Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Mariusz Orbach: Caracas, Teheran, Waszyngton? Kto wygra tę grę?


24 marzec 2009
A A A

Zmiana polityki Waszyngtonu względem Iranu to nie tylko próba zastopowania irańskiego programu nuklearnego, lecz także walka o osłabnie stale rozwijających się relacji między Teheranem a Ameryką Południową.

Administracja prezydenta Baracka Obamy od samego początku robi wszystko by doprowadzić do pozytywnej zmiany w stosunkach z Iranem. Na szali postawiono już tarczę antyrakietową, która w teorii miała stanowić parasol ochronny przed atakami Iranu. Po to by zwiększyć swoje szanse, próbowano zaprzęgnąć w bratanie się z Iranem Rosję, zapominając jednocześnie o sierpniowej interwencji w Gruzji. Rodzi się pytanie, po co tyle starań o bomby, których na razie nie ma i program nuklearny, który jest w powijakach. Postęp prac nad wzbogaceniem uranu w roku 2008 szacowano przecież na 5 proc. całego procesu. Bardzo kosztownego procesu.

Oczywiście posiadanie Iranu za sojusznika czy chociażby państwo obojętne byłoby bezcenne z punktu widzenia amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie, w rejonie Zatoki Perskiej czy w Afganistanie. Jednak ze strategicznego punku widzenia Iran z bombą czy bez niej nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla terytorium USA. Iran stał się naprawdę groźny dla USA dopiero wtedy, gdy rozpoczął współpracę z krajami Ameryki Południowej po dojściu tam do władzy radykalnych lewicowych przywódców.

Wenezuela, Boliwia, Nikaragua czy Ekwador to kraje rządzone przez skrajnie lewicowych populistów, których do władzy, w ostatnich latach, wywindowała między innymi antyamerykańska retoryka. Nadal nie można zapominać o Kubie. Za szczególnie niebezpiecznego postrzegany w Waszyngtonie jest jednak prezydent Wenezueli Hugo Chavez. Dzięki zyskom uzyskanym z eksportu ropy wspiera Komunistyczną Partię Kuby, kwotą mniej więcej 1 miliarda dolarów rocznie. Za pomocą tańszych surowców, kredytów czy nawet gotówki Chavez wspiera także, Front Narodowy w Nikaragui, Front Narodowy Farabundo Marti w El Salvadorze czy Peronistów w Argentynie. Robi też wszystko by zdestabilizować Kolumbię poprzez wsparcie dla FARC. Chavez znany jest ze swego podziwu dla Simona Bolivara. Jego marzeniem jest wprowadzenie socjalistyczną rewolucji na miarę XXI wieku w całej Ameryce Południowej. Pod jego pieczą działają Casas de Alba (Bolivarian Alternative for America lub po prostu ALBA) oraz CCB (Coordinadoa Continental Bolivariana). Obie mają za zadania rozprzestrzenianie po kontynencie idei Chaveza. Pierwsza z nich organizuje centra wsparcia dla najbiedniejszych oraz finansuje różnego typu działaczy społecznych ale jednocześnie prowadzi pro lewicową propagandę. Tylko w Peru działa około 200 centrów Casas de Alba.

W ostatniej dekadzie stworzyła się w Ameryce Południowej konstelacja lewicowych przywódców w starym komunistycznym wydaniu. Siły lewicowe wychowane na przykładzie i za pieniądze Chaveza  mogą stanowić niebezpieczny katalizator dla niezadowolenia wobec nieudolności sił demokratycznych oraz wad wolnego rynku.

Duże zagrożenie dla stabilizacji regionu stanowi wymierne wsparcie Chaveza dla FARC. Są to przede wszystkim finansowanie działalności, szkolenia, a także udzielanie schronienia czy pomoc w tranzycie członków tej organizacji na Bliski Wschód w celach edukacyjnych. Istnieją dowody, które świadczą o tym, że członkowie FARC szkolili się Libanie. Wsparcie dla FARC może świadczyć o tym, że Chavez postrzega tę organizację jako broń w asymetrycznym konflikcie wymierzonym przeciwko USA podobnie tak jak Iran używa Hezbolllahu do ataków na Izrael. Niebezpieczne są także granice Wenezueli. Szczególnie dziurawe za rządów Chaveza. Szacuje się, że poziom przemytu, tylko narkotyków, przez Wenezuelę wzrosło z 57 ton w 2004 do 250 ton w roku 2007. Całości obrazu dopełnia zdestabilizowany, choć rządzony przez proamerykańskiego prezydenta Meksyk.

