|
W poniedziałek, w stolicy Jemenu – Sanie, podano oficjalną informację, iż rząd tego kraju rozpoczął nowy eksperyment, polegający na dozbrajaniu oraz opłacaniu, co znaczniejszych plemion zamieszkujących ten kraj, w zamian za ich zobowiązanie do podjęcia walki z bojownikami Al-Kaidy. REKLAMA
Przyjęta taktyka przypomina politykę armii amerykańskiej w Iraku, która również polegała na przekonywaniu tamtejszych plemion, by zwróciły się przeciwko tamtejszej Al-Kaidzie. Jednak zamysł ten nie okazał się w pełni skuteczny, głównie poprzez zlekceważenie nieformalnych powiązań Irakijczyków, tak istotnych w społeczeństwach klanowych. Pomimo stanowienia poważnej siły w Iraku, do tego niezależnej od armii i policji, plemienne Rady Przebudzenia okazały się bardziej organizacją neutralizującą nastoje anty amerykańskie niż siłą zdeterminowaną do walki z Al-Kaidą, co i tak w warunkach irackich, było pozytywne. Zresztą w marcu 2009 r. aresztowano nawet Hadżiego Adil al-Mashhadaniego, lidera jednej z irackich Rad Przebudzenia, który stwierdził, że nie będzie juz honorował sojuszu zawartego z Amerykanami. Jak widać, zmienność i krótkotrwałość tego rodzaju układów nie pozwala na budowanie długofalowych strategii. Trzeba zauważyć, że w Jemenie jest to jeszcze trudniejszy proces, bowiem tutejsze plemiona nie mają specjalnie rozbudowanego poczucia lojalności, bardzo często zmieniając swoje sympatie i sojusze, zależnie od uzyskiwanych korzyści. Istotne jest i to, że przez liczne powiązania rodzinne, poszczególne klany niekiedy bardzo zgodnie i ściślej niż w Iraku, współpracują z bojówkami Al-Kaidy, nie zagłębiając się w specjalnie w meandry wielkiej polityki. Sytuację pogarsza fakt, że rząd centralny prezydenta Ali Abdullaha Saleha nie ma pełni kontroli nad krajem a jego władza właściwie obejmuje tylko stolicę, Sanę. Natomiast silne i stosunkowo dobrze uzbrojone plemiona kontrolują pozostałą część kraju. Saleh wprawdzie niekiedy usiłuje zawierać sojusze z niektórymi grupami i wspierać je, również finansowo, ale nawet te obłaskawione już plemiona wykazują dużą niezależność i nie są skłonne do przyjmowania poleceń z Sany. W zeszłym tygodniu odbyło się jednak kolejne spotkanie strony rządowej z przedstawicielami jednego z ważniejszych plemion jemeńskich zwanego Awalik. Ustalono, że plemię włączy się w walkę z Al-Kaidą, jak tylko jej bojówki pokażą się na ich terenach. Gotowość do podjęcia takich działań potwierdził sam gubernator prowincji Shabwa, Ali Hassan Al-Ahmadi, który jednocześnie zapewnił, zapewne zbyt pochopnie, że tereny będące pod kontrola tego plemienia są już właściwie wolne od bojowników Al-Kaidy. Gubernator zapewne miał na myśli trwającą właśnie ofensywę wojsk rządowych z udziałem prawie 1200 żołnierzy, przeciwko bojownikom Al-Kaidy, obejmującą górzyste tereny plemienne, ok. 460 km na południowy wschód od Sany. Plemię Awalik zajmujące górzysty obszar o tej samie nazwie, prezentuje dosyć dużą siłę bojową i podzielone jest na kilka oddziałów. Aby zmotywować plemiennych bojowników do efektywnego ścigania Al-Kaidy, rząd zobowiązał się do comiesięcznego wsparcia finansowego każdego z nich w wysokości 50$ oraz zaopatrzenia w amunicję. Al-Kaida jemeńska składa się natomiast z kilkuset bojowników ukrywających się w górach, które opuszcza tylko po to, by przeprowadzić zaplanowaną akcję. Ich celem są przede wszystkim rządowe siły bezpieczeństwa. Jednak równie chętnie atakują też amerykańskie i europejskie obiekty usytuowane w Sanie. W organizacji tej ukrywa się też znany terrorysta, urodzony w USA, radykalny duchowny muzułmański, Anwar Al-Awlaki. Stany Zjednoczone umieściły go na liście niebezpiecznych terrorystów, obarczając go odpowiedzialnością za zorganizowanie zamachu (na szczęście nieudanego) na amerykański samolot w święta Bożego Narodzenia oraz prowadzenie korespondencji e-mailowej z mężczyzną, który później zabił 13 osób w bazie wojskowej Fort Hood. Jednak nowa polityka Jemenu nie dla wszystkich obserwatorów poczynań rządu wydaje się skuteczna. Daje się słyszeć głosy, że stawianie na podział, przez podjudzanie poszczególnych plemion przeciwko sobie, może jeszcze bardziej zdestabilizować sytuację w kraju i wzbudzić dodatkowe konflikty międzyplemienne. Negatywnie do tych rządowo – plemiennych układów odnoszą się tez niektórzy pomniejsi liderzy plemienni, którzy nawet oskarżają władze o podejmowanie prób oszukania Amerykanów pozornymi działaniami. Jednak stawka o którą walczy rząd, jest warta podejmowania wszelkich akcji, nawet tych skazanych na porażkę. Amerykanie w tym roku wpompowali już bowiem w ten kraj 150 mln $ w ramach pomocy wojskowej, co z podobną kwotą otrzymaną w ramach pomocy humanitarnej, daje niebagatelną sumę, stanowiącą dużą zachętę, by pokazać Amerykanom, że walka z Al-Kaidą jest priorytetem rządu jemeńskiego. Tak naprawdę, chodzi tylko jednak o zachowanie zagranicznej pomocy. Oprócz sceptyków wewnątrz plemiennych, głos zabrała tez koalicja największych partii opozycyjnych Jemenu, wydając oświadczenie potępiające politykę naśladującą pomysł walki z Al-Kaidą, znany z działań irackiej Rady Przebudzenia. Według krytyków, naśladowanie eksperymentów realizowanych w innych częściach świata, przyniesie tylko zniszczenie i waśnie, co z pewnością będzie miało zgubny wpływ na następne pokolenia. Na razie jednak wszystko idzie zgodnie z oficjalnym planem. Na dodatek, aby akcja przeciwko Al-Kaidzie wyglądała poważniej, jemeńskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oświadczyło, że odwołało wszystkie wydane wcześniej pozwolenia na broń palną. Jednak oprócz miernej siły propagandowej, zarządzenie tego rodzaju nie ma praktycznie żadnego znaczenia w kraju, którego prawie 22 miliony obywateli posiada ponad 60 milionów sztuk broni palnej, w tym ciężkie karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet. Tak więc ani pozwolenia na broń ani zakaz jej posiadania, nie mają tu żadnego realnego znaczenia. Wojna pozorów, wygórowanych oczekiwań jednych i mniejszych możliwości drugich, będzie tu trwała jeszcze bardzo długo. |