Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Grzegorz Morawski: Niefortunna wypowiedź

Grzegorz Morawski: Niefortunna wypowiedź

09 lipiec 2006
A A A
Kilka dni temu nasz dzielny rodak, niedawny kandydat na prezydenta RP, a obecnie europoseł Maciej Giertych, na forum Parlamentu Europejskiego wyraził swoją opinię na temat rządów jednego z najdłużej panujących w XX wieku dyktatorów, Francisco Franco. Wywodzący się ze skrajnej prawicy polski reprezentant określił rządzącego Hiszpanią do 1975 roku Caudillo mianem męża stanu, jakich dzisiaj brak. Patrioty, godnie broniącego tradycyjnych wartości i walczącego w obronie kościoła katolickiego.  Problem w tym, że trudno znaleźć podręcznik do historii, który określał by Franco inaczej niż jako współpracującego z Hitlerem faszystowskiego dyktatora, winnego śmierci setek tysięcy ludzi. A że w ostatnim czasie narasta w Unii Europejskiej zaniepokojenie widocznymi w Europie nietolerancją na tle rasowym i antysemityzmem (a rezolucja przyjęta niedawno w tej sprawie przez PE wymienia Polskę z imienia), to wypowiedź Giertycha musiała wywołać w mediach żywą dyskusję. 

Trochę historii

Sytuacja polityczna Hiszpanii w połowie lat 30. była mocno napięta, kraj trwał w wyniszczającej quasi-wojnie domowej od blisko dwudziestu lat. Społeczeństwo podzielone, ponad połowa ziemi w rękach zaledwie jednego procenta ludności. Klasami najsilniejszymi pozostawały środowiska kościelne: czyli właściciele ziemscy zainteresowani utrzymaniem gospodarczej prosperity oraz wojsko, oddane myśli katolickiej i tradycjom monarchistycznym. Wielki kryzys odczuły zaś warstwy najbiedniejsze, a więc przede wszystkim robotnicy i chłopi. W podzielonej panoramie Kortezów największą siłę przebicia zyskały partie lewicowych republikanów Manuela Azany oraz faszystowska Falanga Espanola. Takie status quo przyciągnęło uwagę zarówno Hitlera, jak i Stalina. Hiszpania miała wkrótce stać się swego rodzaju poligonem doświadczalnym przed II wojną światową.

Szybko okazało się, że w wewnętrznym konflikcie na znacznie większe poparcie wśród społeczeństwa - a właściwie wpływowych jego sfer - może liczyć faszystowska Falanga. Stanęli za nią oczywiście hierarchowie kościelni, właściciele ziemscy oraz, co najważniejsze, zgromadzone w garnizonach większych miast oddziały wojska. Jednocześnie Franco, dowodzący powstaniem antyrządowym, uzyskał wsparcie od Portugalii oraz Niemiec, które wysłały do Hiszpanii siły powietrzne – legion Condor. Choć Stalin sukcesywnie wysyłał na Półwysep Iberyjski kolejne oddziały Specnazu, a radzieckie GRU usilnie starało się poszerzyć wpływy komunistów, Franco wyszedł z wojny zwycięsko.

Na tym etapie warto spróbować dokonać oceny krwawego konfliktu wewnętrznego w Hiszpanii. Nie ulega wątpliwości, że był to jeden z najbardziej tragicznych konfliktów wewnętrznych XX wieku. Należy jednak podkreślić, że żadna z walczących stron nie przebierała w środkach. Zginęło 300-400 tysięcy Hiszpanów. Z tego ponad 72 tysięce osób to ofiary egzekucji i pogromów dokonanych przez lewicę. W odwetowych działaniach nacjonalistów życie straciła niecała połowa tej liczby ofiar. Ponad 20 tysięcy uczestników walk po stronie republikanów zostało zabitych w przeciągu następnych dziesięciu lat, w wyniku represji ze strony faszystów generała Franco. Wydaje mi się, że ocena generała Franco (z jaką najczęściej mamy do czynienia), mówiąca o hitlerowskim kolaborancie przejmującym władzę dzięki pomocy III  Rzeszy, nie opisuje zjawiska zbyt precyzyjnie.

Co by było gdyby...

Na poparcie tej tezy proponuję drobny wybieg w historię alternatywną. Wyobraźmy sobie, że najbardziej pokrzywdzone warstwy społeczne Hiszpanii – więc chłopi, proletariat, zdołałyby z pomocą wojsk rządowych i (co ważne!) dzięki wsparciu ze strony ZSRR przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Wiadomo, że radzieckie GRU nie pozwoliłoby samodzielnie rządzić uratowaną przed wpływami faszystów Hiszpanią, obsadzając na najważniejszych stanowiskach kontrolowanych przez siebie działaczy, bądź zależnych i oddanych ojczyźnie socjalizmu Hiszpanów. I taki scenariusz byłby możliwy, zwłaszcza, że już obecni w walkach 1936-1939 komuniści rosyjscy silnie inwigilowali socjalistów hiszpańskich, których „wspierali w walce z faszyzmem”. Na czele nowopowstałej republiki socjalistycznej stanąłby inny Franco, nie faszystowski, lecz komunistyczny. Przez kolejne lata rozprawiłby się ze znienawidzonym klerem, a w wojsku urządziłby czystkę, likwidując faszyzujących wojskowych. Nie wydaje mi się, by statystyki dotyczące ofiar różniły się znacznie od tych znanych dzisiaj.

Pytanie, czy gdyby dzisiaj na miejscu Macieja Giertycha wypowiadałby się Marek Siwiec, przewodniczący polskich europosłów we frakcji socjalistów, złożyłby hołd takiemu socjalistycznemu „mężowi stanu”? Otóż moim zdaniem nie. Wypowiedź Giertycha była nie na miejscu nie tyle ze względu na charakter jego przekonań, które publicznie przedstawił, lecz ze względu na fakt, iż wykroczyła ona poza pewien kanon poprawności politycznej. O ile na Putina załamującego ręce nad „geopolityczną tragedią” jaką według niego był rozpad ZSRR patrzy się przez pryzmat historii jego kraju oraz (a może przede wszystkim) jego stosunku do demokracji, o tyle poseł Rzeczypospolitej Polskiej w Parlamencie Europejskim nie powinien formułować uwag takich, jak wypowiedź posła Giertycha. Zwłaszcza czyniąc to tak dogmatycznym tonem i w takich okolicznościach. Bo gdyby słowa te padły na przykład podczas wywiadu, gdyby wówczas Giertych spytany został o swój stosunek do rządów autorytarnych i przedstawił swój pogląd w sposób mniej oficjalny, wydaje mi się, że media nie potraktowałyby tak ostro wypowiedzi polskiego polityka.

Czwarta władza

Przyjrzyjmy się roli mediów w całej sprawie. Rodzima prasa i telewizja nie zwlekały z intensywnym nagłośnieniem atmosfery wokół nietrafnej wypowiedzi. Mam wrażenie, że znaczna większość komentarzy prezentowanych opinii publicznej była jednak wygłaszana przez polityków polskich niechętnych radykalnej prawicy (co zresztą nie dziwi, ponieważ chęci ku niej nie widać specjalnie nawet u współkoalicjantów LPR-u). Biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że Giertychowie nie są politykami lubianymi przez liberalne media, nie trudno dziwić się takiej prezentacji wydarzenia. Niestety, mimo, iż nie jestem zwolennikiem rządzących w Polsce partii, muszę z żalem przyznać, że polskie środki przekazu starają się przedstawić ministrów i prezydenta w możliwie najgorszym świetle. Pomijam, że politycy często sami pracują na negatywne opinie i tak należy ich oceniać. Jednak to, co wyczynia „czwarta władza” ociera się o brak szacunku do najwyższych urzędów w państwie. I mając to na uwadze trzeba przyznać, że krytyka wypowiedzi Giertycha (bezsprzecznie zasługującej na takową!) nie była merytoryczna, lecz polityczna. A więc – zamiast uświadamiania, że doszło do przekroczenia pewnych kanonów, usłyszeliśmy serię wypowiedzi przeciwników politycznych, które opinii publicznej miały zastąpić merytoryczną krytykę.

Wspomniany już Marek Siwiec stwierdził, że „jeśli dziś ktoś nawiązuje do jego (Franco –przyp. GM) chwalebnej historii, to mnie to dziwi, ale i martwi, że niebawem odniesie się też do chwalebnej historii Adolfa Hitlera, bo to już niedaleka droga.” No właśnie, czy taka niedaleka? Jeśli głosy poparcia dla merytorycznej zawartości wypowiedzi Giertycha wyrazili między innymi politycy PiS-u, to już ta okoliczność pokazuje, że przyrównywanie Franco do Hitlera może spotkać się tak z aprobatą jak i ze zdecydowanym sprzeciwem, i to różnych środowisk.

Chciałbym podkreślić, będąc świadomym konieczności blokowania wszelkich przejawów neonazizmu i ruchów głoszących ksenofobię (i obaw przed takimi ruchami), że zadaniem mediów powinna być krytyka rzetelna, a nie - w jej miejsce - przedstawianie argumentów przeciwników politycznych. Bo to już z pewnością droga do innej skrajności...