Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję

Dyplomata musi być gotowy na wszystko - brytyjski ambasador Ric Todd dla psz.pl

05 maj 2008
A A A

Ric Todd przyjechał do Warszawy 11 października 2007 roku, aby objąć stanowisko brytyjskiego ambasadora w Polsce. W rozmowie z Eweliną Biłdą i Filipem Topolewski opowiadał o wyzwaniach pracy w dyplomacji.

 

Panie Ambasadorze, zaczął Pan pracę w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych w bardzo młodym wieku, zaledwie 21 lat. Jak to się stało, że zaczął się Pan interesować pracą w dyplomacji?

W momencie, gdy zaczynałem pracę w ministerstwie na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że będzie to wybór na całe życie. Studiowałem historię na uniwersytecie w Oxfordzie, więc bardzo interesowałem się historią i polityką, sprawami zagranicznymi. To spowodowało, że postanowiłem ubiegać się o pracę w MSZ i ku mojemu zaskoczeniu przyjęli mnie. Co mnie bardzo ucieszyło, ponieważ zawsze chciałem pracować za granicą, a MSZ stwarzał takie możliwości.

Czy interesował się Pan jakimś regionem świata szczególnie? Do jakiego kraju chciał Pan pojechać?

Nie do końca, chociaż najbardziej interesowała mnie Europa Środkowo-Wschodnia, Związek Radziecki, Pakt Warszawski. Nie ukrywam, że liczyłem, że uda mi się pracować na placówce w którymś z krajów tego regionu, ale zamiast tego wyjechałem do Południowej Afryki. To był pierwszy raz, kiedy pracowałem za granicą.

Jak ocenia Pan pracę w RPA? Co podobało się Panu najbardziej?

RPA to bardzo duży, piękny a także wpływowy kraj. Piękny krajobraz, góry, wszystko w takiej dużej skali, to naprawdę robi wrażenie. Zupełnie inaczej niż w Europie. W czasie, w którym byłem tam na placówce, był to okres apartheidu. Czas bardzo nieprzyjemny i trudny. Moim głównym zadaniem było negocjowanie niepodległości Namibii. To co mnie poruszyło w trakcie pobytu w RPA, to fakt że jako obcokrajowiec, dyplomata i jako biały człowiek można było „unosić się na chmurze przywilejów” nad trudną rzeczywistością. Podobnie wyglądało to, gdy byłem na placówce w Czechosłowacji w późnych latach 80-tych. Można zauważyć pewną analogię - w obu krajach, zarówno w RPA, jak i w Czechosłowacji jeżeli ktoś chciał, mógł korzystać z wielu przywilejów i przymykać oczy na to, co się faktycznie działo.

Pracuje Pan w dyplomacji już 28 lat. Co w trakcie kariery było największą trudnością, największym wyzwaniem dla Pana?

Wydaje mi się, że to co jest największą trudnością, gdy ma się już rodzinę, są podróże i przeprowadzki. Z jednej strony jest to oczywiście bardzo ciekawe doświadczenie – poznawanie nowych krajów, nowych ludzi, stawianie czoła nowym wyzwaniom. Z drugiej jednak, znacznie utrudnia planowanie życia prywatnego.

Tak jak Pan wspomniał praca dyplomaty jest dużym wyzwaniem dla jego rodziny. Jest Pan ojcem trojga dzieci. Jak one znoszą zmiany miejsca zamieszkania?

Moje najstarsze dziecko studiuje już w Anglii, średnie uczy się w szkole z internatem, natomiast najmłodsze jest z nami w Polsce. I ta nasza sytuacja jest po raz kolejny potwierdzeniem na to, że w pracy dyplomaty trzeba dokonywać ważnych wyborów, które bywają trudne dla jego rodziny. Można swoje dzieci zawsze zabierać na placówki, co ma oczywiście duże korzyści, ponieważ stwarza się im możliwość zobaczenia wielu ciekawych miejsc i poznania wielu ludzi. Z drugiej jednak każda przeprowadzka wiąże się ze zmianą szkoły i przyjaciół. Za każdym razem jest więc to trudna decyzja. Gdy dzieci są jeszcze małe nie stanowi to problemu, ale jest zupełnie inaczej gdy są starsze, tak jak moje – one zadecydowały że zostaną ze swoimi znajomymi, że nie chcą się przeprowadzić do innego kraju.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której rozmawia Pan ze swoimi dziećmi na temat ich przyszłości. Czy poleciłby im Pan pracę w dyplomacji?

Nie, raczej nie. Częściowo ze względu na fakt, że jako dyplomata trudno jest prowadzić ustabilizowane życie, trudno planować życie rodzinne. Drugim bardzo ważnym argumentem jest wysokość płac. Oczywiście one same muszą podjąć tą decyzję, zadecydować co jest dla nich najważniejsze, ale pracy w dyplomacji im nie polecam.

Mimo pewnych niedogodności, jest to bardzo ciekawe zajęcie. Co zatem sprawia Panu największą satysfakcję w pracy?

Bycie dyplomatą, ambasadorem ma tą dużą zaletę, że pozwala na branie udziału w ważnych często przełomowych wydarzeniach dla kraju. To co przynosi mi największą satysfakcję, to fakt, że jestem częścią tych wielkich zmian, które zachodzą. Mam tu zwłaszcza na myśli mój pobyt jako ambasadora na Słowacji, kiedy kraj ten wchodził do NATO i Unii Europejskiej. Miałem więc swój wkład w pomoc temu krajowi. Ma to dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ doskonale pamiętam zimną wojnę, jak wyglądało życie zwykłych ludzi pod koniec lat 80-tych.

Biorąc pod uwagę pańskie bogate doświadczenia jako dyplomaty, proszę nam powiedzieć jak z pańskiej perspektywy wygląda zmiana charakteru pracy w dyplomacji?

ImageGdy zaczynałem dyplomacja wyglądała inaczej. Dyplomaci działali bardziej dyskretnie, prowadząc rozmowy z przedstawicielami władz w kraju, ministrami. Wtedy nie przywiązywano aż tak dużej uwagi do mediów, ani do debaty publicznej. Teraz sytuacja zupełnie się zmieniła. Są zupełnie inne media, obywatele mają zdecydowanie większe oczekiwania od swojego rządu w zakresie polityki zagranicznej. Pojawiło się wiele kwestii międzynarodowych np. terroryzm, masowe migracje, zmiany klimatyczne, powiększenie Unii Europejskiej, itd., które rozstrzygane są przez społeczność międzynarodową, nie tylko w rozumieniu ich przedstawicieli. Zmieniły się kontakty z mediami. Wcześniej było nie do pomyślenia, żeby ambasador kontaktował się z mediami, to było coś czego po prostu się nie robiło. Ambasadorzy mieli za zadanie prowadzenie rozmów w zaciszu gabinetów. Postrzegali wówczas media, cały ten rozgłos jako zupełne przeciwieństwo swojej pracy jako dyplomaty. Zupełnie odwrotnie niż dziś. Gdy np. chcę zainteresować jakimś tematem opinię publiczną w Polsce związanym z relacjami polsko-brytyjskimi, albo gdy chcę przekonać do czegoś Polaków, to z jednej strony wymaga to ode mnie prowadzenia rozmów z przedstawicielami kraju, z drugiej przedstawienia tych kwestii również społeczeństwu, a to z kolei najłatwiej osiągnąć komunikując się przez media.

Jeżeli miałby Pan ocenić dotychczasową pracę, to kiedy był ten najtrudniejszy moment?

W zasadzie było nawet kilka takich momentów. Zawsze interesowała mnie praca w krajach, które stanowiły pewne wyzwanie dla dyplomacji. Tak było np. w RPA, czy w Czechosłowacji. Historia, która utkwiła mi w pamięci wydarzyła się na Słowacji. Rozgrywany był wówczas mecz piłki nożnej między drużynami Anglii i Słowacji. A w tym samym czasie miały miejsce zamieszki w pobliżu stadionu. I wtedy naprawdę obawiałem się, że zakończy się to tragicznie.

Było strasznie, więc może teraz dla odmiany jakieś zabawne sytuacje, które wspomina Pan najmilej?

Jak jest się ambasadorem to należy spodziewać się wszystkiego, być gotowym na wszystko. Taka ciekawa historia przydarzyła mi się również na Słowacji, gdzie swoją drogą ludzie są bardzo mili, otwarci i czasami było bardzo trudno nie wypić za dużo śliwowicy. Pewnego dnia miałem spotkanie z burmistrzem miasta. Spotkanie było o godzinie 9 rano. Zostałem zapytany, czy nie chciałbym się czegoś napić, na co stwierdziłem że tak, licząc na kawę lub herbatę. Po chwili burmistrz miasta przyniósł jednak trzy rodzaje śliwowicy… Innym razem, gdy byłem w małej słowackiej miejscowości, zbliżała się noc. Na parkingu przed urzędem miasta występował jakiś zespół muzyczny. Lider zespołu poprosił mnie o to, żeby zatańczyć razem z nimi, i zatańczyłem.

