynniki spojrzenia freegan na otaczającą rzeczywistość. Spojrzenie to rozciąga się jednak poza horyzont finalnej konsumpcji. Automatycznie oddziałuje na inne dziedziny życia, choćby na sposób pozyskiwania środków finansowych. „Dobrowolne bezrobocie” to pomysł sporny, dla jednych ciekawy ideologicznie, dla innych nieodpowiedzialny i infantylny. Freeganie tłumaczą, że dla pracy zbyt wiele poświęcamy czasu, wysiłków i wartości. Ogranicza to naszą wolność, uniemożliwia dążenie do wyższych celów, wpasowuje nasze życie w sztywne ramy, które cisną nas i uwierają, a mimo to nie potrafimy się z nich wymknąć. Poza tym, jeśli pracujemy, to zarabiamy, jeśli zarabiamy – wydajemy, jeśli wydajemy – napędzamy zamknięte koło konsumpcji. A przecież właśnie przeciw ślepej konsumpcji buntują się freeganie. Porzucenie pracy nie jest objawem lenistwa, zamiast pacy oddają się wolontariatowi, pomocy innym, szerzeniu wiedzy i umiejętności proekologicznych i antykonsumpcyjnych. Porzucenie pracy to synonim odzyskania wolności, odrzucenie mechanizmów gospodarczych dnia dzisiejszego, redukcja wydatków i marnotrawstwa, pozostawanie przy minimum oraz indywidualna kontrola własnego życia. To ucieczka od zewnętrznych presji, zależności i gonitwy za pieniądzem. Zgodnie z taką eksplikacją, wybór bezrobocia wydaje się odwagą, niemal bohaterstwem. Ale z drugiej strony, czy nie jest odrobinę bezmyślny, czy nie jest wygodnictwem lub pasożytnictwem? Jak wyglądałby świat gdyby wszyscy porzucili wykonywane prace i nałożone obowiązki?
Nie we wszystkim freeganie są tak zasadniczy. Ciekawe jest ich podejście do wegetarianizmu. Zgodnie z nazwą, powinni być weganami, lub co najmniej wegetarianami (ostatni nie jedzą mięsa, pierwsi – żadnego produktu pochodzenia zwierzęcego od jajek i mleka począwszy, na serze, miodzie i jogurtach skończywszy). Mimo że słowo freeganizm to zlepka „free” (wolny, darmowy) i „vegan” (weganin właśnie), bycie członkiem ruchu nie oznacza mechanicznie wyrzeczenia się tak przez wszystkich lubianej polędwicy czy suszonej kiełbasy. Znajduje to swoje uzasadnienie na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, skoro pozyskujemy jedzenie ze śmietnisk i skoro dbamy o to, by nic się nie marnowało, co zrobić ze znalezioną puszką tuńczyka, konserwą czy paczką szynki? Meagan (od „meat” – mięso) to odłam, który uznaje spożywanie produktów pochodzenia zwierzęcego, jeśli w innym wypadku miałyby się zmarnować. Po drugie, freeganie idą o krok dalej niż wegetarianie. Niewiele dla nich znaczy pozyskiwanie produktów wyłącznie wegańskich, jeśli ich produkcja niszczy środowisko, prowadzi do wyzysku krajów ubogich, wykorzystuje pestycydy i nie gwarantuje szacunku dla osoby ludzkiej. Obecnie rynek zalewają artykuły wega. Są one tak modne jak nowe kolekcje odzieży i innowacyjne modele telefonów komórkowych. Jednak jak się już przekonaliśmy, moda nie jest dla freegan wyznacznikiem. Tak długo jak towary te de facto szkodzą ludziom, zwierzętom i środowisku, nie wejdą w kanon freegańskich praw i obowiązków.
Portret pamięciowy
Kim więc jest typowy freeganin? Osobą, która zamiast kupować, znajduje niezbędne dobra wśród odpadów i śmieci; która zamiast pracować, udziela się wolontariacko w służbie głoszonym ideałom; która zamiast wynajmować apartament za horrendalną sumę, wybiera życie na squacie. To człowiek, który nie jest bezdomny, leniwy czy ubogi, a raczej ktoś, kto dla wyższych wartości potrafi zrezygnować z wygód i blichtru. Ktoś, kto czuje się wolny, etyczny, pogodzony z własnymi przekonaniami. Idealista czy marzyciel? Człowiek świadomy czy nieodpowiedzialny? Wyzwolony czy lekkomyślny? Opinii na ten temat jest pewnie tak wiele jak użytecznych „śmieci”, które każdego dnia członkowie ruchu znajdują wśród tego, co przeciętny konsument zalicza do odpadów.
Przypisy:
[1] Food Not Bombs to sieć rozsianych po świecie grup, które powstają stopniowo od roku 1980. Początki wiążą się z uliczną grupą teatralną z Masachusetts, która rozdawała wegetariańskie posiłki na ulicach miasta w geście sprzeciwu wobec energii nuklearnej i badaniom nad nowymi rodzajami broni. Od 1988 roku organizacja instytucjonalizuje się i rozprzestrzenia geograficznie.
[2] Funkcjonuje też polska wersja „skłot”; słowo jest nowe i nie zakorzeniło się jeszcze w języku polskim.
Źródła:
www. howstuffworks.com/
www. news.bbc.co.uk/1/hi/magazine/6933744.stm/
www.craigslist.org/about/sites.html/
www.epa.gov/jtr/comm/exchange.htm/
www.food.gliwice.com
www.freecycle.org/
www.sjp.pl/
www.squat.net/
www.worldwidewords.org/
www.wrap.org.uk/


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje