|
Na ostatku swoich rządów na administrację George' Busha spadły wszelkie możliwe plagi, od terroryzmu począwszy na katastrofalnej sytuacji Trójki z Detroit kończąc. Odpowiedzialność za ich rozwiązanie spoczywa jednak na ekipie Obamy. REKLAMA
Barack Obama doszedł do władzy na fali społecznych oczekiwań na zmiany i ustanowienie nowego porządku. Społeczeństwo amerykańskie zmęczone było oglądaniem ciągle tych samych twarzy od ośmiu lat, wojną w Iraku, wreszcie samą Partią Republikańską, a w szczególności Georgem Bushem. Obama, namaszczony przez media na „nowego Kennedy'ego”, miał stanowić polityczne trzęsienie ziemi w Waszyngtonie, przywracając zwyczajnym Amerykanom zaufanie do elit. Niespodziewanie dla samego siebie musi stawić czoła najpoważniejszemu kryzysowi finansowemu od czasu Wielkiej Depresji. Sytuacja wymusza na nim odejście od najbardziej radykalnych haseł kampanii wyborczej, a przynajmniej odłożenie ich w czasie. Priorytet zyskuje ratowanie systemu bankowego USA i kolejnych ofiar finansowego huraganu, jaki przetoczył się przez światowe rynki w 2008 roku. Ambitne plany strukturalnych reform muszą chwilowo ustąpić miejsca działaniom stabilizującym sytuację.Gospodarka, głupcze! Dla obserwatorów spoza Stanów Zjednoczonych najbardziej znanym politykiem pośród ekonomicznej ekipy Obamy jest zapewne Paul Volcker, szef Rezerwy Federalnej za rządów Jimmy'ego Cartera i Ronalda Reagana i bezpośredni poprzednik Alan Greenspana na tym stanowisku. Postać swego czasu niezwykle kontrowersyjną, po tym jak w celu przezwyciężenia duszącej amerykańską gospodarkę końca lat siedemdziesiątych stagflację zdecydował się na konsekwentne prowadzenie polityki trudnego pieniądza. Początkowo pogłębiło to efekty recesji, osłabiając konsumpcję i utrudniając kredytowanie działalności przedsiębiorstw; twarda polityka banku centralnego sprowokowała nawet znane nam z rodzimej sceny protesty. Historia przyznała mu jednak rację, gdy działania Fedu doprowadziły do obniżenia inflacji pozostałe wskaźniki gospodarcze szybko wróciły do swych poprzednich wartości a polityka Volckera do dziś pozostaje sztandarowym przykładem rozsądnej antykryzysowej polityki monetarnej. Volcker od dłuższego czasu krytykował greenspanowską politykę niskich stóp procentowych i właśnie Fed obarcza główną winą za pęknięcie napompowanej do granic możliwości bańki kredytowej. W obliczu szeroko zakrojonych planów prezydenta-elekta na poprawę kondycji amerykańskiej gospodarki, polegających głównie na wprowadzeniu niezwykle kosztownych inwestycji infrastrukturalnych Volcker zdaje się być gwarantem ekonomicznego rozsądku nowej ekipy, powstrzymując Demokratów od głębszych ingerencji państwa w gospodarkę. Nie on jest jednak największą gwiazdą wschodzącej ekipy. Uwaga mediów koncentrowała się głównie wokół Timothy'ego Geithnera, nowego sekretarza skarbu. Młody, czterdziestoletni szef nowojorskiej Rezerwy Federalnej dał się poznać jako sprawny urzędnik i kompetentny finansista. Wydaje się być typową kandydaturą „kryzysową”, jako, że z przyczyn geograficznych, od ponad roku zmuszony jest radzić sobie z kłopotami na Wall Street. Jednak jego brak politycznego obycia i doświadczeń w sektorze prywatnym sprawia, że niektórzy republikańscy komentatorzy krytykuję Obamę za ten wybór. Co więcej, tak naprawdę, nikt oprócz samego Geithnera zdaje się nie wiedzieć jakie są jego poglądy ekonomiczne, gdzie widzi lekarstwo na, będącą już stanem faktycznym, dotykającą USA recesję. Jedno jest pewne- z powodu gospodarczej depresji pozycja sekretarza skarbu, na co dzień wyposażonego w szerokie kompetencje, jeszcze wzrosła. Z tego powodu Geithnera czekają zapewne ciężkie przesłuchania w Kongresie, nim jego kandydatura spotka się poparciem większości Senatorów. 
Gołąb wśród jastrzębi Kryzys ekonomiczny sprawił, że sensacyjna zdawałoby się nominacja Hillary Clinton, było nie było wyborczego rywala Obamy, na sekretarza stanu z trudem przebijała się na czołówki gazet na świecie. Z pewnością została jednak zauważona przez amerykańskich komentatorów. W prasie rozległy się spekulacje, że ruchem tym Obama pragnie zarówno przeciągnąć Clintonów (Bill i Hillary, jak wiadomo, chodzą w pakiecie) na swoją stronę, jak i zająć swojego byłego przeciwnika pracą w rządzie by nie pozostawić jej dość czasu na spiskowanie w Senacie i partii. Inni obserwatory sceptycznie wypowiadali się co do zdolności nowojorskiej pani senator do gry drużynowej; zwracano uwagę, że Clinton i Obama nie przepadają za sobą a ich poglądy na politykę międzynarodową różnią się w tak istotnych kwestiach jak chociażby kwestie Iraku czy Pakistanu wobec czego nie zawsze to co podczas swych zagranicznych wojaży powie przyszła sekretarz stanu może znaleźć uznanie w Białym Domu. Przede wszystkim jednak wytykano Hillary brak doświadczenia, zwłaszcza gdy porówna się jej biografię do życiorysów jej potencjalnych kontrkandydatów- gubernatora Billa Richardsona (mianowanego ostatecznie sekretarzem handlu) czy senatora Johna Kerry'ego z Massachusets, który na pocieszenie otrzymał stołek przewodniczącego senackiej komisji spraw zagranicznych. Podczas kampanii wyborczej wyśmiewano oświadczenia Hillary, jakoby zetknęła się z problemami światowej polityki podróżując po świecie jako żona Billa Clintona. Wytykano, delikatnie rzecz ujmując, „mijanie się z prawdą” odnośnie rzekomego snajperskiego ostrzału w Bośni. Odstawiając jednak wszystkie te zarzuty na bok, wypada się zastanowić co tak naprawdę oznacza jej nominacja? Nie da się rozpatrywać przyszłej polityki zagranicznej Baracka Obamy bez wymienienia kolejnej niespodziewanej (ale nie nowej!) nominacji- pozostawienia Roberta Gatesa na posadzie sekretarza obrony. Co prawda, obecny szef Pentagonu ceniony był za rozwiązanie największych problemów trapiących postasaddamowski Irak zarówno przed Demokratów jak i Republikanów, nominacja ta jednak nijak nie wpisuje się w dotychczasowy wizerunek Obamy jako „anty-Busha” a jego przyszłą prezydenturę jako radykalną rewolucję. Przeciwnie, nic nie potwierdza stałości „treści” amerykańskiej polityki niż pozostawienie armii pod dalszą pieczą Gatesa- nawet jeśli jest to tylko i wyłącznie nominacja czasowa. W tym świetle nominacja Hillary Clinton nabiera nowego znaczenia. Wśród Demokratów uznawana jest ona za jastrzębia, głosowała zarówno za atakiem na Afganistan jak i na Irak. Była autorką ustawy 2005 roku zwiększającej liczbę wojsk stacjonujących nad Tygrysem o osiemdziesiąt tysięcy żołnierzy. Wszystkie te fakty przesadnie nagłaśniali pr-owscy spece Obamy, pragnąc podważyć wizerunek Hillary jako naturalne przeciwieństwo George'a Busha- nie zmienia to jednak faktu, że gdy Obama mówił o możliwości prowadzenia dialogu z irańskimi przywódcam Clinton głosowała za wpisaniem Gwardii Rewolucyjnej na listę organizacji terrorystycznych uznawanych przez Departement Stanu. To właśnie nowojorska senator dała się poznać jako niezwykle ostry krytyk poczynań ówczesnego rosyjskiego prezydenta Władimira Putina, określając go z pewną emfazą jako „człowieka bez duszy”. Trudno nie odnieść wrażenia, że wszystkie kadrowe decyzje Obamy zmierzają do zerwania z wizerunkiem grzecznego naiwniaka czy łatwowiernego hipisa; łatki którą przypięli mu republikańscy stratedzy podczas kampanii wyborczej. Posunięcia te obliczone są zarówno na poklask wewnętrzny (wyborcy lubią „twardych facetów”), ale w obliczu oczywiście wrogich działań Kremla związanych z umiejscowieniem tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach należy także poczytywać je jako ostrzeżenie wobec zagranicznych przywódców- interesy Ameryki nie uległy przecież zmianie. Ciężkie chwile przed Obamą O każdym członku gabinetu Obamy można by napisać książkę. Zasługują na nią zarówno Bill Richardson, sekretarz handlu jak i generał James Jones, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego. Doświadczony senator Tom Daschle ma za zadanie uzdrowić amerykański system opieki zdrowotnej a Eric Holder, bliski przyjaciel Obamy zostanie pierwszym czarnym prokuratorem generalnym. Drużyna Obamy stanowi interesujace połączenia doświadczonych polityków i technokratów, liberalnych demokratów i ministrów wywodzących się jeszcze z ekipy Busha. Taki a nie inny skład wynika być może z szerszego zamysłu prezydenta-elekta. Ale bardziej prawdopodobna jest teza, iż w większym stopniu podyktowały mu ją okoliczności. W mgnieniu oka priorytetem przestała być opieka zdrowia, edukacja czy adaptacja bardziej multilateralnej postawy przez Waszyngton. W epoce światowego kryzysu finansowego i związanych z nim reperkusji politycznych trudno skupić się na głębokiej reformie wewnętrznej. A właśnie ją obiecał milionom swych wyborców Barack Obama. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora. |