Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję

Po szczycie NATO: na wschodzie bez zmian

13 lipiec 2016
A A A

Doskonałą alegorią rezultatów dwudniowego szczytu NATO w Warszawie może być eksponowany pod Stadionem Narodowym w Warszawie bezzałogowy samolot rozpoznawczy Global Hawk – imponująca swym wyglądem maszyna w rzeczywistości najprawdopodobniej była atrapą…

Co realnie ma zmienić się po spotkaniu liderów państw Sojuszu Północnoatlantyckiego? Poza pięknie brzmiącymi deklaracjami o solidarności sojuszniczej, przywiązaniu do ideałów wolności i demokracji, itp., itd. ustalono, że na terytorium czterech krajów tzw. wschodniej flanki NATO tj. Litwy, Łotwy, Estonii i Polski będą stacjonować cztery batalionowe grupy taktyczne złożone z jednostek sił zbrojnych państw sojuszniczych (dowództwo tego zgrupowania ma znajdować się w Polsce). Ponadto, w Polsce rotacyjnie na ćwiczeniach mają pojawiać się żołnierze amerykańskiej brygady pancernej. Z kolei na południu ma powstać kolejna wielonarodowa jednostka, złożona z sił zbrojnych Bułgarii, Rumunii, a być może także Ukrainy. Z obrad Komisji NATO-Ukraina wynika zaś, że Kijów może liczyć na szerszą pomoc szkoleniową oraz w zakresie reformowania sił zbrojnych w kilkudziesięciu obszarach.

Tyle jeśli chodzi o konkrety, które według nieoficjalnych informacji i tak były trudne do wypracowania (głównie ze względu na opór Francji i Niemiec). Trudno byłoby przekonać kogokolwiek, że znaczenie faktu wysłania przez kraje NATO wspomnianych jednostek jest czymkolwiek innym, niż gestem i deklaracją polityczną – dysproporcje z siłami potencjalnego przeciwnika w regionie są zbyt duże. Czy symboliczna obecność i piękne deklaracje wystarczą dla powstrzymania agresywnej polityki Rosji?

Prawdopodobieństwo, że tak będzie jest (paradoksalnie) dość duże. Rosjanie mają świadomość rozbieżności i podziałów pomiędzy sojusznikami w NATO, jednak to nie daje im możliwości pewnego przewidywania reakcji zarówno całego Sojuszu jak i poszczególnych krajów w wypadku agresji na któregoś z członków NATO. Niepewność Moskwy dotyczy zwłaszcza możliwych działań USA i Wielkiej Brytanii, a także zdecydowanie antyrosyjsko nastawionych krajów b. Układu Warszawskiego (w tym zwłaszcza Polski i Rumunii), a Władimir Putin jest zbyt racjonalnym i doświadczonym graczem, by pozostawiać cokolwiek przypadkowi lub podejmować nadmierne ryzyko. Najlepszym świadectwem rosyjskich rozterek jest polityka informacyjna uprawiana niezmiennie od ponad dwóch lat w związku z konfliktem toczącym się na Donbasie: Moskwa przez cały ten czas robiła (i robi nadal) bardzo wiele, by oficjalnie zachować jak największy dystans od prorosyjskich separatystów z DNR/ŁNR i mimo tego, że na wielu odcinkach ponosi porażki, to faktycznie dosyć skutecznie udaje się jej oficjalnie dystansować od tej wojny, a nawet występować w roli mediatora i rozjemcy (!) w konflikcie, który przecież sama wywołała (rzecz jasna jest to możliwe głównie dlatego, że większość krajów zachodnich chętnie „kupuje” taki przekaz, byle tylko nie być zmuszonym do podejmowania jakichkolwiek poważniejszych działań). Po drugie, mało prawdopodobnym jest klasyczny konflikt zbrojny, w którym któryś z krajów wschodniej flanki NATO zostałby zalany masą rosyjskich żołnierzy i sprzętu pancernego – bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jakaś forma konfliktu o niskiej intensywności/hybrydowego, zbliżonego do tego, z jakim mamy do czynienia na wschodzie Ukrainy. Wynika to zarówno z faktu braku zdolności rosyjskiej armii do prowadzenia długich i intensywnych operacji zbrojnych (zwłaszcza poza własnym terytorium) jak i z niecelowości ponoszenia tak dużych nakładów sił i środków wobec wątpliwych korzyści politycznych czy gospodarczych.

Tylko tyle i aż tyle. Dlaczego? Powodów takiego, a nie innego podejścia poszczególnych krajów NATO do problemu należy szukać w ich stosunku do Rosji i obaw związanych z rozwojem sytuacji wewnętrznej w tym kraju,  jak również perspektyw korzyści ze współpracy biznesowej. W wielu stolicach państw zachodnich (także w Waszyngtonie) do dzisiaj do pewnego stopnia pokutuje idea prowadzenia polityki na wschodzie Europy w myśl zasady „Russia First”. I chociaż nie jest to już forma polityki realizmu znana z czasów np. Kissingera, to trudno nie zauważyć wpływu tego myślenia na decyzje polityczne poszczególnych państw, których szefowie uznają „interesy Rosji” w jej najbliższym sąsiedztwie – nawet poza (!) jej granicami. Uczciwie trzeba przyznać, ze część z tych obaw nie jest nieuzasadniona: chaos i konflikt (nawet jeśli byłby to konflikt wewnętrzny, bez polityczno-wojskowego wymiaru międzynarodowego) w państwie wielkości Rosji, wynikający z głębokiej izolacji i kryzysu ekonomiczno-społecznego, musiałby skutkować negatywnymi skutkami w postaci powstania strefy głębokiej niestabilności wewnątrz i wokół granic Federacji Rosyjskiej, a także trudnymi do przewidzenia konsekwencjami sytuacji, w której władze centralne utraciłyby zdolności do kontrolowania własnego arsenału nuklearnego. Już teraz wśród zachodnich analityków popularnym jest pogląd, że następca Władimira Putina może okazać się jeszcze trudniejszym od urzędującego prezydenta partnerem. Wszystko to sprawia, że kraje NATO stosują klasyczną metodę kija i marchewki: z jednej strony deklarują wzmocnienie sił i odstraszanie, z drugiej pozostawiają Moskwie „otwarte drzwi” dla szukania porozumienia i powrotu do współpracy na warunkach zbliżonych do tych sprzed 2007 roku. I może nawet nie byłoby w tym nic złego, gdyby obawa, że Władimir Putin zechce wykorzystać taki obrót spraw do realizacji własnych celów na obszarze tzw. „bliskiej zagranicy”, bez oglądania się na wyciągniętą rękę Brukseli i Waszyngtonu. Wiara w to, że Rosja wróci do polityki współpracy z Zachodem na ten moment wydaje się być naiwną (choć rzecz jasna teoretycznie byłby to scenariusz najbardziej pożądany).

Niestety, ofiarą polityki Waszyngtonu, Paryża i Berlina wobec Rosji poza raz kolejny będzie Europa Środkowa i Wschodnia. W pierwszej kolejności odczują to kraje „frontowe”, pozostające poza Paktem, w swoistej „szarej strefie” bezpieczeństwa z zamrożonymi konfliktami na własnym terytorium: Gruzja, na obszarze której nadal będą funkcjonować separatystyczne republiki (tak jak ma to miejsce faktycznie od 25 lat), Mołdawia z niestabilną sytuacją wewnętrzną i „kamieniem u szyi” w postaci Naddniestrza i oczywiście Ukraina z konfliktem na Donbasie, który najprawdopodobniej będzie tlić się jeszcze przez wiele lat, przynosząc kolejne ofiary i destabilizując sytuację wewnętrzną tego kraju. Najprawdopodobniej Kijów nie doczeka się także realnej pomocy wojskowej od państw, które miały gwarantować suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy (tj. od Wielkiej Brytanii i USA); całe szczęście, że wygląda na to, że Ukraina jest w stanie radzić sobie z aktualnym zagrożeniem własnymi środkami. Rzecz jasna, mimo formalnie „otwartych drzwi”, perspektywa członkostwa dla wspomnianych wyżej państw pozostanie jeszcze długo czysto fantastyczną (co ma tą dobrą stronę, że na dłuższą metę powinno pozbawić rządzących złudzeń, które, zdaje się, mają jeszcze niektórzy w Polsce i innych krajach Europy Środkowej). W „drugim rzucie” są kraje Europy Środkowej i Wschodniej, które co prawda są członkami NATO (kraje bałtyckie, Polska, Rumunia), a których sytuacja strategiczna jest i nadal pozostanie niepewną. Choć jak zostało powiedziane wyżej prawdopodobieństwo poważnego konfliktu zbrojnego w dużej skali jest niewielkie, to na wypadek jego wystąpienia (czy nawet zagrożenia konfliktem o uwarunkowaniach zbliżonych do tego na Donbasie) liczenie na jakąkolwiek poważną pomoc sojuszników może okazać się wielkim błędem, jako że zgodnie z zapisami artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, w wypadku ataku na jednego z członków, pozostali udzielą mu „takiej pomocy, jaką uznają za niezbędną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej”. Innymi słowy, w sytuacji zagrożenia, zanim NATO dojdzie do konsensusu i poszczególni przywódcy uwierzą w ewentualną agresję (niekonieczne w formie zmasowanej inwazji), może być już dawno po wszystkim. Polegać zatem warto jedynie na sobie.

NATO wygląda zatem, że po miesiącach oczekiwań na warszawskie spotkanie i dwóch dniach obrad 8 i 9 lipca, w niedzielę, 10 lipca – i w kolejnych dniach obudzimy się w tym samym świecie i w tej samej sytuacji geopolitycznej w naszej części Europy. Co więc należy robić w tej sytuacji? Jak mawia się gdzie niegdzie w Polsce i na Ukrainie: czyścić broń i zachowywać spokój.