MTK - "zgniłe jajo" podrzucone przez Billa Clintona
Podpisanie 31 grudnia 2000 roku, tuż przed końcem swojej kadencji, przez prezydenta Billa Clintona traktatu rzymskiego ustanawiającego Międzynarodowy Trybunał Karny, zostało odebrane jako „zgniłe jajo” podrzucone następcy. Zwłaszcza, że George W. Bush obejmował urząd po szemranej wygranej nad Alem Gore’m – wiceprezydentem u boku Clintona.
Jednak Bill Clinton zastrzegł, że mając poważne wątpliwości wobec zasad funkcjonowania MTK, nie przedkłada umowy Kongresowi do ratyfikacji, ani nie zobowiązuje do tego swojego następcy.
Zgodnie z art.18 konwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, państwo jest obowiązane powstrzymać się od działań, które udaremniłyby przedmiot i cel traktatu, gdy ów traktat podpisało – dopóki nie ujawni, że nie zamierza stać się jego stroną.
Zastrzeżenia Stanów Zjednoczonych – bez względu na to, kto sprawuje urząd prezydenta – są takie same. Jednak administracja Busha – z jednej strony instrumentalnie traktując prawo międzynarodowe (niemal zgodnie z zasadą Kalego), a z drugiej – kreśląc wizerunek świętego Jerzgo walczącego ze smokiem, nie mogła w żadnym wypadku wiązać sobie rąk.
Traktat ustanawiający Międzynarodowy Trybunał Karny dopuszcza objęcie jurysdykcją MTK obywateli państw nie będących stroną umowy pod warunkiem, że zbrodnie popełnione przez te jednostki zostały dokonane na terytorium państwa uznającego jurysdykcję MTK [zasada terytorialności].
USA postulują, że zasada ta narusza suwerenność państw w kwestiach sprawowania władzy sądowniczej. MTK stałby się de facto ponadnarodowym sądem karnym, zezwalającym sądzić i skazywać obywateli państwa, pomimo braku jego zgody na zwierzchnictwo jurysdykcyjne Trybunału.
Proces jednostki – jeśli ta działałaby z upoważnienia i w ramach realizacji polityki państwa – stałby się więc rozprawą karną nad polityką danego państwa. Tymczasem sądy międzynarodowe nie mają właściwości rozstrzygania sporów politycznych państw (a tym stałoby się właśnie rozpatrywanie przez ponadpaństwowy organ kwestii realizacji suwerennych uprawnień – polityki zagranicznej – danego państwa). Co więcej – statut MTK daje Trybunałowi dużą swobodę w kształtowaniu norm prawnych – porównywalną z Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, którym miałyby podlegać nawet państwa nie będące stronami traktatu ustanawiającego Trybunał.
O ile takie, a nie inne sformułowanie zasad działania MTK ma sens w przypadku zbrodniczych reżimów, chroniących własnych obywateli przed międzynarodowym wymiarem sprawiedliwości (odmowa ekstradycji) a do tego nie podejmujących wobec nich żadnych kroków karnych, to nie wyłącza to sporego pola do nadużyć i przemiany Trybunału w narzędzie polityczne.
Henry Kissinger na łamach „Foreign Affairs” przywołuje przykład amerykańskiej interwencji z ramienia NATO w Kosowie. Literalnie wypełniając zapisy statutu MTK, można by oskarżyć o zbrodnie przeciwko ludzkości decydentów politycznych Stanów Zjednoczonych – z najwyższymi urzędnikami państwowymi włącznie.
Sam Kissinger jest przez wielu – także przez amerykańską lewicę – oskarżany o podobne zbrodnie z czasów wojny w Wietnamie.
Rodzi się więc pytanie o kwestię końca odpowiedzialności za działania sądzone przed MTK.
Dodatkowo, Stany Zjednoczone, jako apostoł demokracji w dzisiejszym świecie, zwracają uwagę na brak demokratycznej legitymizacji jurysdykcji MTK – zwłaszcza przez państwa, nie będące stronami traktatu powołującego Trybunał – chociaż wobec ich obywateli jurysdykcja MTK może być rozciągnięta.
Jednak może się wydawać, że wnioski oponentów MTK są zbyt daleko idące – Trybunał ma bowiem sądzić jasne naruszenia prawa międzynarodowego, będącego w istocie normami ius cogens – nikt przecież nie kwestionuje, czy ludobójstwo, zbrodnie przeciwko ludzkości czy zbrodnie wojenne są w istocie rzeczy zbrodniami.
Jednak okoliczności dopuszczające jurysdykcję MTK są już niejasne i mogą budzić kontrowersje: czy np. zbrodnią wojenną jest nie używanie nowoczesnych, precyzyjnych pocisków zamiast broni starszej, powodującej większe straty w ludziach?
Czy taka zasada ma być stosowana wobec państw, które stać na zakup nowoczesnej broni, i jak ma być owa zdolność finansowa oceniana?
Stany Zjednoczone wskazują, że wystarczającym sposobem sprawowania międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości są z jednej strony – sądzenie ludzi naruszających normy międzynarodowe w ramach wewnątrzpaństwowego wymiaru sprawiedliwości, a z drugiej – ekstradycja.
Wszystkie wyżej wymienione argumenty poddające w wątpliwość słuszność sprawowania uniwersalnej jurysdykcji przez MTK, ujawniły się z niezwykłą ostrością podczas prezydentury George’a W. Busha.
Wojna z terrorem, Afganistan i Irak, Guantanamo i Abu Ghraib – to tylko hasła, za którymi kryje się głębokie i precyzyjne wykorzystywanie „czarnych dziur” w prawie międzynarodowym.
Wprowadzanie nowych – własnych - definicji do prawa międzynarodowego (np. wobec podejrzanych o terroryzm) nie jest jednak – co trzeba przyznać, dziełem jedynie administracji Busha.
Już John F. Kennedy, wprowadzając blokadę Kuby podczas kryzysu rakietowego w 1962 r. kazał użyć terminu „kwarantanna”, nie kolidującego z prawem międzynarodowym.
Decyzja George’a W. Busha o wycofaniu się z podjętego przez Billa Clintona zobowiązania była logiczną konsekwencją i jedyną możliwością realizowania takiej, a nie innej polityki. Owo wycofanie – choć wzbudziło niesmak – otworzyło – z pragmatycznego punktu widzenia – szersze możliwości działania dla rządu USA.
Jakkolwiek makiawelistycznie to zabrzmi, w polityce liczy się skuteczność. Stan Zjednoczone – świadome tego – chcąc połączyć maksymalną efektywność działań z zachowaniem dobrego obrazu w oczach światowej opinii publicznej, postąpiły tak, by realizować swoje cele z najmniejszym uszczerbkiem dla image’u.
Jednak gdy zawiódł dobór celów – jak np. uzasadnianie obalenia Saddama Husajna nieistniejącymi składami broni masowego rażenia – image’u nie mogło już nic uratować.


Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego