|
Czy drogi Tokio i Waszyngtonu rozchodzą się na dobre, czy to tylko efekt nieodpowiedzialności polityków? REKLAMA
Yukio Hatoyama zdołał wywołać kontrowersje swoimi wypowiedziami jeszcze przed wygraną jego ugrupowania – Demokratycznej Partii Japonii (DPJ) w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych. W swym artykule w Christian Science Monitor, Hatoyama, wtedy jeszcze kandydat obiecujący przełamanie pół wieku monopolu Partii Liberalno–Demokratycznej (LDP) na japońskiej scenie politycznej, „Obama Wschodu”, przekonywał o konieczności zerwania Tokio z amerykańskim, neoliberalnym modelem globalizacji. W zamian, w sferze idei przypominał o takich wartościach, jak równość, wolność i braterstwo, geopolitycznie zaś – proponował zwrot w kierunku Azji. Nie może więc dziwić, że jego historyczne zwycięstwo zostało przyjęte w Waszyngtonie z mieszanymi uczuciami. Japonia, najważniejszy sojusznik USA w regionie, w swym spektrum politycznym zawsze znajdywała miejsce (naturalnie – w nieodmiennie rządzącej LDP) dla orędowników bliższych stosunków z Chinami, czy to z powodu czysto biznesowej kalkulacji, czy też powołując się na wspólnotę wartości. Ich głosy zagłuszane były jednak przez neokonserwatywne jastrzębie, jak Junichiro Koizumi czy poprzednik Hatoyamy – Taro Aso, którzy zdominowali pozostałe frakcje w Partii Liberalno–Demokratycznej. Tym razem zanosiło się na to, że Krajem Kwitnącej Wiśni pokieruje polityk, który na poważnie kwestionuje żelazne reguły sojuszu amerykańsko-japońskiego. Doradcy Hatoyamy, jak i sam kandydat zresztą, szybko zaczęli uspokajać swoich amerykańskich partnerów, że jego artykuł jest źle interpretowany, zaś sam premier i jego partia doceniają wagę sojuszu Tokio – Waszyngton dla bezpieczeństwa Japonii. Zabiegi te miały na celu nie tylko oczyszczenie atmosfery, lecz także uspokojenie wyborców, którzy pomimo pacyfistycznych inklinacji i świadomości uciążliwości, związanych ze stacjonowaniem wojsk USA w Japonii (podsycanej przy okazji każdego wypadku lub przestępstwa przez media), cenią sobie amerykański parasol ochronny roztoczony nad ich wyspą. Z liczących się partii na japońskiej scenie politycznej tylko Socjaldemokratyczna Partia Japonii (SDPJ) postuluje całkowite wycofanie wojsk amerykańskich z terytorium Cesarstwa. Pech chciał, że partia ta współtworzy koalicję rządową i, chcąc nie chcąc, Hatoyama został zmuszony do wykonania symbolicznych gestów odnośnie do obecności militarnej Waszyngtonu. W 2005 r. administracja George'a W. Busha podpisała z Japończykami porozumienie dotyczące kwestii relokacji bazy amerykańskich Marines w Futenma na Okinawie. Obóz znajduje się blisko gęsto zaludnionych terenów, a zdecydowana większość (według sondaży z 2007 r. – 85%) mieszkańców jest przeciwna dalszej obecności wojsk w ich sąsiedztwie. Należy przy tym zaznaczyć, że najczęstszymi przyczynami sprzeciwu są codzienne niedogodności, takie jak zanieczyszczenia czy wysoki poziom hałasu, a nie kwestie ideologiczne. Według umowy część Marines przeniosłaby się na oddalone od większych skupisk ludności północne tereny wyspy, część zaś rozlokowanoby w bazie w Guam. Przeciwko proponowanemu rozwiązaniu protestowali m.in. ekolodzy obawiający się zakłócenia okinawskiego ekosystemu. Rząd Hatoyamy sceptycznie odnosił się do zawartego porozumienia i nie ukrywał, że oczekuje od Waszyngtonu kolejnych koncesji, w szczególności zaś: przyśpieszenia przeniesienia na