Szczególnie niebezpieczne z punktu widzenia Waszyngtonu jest otwarcie się wyżej wymienionych państw na współpracę z Iranem. Mimo diametralnie różnego spojrzenia na geopolitykę oraz zupełnie inną kulturę polityczną Iran właśnie w Ameryce Południowej szuka dróg wyrwania się z wciąż ograniczanej pozycji, jaką zajmuje na Bliskim Wschodzie.
Współpraca z Iranem to z kolei dla takich państw jak Wenezuela czy Nikaragua szansa na znalezienie rynków zbytów na swoje produkty czy wyrwanie się spod dominującej roli USA w regionie. Permanentnie zatem zwiększają się dyplomatyczne i ekonomiczne powiązania między Wenezuelą, Boliwią Nikaraguą a Iranem. Wszystkie trzy państwa podpisały z Iranem umowy o wzajemnej współpracy gospodarczej w zakresie przemysłu i rolnictwa. W 2008 roku Wenezuela i Iran ogłosiły powstanie wspólnego banku inwestycyjnego z kapitalizacją na poziomie 1.5 miliarda dolarów. Tylko Wenezuela podpisała z Iranem umowy handlowe na łączoną kwotę 20 miliardów dolarów od 2001 roku. Chavez i prezydent Iranu Ahmadineżad między rokiem 2005 a 2008 odwiedzali się wzajemnie 7 razy. Wzajemnym poparcie oba kraje obdarzają się także na arenie międzynarodowej. Oba kraje zajęły wspólne stanowisko w sprawie obniżenia wydobycia ropy przez OPEC.

Prezydent Nikaragui Daniel Ortega, który odwiedził Teheran w czerwcu 2008 roku podpisał umowy o współpracy rolnej i przemysłowej. On też aktywnie wspiera Iran na arenie międzynarodowej. W 2007 roku na forum ONZ zakwestionował prawo tejże organizacji oraz NATO jak i pozostałych organizacji międzynarodowych, do angażowania się w sprawy wewnętrzne jakiekolwiek kraju, a zwłaszcza ingerowanie w prawa Iranu do posiadania energii nuklearnej.

Z kolei we wrześniu 2005 r. Wenezuela, Kuba oraz Syria stworzyły opozycję wobec rezolucji Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) stwierdzającej pogwałcenie przez Iran międzynarodowych umów dotyczących proliferacji broni masowego rażenia.

Od marca 2007 roku na połączeniach lotniczych z Caracas do Teheranu i Damaszku nie przeprowadza się rutynowych kontroli przepływu osób i towaru.

Warto też pamiętać o tym, że islamscy terroryści penetrowali już Amerykę Południową na długo przed dojściem do władzy Hugo Chaveza czy Evo Moralesa.  W 1992 roku podłożyli oni bombę w izraelskiej ambasadzie w Buenos Aires zabijając 30 osób. Dwa lata później w ataku na Stowarzyszenie Izraelsko-Argeńskiej Współpracy zabitych zostało 85 osób.

Gdy zebrać w całość wszystkie elementy układanki kształtuje się obraz, który administracji  Waszyngtonu wydaje się szalenie niebezpieczny. Eksperci boją się, że z połączenia islamskiego ekstremizmu z lewicowym radykalizmem może powstać mieszanka bardzo wybuchowa. Tym bardziej, że wszystko to dzieje się nie jako pod bokiem USA co sprawia, że tak nienawidzący USA „Bliski Wschód” może stać się naprawdę bliski. Dlatego też można zrozumieć determinację administracji Obamy, aby Iran odstąpił od prac nad programem nuklearnym, który może prowadzić do budowy bomby atomowej. Wzmocniona współpraca między Teheranem a Ameryką Południową oraz całkowity brak kontroli nad tranzytem między Iranem a Wenezuelą może, bowiem doprowadzić do tego, że broń masowego rażenia Amerykanie będą mieli u swoich stóp. I nie będzie wtedy konieczny duży zasięg rakiet.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.