Praca w dyplomacji utrudnia też podtrzymywanie przyjaźni. Jak pan sobie z tym radzi?

Faktycznie, podtrzymywanie kontaktów ze znajomymi jest bardzo trudne, bo oni często są w różnych krajach. Mimo to udaje mi się podtrzymywać kontakt ze znajomymi z MSZ, ale także z tymi ze studiów. Oczywiście mam też wielu znajomych dyplomatów. Zauważam jednak, że konieczny jest kontakt z ludźmi, którzy nie pracują w dyplomacji. Oni mają bardziej realistyczne podejście do życia w pewnych kwestiach. Czasem wśród ambasadorów zdarza się bowiem tak, że w związku z tym, że wiele czasu spędzają w dosyć niezwykłym otoczeniu, zaczynają uważać, że znaczą więcej niż inni.

Przebywał Pan na placówce w Czechosłowacji, na Słowacji. Proszę zatem powiedzieć, co jest tak interesującego, intrygującego dla Pana w tej części Europy?

Dwie rzeczy. Po pierwsze jest to interesujący region ze względu na to, że jest w transformacji. Wiele rzeczy zmieniło się tutaj fantastycznie w ciągu tych ostatnich 18 lat. Ta droga zmian, wpływ jaki to miało na ludzi, jest fascynująca i chyba nie do końca dostrzegana przez kraje Europy Zachodniej. Zmiany zachodzące w regionie dają możliwość brytyjskiej dyplomacji wpływać na pewne procesy. Poza tym uważam, że mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej są bardziej otwarci niż pozostałe narody kontynentu. Interesuje mnie także historia tego regionu, jego naturalne piękno, jedzenie, lasy, krajobraz. Można więc w skrócie powiedzieć, że w zasadzie każdy aspekt. Wiele fascynujących doświadczeń. Tutaj można robić rzeczy, których nie można robić gdzie indziej. Chodzi mi zwłaszcza o przyrodę, o lasy. W Wielkiej Brytanii lasy stanowią zaledwie 5 procent powierzchni kraju. Zachwyca mnie też architektura, budynki, zamki, kościoły.

A co podoba się Panu najbardziej w Warszawie?

Najbardziej zaskoczyła mnie rekonstrukcja tego miasta po zniszczeniach drugiej wojny światowej. Ale jeżeli chodzi o architekturę i budynki, to wydaje mi się, że o wiele ciekawszy jest Kraków, czy inne mniejsze miasta, jak np. Lublin. Podobnie w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Historia jest bardzo obecna w tym regionie, co też nie ukrywam bardzo mi się podoba.

A jak spędza Pan wolny czas w stolicy?

W weekendy spędzamy czas przeważnie z dziećmi zabierając je na najróżniejsze wycieczki do parków, muzeów, galerii, do Łazienek.

A gdy ma Pan czas tylko dla siebie?

Zdecydowanie spacery po lesie. Ale muszę powiedzieć, że moja praca jest dla mnie nie tylko obowiązkiem, ale przede wszystkim przyjemnością, więc możliwość poznawania nowych ludzi jest tym, co lubię robić.

Wiemy , że interesuje się Pan historią i wiemy także, że pańskim ulubionym bohaterem jest Oliver Cromwell. Dlaczego?

Studiowałem XVII- wieczną historię Wielkiej Brytanii. Najważniejszym wydarzeniem w tamtym okresie była wojna, która wynikła z konfliktu między królem a parlamentem. A Cromwell odegrał jedną z najważniejszych ról w tym okresie. Co ciekawe, do momentu gdy miał 42 lata żył jako farmer, aż pewnego dnia odniósł duże zwycięstwo jako generał. Był człowiekiem zasad. Starał się zawsze postępować tak, jak mu się wydawało, że jest słusznie.

Jest Pan w Polsce już pół roku. Jakie ma pan plany na dalszą część pobytu?

Moim zawodowym, ale również osobistym celem, jest spowodować, żeby Polska i Wielka Brytania były lepszymi partnerami w NATO i UE i żeby głosowały w ten sam sposób. Chciałbym także móc zwiedzić cały kraj.

Dziękujemy za rozmowę.