Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Stanisław Sadkiewicz: Bić talibów!


16 marzec 2009
A A A

Niewyjaśniona sprawa Nangar Khel, media czyhajace na każdy błąd, niesprawna broń, a na dodatek nowe zjednoczone ugrupowanie talibów na karku. W takiej właśnie atmosferze polscy żołnierze mają w Afganistanie przejść do "działań zaczepnych".

Od marca tego roku polscy żołnierze w Afganistanie nie będą już ograniczać się do zadań doradczo–szkoleniowych i  patroli, podała Gazeta Wyborcza w swym internetowym wydaniu w artykule o niezbyt fortunnym tytule Nasi mają bić talibów. Większy nacisk położony zostanie, pisze autor, powołując się na rozkaz szefa Sztabu Generalnego gen. Franciszka Gągora, na prowadzenie akcji zaczepnych przeciw talibom, polegających m.in. na wypadach grup zwiadowczych i desantach ze śmigłowców.

Piąta zmiana naszego kontyngentu, która rozpocznie służbę w Afganistanie w marcu, ma wprawdzie liczyć tyle samo żołnierzy, co czwarta, czyli 1,6 tys., ale zwiększono w niej liczbę stanowisk bojowych, tnąc etaty sztabowców i logistyków. W skład piątej zmiany wejdą głównie żołnierze 6. Brygady Desantowo–Szturmowej z Krakowa, w tym 18. batalion, który jak czytamy, jest elitarną, doświadczoną na wojnach jednostką, złożoną m.in. z żołnierzy z pierwszej zmiany w Afganistanie.

Bardzo pięknie, tylko że autor zapomniał wspomnieć o fakcie, że to żołnierze tego batalionu są właśnie ciągani po sądach oskarżeni o ludobójstwo, a cała armia cierpi na tzw. syndrom Nangar Khel. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądać będą owe wypady grup zwiadowczych, podchodzenie wroga i wzywanie wsparcia lotnictwa, które to elementy działań ćwiczą właśnie nasze orły na poligonie w Wędrzynie, jeśli każdy żołnierz pięć razy się zastanowi czy nacisnąć spust, w obawie czy nie dostanie za to dożywocia.

Sprawa Nangar Khel wałkowana jest w mediach na okrągło od ponad roku i wydaje się, że już nic więcej na ten temat powiedzieć się nie da. Jednak wciąż odnoszę wrażenie, że przeciętny człowiek, który ma na głowie ważniejsze sprawy niż dociekanie kto, kiedy, dlaczego i na czyj rozkaz ostrzelał afgańską wioskę nadal ma całkowicie zniekształcony obraz sytuacji. Nie chce tutaj rozsądzać o winie bądź niewinności żołnierzy – niech tym się zajmie sąd, który ma dostęp do wszystkich szczegółów, zeznań i ekspertyz. Ograniczę się do przytoczenia suchych faktów, które łatwo mogą umknąć w natłoku medialnych doniesień z sali sądowej.

Do nieszczęsnego incydentu doszło 16 sierpnia 2007 roku. Amerykański konwój jadący drogą w pobliżu Nangar Khel wpadł na minę. Co ważne ładunek eksplodował pod trzecim w kolejności Hummerem, co od razu zadaje kłam twierdzeniu, że w pobliżu nie było talibów - mina została odpalona drogą radiową (gdyby była to mina naciskowa wybuchłaby pod pierwszym pojazdem), a więc ktoś musiał obserwować drogę i w odpowiedniej chwili nacisnąć guzik. Amerykanie wezwali na pomoc Polaków z pobliskiej bazy Wazi-Kwa. Gdy ci dotarli na miejsce kolejna mina wybuchła pod Rosomakiem, na dodatek Polaków zaczęli z pobliskich wzgórz ostrzeliwać talibowie. Żołnierze odpowiedzieli ogniem, ranili i wzięli do niewoli dwóch bojowników, w tym komendanta polowego Hakima Zobiego Ullam Szaheda, pseudonim Puma, jednego z najbardziej poszukiwanych talibów w prowincji Paktika. Pojmaniem go chwalił się MON dzień po incydencie.

Po jeńców przyleciał śmigłowiec, a polscy i amerykańscy żołnierze zaczęli przygotowywać się do noclegu na miejscu, trzeba było bowiem zabezpieczyć uszkodzone pojazdy, po które miał następnego dnia przyjechać ciągnik.

Tyle fakty. Dalej zaczynają się spekulacje. Nie wiadomo, czy żołnierze strzelali do wioski z premedytacją czy zawiniły niesprawne moździerze. Nie wiadomo, kto wydał rozkaz otwarcia ognia i czy chodziło tylko o ostrzelanie pobliskich wzgórz, na których mogli ukrywać się talibowie.