Guam oraz propozycji innej lokalizacji. Amerykanie uważają sprawę za zamkniętą. Okinawa ma dla nich strategiczne znaczenie i obawiają się, że dalsze rozmowy mogą tylko podważyć dotychczasowy model wojskowej obecności USA na tym terenie. Napięcie między oboma krajami zwiększyło się z powodu ujawnienia przez Japończyków wojskowych porozumień zawartych w latach sześćdziesiątych pomiędzy Japonią a Stanami. Umowy te umożliwiły Amerykanom umieszczenie taktycznych ładunków jądrowych na terytorium Okinawy. Tajna polityka stała w wyraźnej sprzeczności z deklarowaną przez Tokio anty-atomową postawą; tym niemniej z racji utrzymywania się przy władzy proamerykańskich konserwatystów z LDP, doniesienia organizacji pozarządowych nigdy, aż do tego momentu, nie zostały potwierdzone. Dyplomacja amerykańska, po dojściu Baracka Obamy do władzy, ma wyraźne kłopoty z nawiązaniem wartościowych relacji ze swoimi najbliższymi sojusznikami. Spory z Izraelem, wyraźne dążenie Japonii do emancypacji, zamieranie dialogu atlantyckiego wskazują na brak spójnej strategii Waszyngtonu. Amerykanie od wielu lat zachęcali Japończyków do prowadzenia odważniejszej polityki zagranicznej, której rozmach w pełni odpowiadałby ich potencjałowi. Wzmocnione i bardziej asertywne Tokio miałoby w ostatecznym rozrachunku zdjąć z barków USA część ciężaru dbania o bezpieczeństwo na Pacyfiku i, wobec rosnącej potęgi Chin, stać się czynnikiem regionalnej równowagi. Na skutek polityki Hatoyamy, „nowa Japonia” stała się dla Obamy irytującym kłopotem. Pewien wpływ na ten stan rzeczy mogła mieć słabość nowej ekipy Demokratów, którą Japończycy starają się wykorzystać, by uzyskać dalsze ustępstwa. Czy wobec tego jeden z najważniejszych układów w tamtej części świata jest zagrożony? Wydaje się to wątpliwe. Nowa rządząca ekipa z DPJ podkreśla wagę i nienaruszalność istniejącego sojuszu i deklaruje, że kontynuacja rozmów o przeniesieniu amerykańskich baz w żaden sposób nie oznacza ich likwidacji. W obliczu rozwoju programu nuklearnego przez Pjongjang, szybkiego wzrostu nakładów na zbrojenia w Azji Południowo-Wschodniej oraz ekspansji militarnej Chin w Azji (opierającej się m.in. otworzeniu zagranicznych baz na terenie Birmy), utrzymanie wspólnego kursu ze Stanami jest dla Japonii koniecznością, nawet jeśli politycznie kraj ten chce otworzyć się na Azję. Sojusz ten stanowi dla Tokio zaplecze strategiczne, które pozwala uniknąć zdominowania przez Pekin. Dla Waszyngtonu militarna obecność w Japonii i Korei, a także współpraca z tymi krajami oraz innymi państwami basenu, takimi jak Australia, Malezja czy Tajwan, jest konieczna ze względu na coraz silniej rysującą się dominację Pacyfiku na mapie interesów gospodarczych Stanów Zjednoczonych. Nie tylko amerykańskie bazy w Japonii pozwalają, według słów samych wojskowych, na błyskawiczną, „trwającą najwyżej jeden dzień” mobilizację sił pierwszego reagowania, ale strategiczna waga Tokio stanowi najlepsze zabezpieczenie przed powrotem do starego układu sił w Azji, w którym wszystko kręciłoby się wokół Państwa Środka. Należy także pamiętać, że związek Japonii i Stanów ma za sobą ciężkie chwile rywalizacji ekonomicznej, która swego czasu nadwyrężyła przyjazne relacje pomiędzy sojusznikami, więc obecne ochłodzenie stosunków nie może być poczytywane za szokujący precedens. Pomimo potrzeb wewnętrznej gry wyborczej, błędów i gaf polityków, układ sił skazuje te państwa na współpracę. |