Mimo, iż o całej sprawie było doskonale wiadomo od samego początku (na przykład we wrześniu w Gazecie Wyborczej ukazał się reportaż panów Sterlingowa i Wąsa pod tytułem Śmierć na Końcu Świata opisujący dokładnie incydent) to polscy żołnierze, podejrzani o zbrodnie wojenne nadal pełnili służbę, mieli dostęp do broni, jeździli na patrole, a dopiero w listopadzie, po powrocie z misji wysłano antyterrorystów z żandarmerii, by wywlekli ich o świcie z mieszkań. Tu również powstrzymam się od dywagacji, dlaczego tak się stało, by nie zaplątać się w jakąś spiskową teorię dziejów.

Po aresztowaniu żołnierzy zaczął się cyrk. Pojawiły się informacje o filmiku nakręconym ponoć komórką w ruinach zniszczonej wioski, media zaczęły prześcigać się w potępianiu lub wybielaniu żołnierzy, minister Szczygło w lutym (wcześniej o sprawie nie wiedział?) nazwał oskarżonych bandą durniów, która strzelała do cywilów. Wizję lokalną w ostrzelanej wiosce przeprowadzono klika miesięcy po wydarzeniach.

Dziennikarze wyczuwszy żyłę złota rzucili się na kolejne kompromitujące żołnierzy newsy. O tym, że oskarżeni żołnierze nazywali swój pluton Deltą (co miało być skrótem od nazwy Dynamiczny Element Likwidacji Talibów Afgańskich) bębniono jakby fakt ten przesądzał o ich winie. W którejś z gazet (niestety, nie pamiętam w której) ukazał się artykuł pod tytułem Polacy już wcześniej zabijali, w którym opisano jak to w Iraku, po odparciu nocnego ataku na patrol Polacy znaleźli w miejscu, skąd do nich strzelano ciało mężczyzny, ale bez broni – co zdaniem autora miało dowodzić, że był to niewinny cywil, który tylko przypadkiem zawędrował pomiędzy strzelających bojowników.

Kilka dni temu ogłoszono, że sąd łaskawie uwolnił oskarżonych od zarzutu zbezczeszczenia zwłok – i nie chodziło bynajmniej o zwłoki zabitych w Nangar Khel, tylko o zastrzelonych przez Amerykanów talibów, których ciała Polacy gdzieś transportowali (gdzie, po co i dlaczego – nie wiadomo).

I w tej atmosferze, z niewyjaśnioną sprawą żołnierzy Delty, z mediami czyhającymi na każdy błąd, z możliwością stanięcia przed sądem za przewożenie ciał bojowników bez należytego szacunku, z niesprawną bronią, a na dodatek z nowym zjednoczonym ugrupowaniem talibów na karku, polscy żołnierze mają przejść nagle do działań zaczepnych, do – jak podaje kmdr rezerwy Artur Bilski, specjalista od natowskich misji – tropienia przeciwnika przez niewielkie grupy wywiadowców i nasyłania na niego grup szturmowych ze śmigłowców.

Kilka lat pobytu na misjach w Iraku i w Afganistanie wiele w Wojsku Polskim zmieniło – nie zdarzają się już takie incydenty, jak ów słynny przejazd z Kuwejtu do baz w Iraku, kiedy to żołnierze wtykali w otwory strzelnicze pojazdów pomalowane na czarno kije od szczotek, bo broń podróżowała w zamkniętych kontenerach; albo jak odmowa wydania żołnierzom ciepłej bielizny na nocne warty, co uzasadniono tym, że i tak za miesiąc wracają do kraju, więc się nie opłaca. Ba, dorobiliśmy się nawet samochodów z opancerzeniem mocniejszym niż brezent honkera i własnych śmigłowców – nie trzeba już za każdym razem żebrać o nie u Amerykanów.

Proponowałbym jednak, żeby Ministerstwo Obrony Narodowej, zanim zabierze się za bicie talibów, wprowadziło jeszcze kilka zmian – na przykład jasno sformułowane prawo użycia broni, aby żołnierz wiedział kiedy i do kogo może strzelać, system obrony prawnej dla oskarżonych żołnierzy czy opiekę dla powracających z misji inwalidów, bo tych może być teraz więcej niż do tej pory. No i przydałby się też sprawny sprzęt – bo choć większość żołnierzy już dawno pogodziła się z faktem, że w buty, latarkę, a nawet kamizelkę taktyczną na misji trzeba zainwestować z własnej kieszeni, bo te przydziałowe nadają się co najwyżej do pokazówek dla publiki z okazji święta batalionu czy czegoś w tym rodzaju, to moździerza, który strzela tam gdzie się wyceluje na własny koszt sobie nie załatwią.

Bez tego wszystkiego może się okazać, że gdy wiosną znów rozpoczną się intensywne walki - to nie nasi będą bić talibów, a odwrotnie.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach portalu arabia.pl Przedruk za zgodą redakcji.