Inwestea Konsultea Wschod24 Afryka24 Pe24
Maciej Konarski: Niewygodne pytania powracają Drukuj Email
( 8 głosów)




Maciej Konarski   
09.12.2006.
Z okazji najnowszego kryzysu dyplomatycznego pomiędzy Francją a Rwandą, jak bumerang powracają pytania o rolę Paryża w tragicznych wydarzeniach z 1994 roku. Problem tylko, czy rządzący Rwandą reżim jest na tyle wiarygodny by odgrywać w tej sprawie rolę Katona.
REKLAMA

Mimo upływu ponad dwunastu lat, ludobójstwo jakie miało miejsce w środkowoafrykańskiej Rwandzie wciąż budzi ogromne emocje. Nic w tym dziwnego skoro wydarzenia z 1994 roku są powszechnie uznawane za jedną z największych tragedii XX wieku. Mimo upływu czasu, nie można jej jednak traktować jako pola do wyłącznie historycznych czy filozoficznych rozważań. Z politycznego punktu widzenia sprawa ta wciąż bowiem nie jest zamknięta i wciąż rzutuje na współczesne stosunki międzynarodowe. Widać do chociażby po wydarzeniach z ostatnich tygodni, kiedy to sprzeczności co do oceny wydarzeń z 1994 roku przyniosły kryzys w stosunkach dyplomatycznych pomiędzy Francją a Rwandą, a następnie ich zerwanie.
Z tej okazji na powrót przypomniano pewne niewygodne pytania, na które do dziś nie znaleziono odpowiedzi. Pytania dotyczące roli Francji w rwandyjskim ludobójstwie i stopnia do jakiego obecni przywódcy Rwandy mają czyste ręce w całej tej sprawie.

Paryskie interesy

W 2006 roku szukanie odpowiedzialnych za ludobójstwo w Rwandzie teoretycznie mija się z celem, gdyż wydawać by się mogło, że na ten temat powiedziano już wszystko. Zbrodnię zaplanowali i przeprowadzili ekstremistyczni politycy z plemienia Hutu, od 1959 r. rządzący Rwandą. Starannie zaplanowali oni ludobójstwo i wykorzystali tajemniczą śmierć prezydenta Juvenala Habyarimany (6 kwietnia 1994 r.) jako pretekst do wymordowania blisko miliona członków mniejszościowego plemienia Tutsi oraz tych Hutu, którzy sprzeciwiali się polityce ekstremistów. Rzeź przerwała dopiero ofensywa rebeliantów Tutsi (Rwandyjski Front Patriotyczny - RPF) z sąsiedniej Ugandy. Pokonali oni oprawców, a ich przywódca Paul Kagame objął stanowisko prezydenta Rwandy. Dla ukarania sprawców ludobójstwa społeczność międzynarodowa powołała Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy, który jak dotychczas osądził i skazał dwudziestu ośmiu Hutu – organizatorów i wykonawców zbrodni.

Kwestia odpowiedzialności nie jest jednak tak prosta jak mogłaby się wydawać. Reżim Hutu niemal do samego końca posiadał bowiem potężnego zagranicznego protektora – Francję.

Mimo procesów dekolonizacyjnych w latach sześćdziesiątych Francja nigdy nie zerwała ze swoim kolonialnym dziedzictwem i nigdy nie zrezygnowała z roli jednego z głównych rozgrywających w Afryce. Do dziś jej kontakty z byłymi koloniami pozostają bardzo bliskie, co wiąże się rzecz jasna z wieloma politycznymi i gospodarczymi korzyściami. Duże wpływy w Afryce gwarantują Francji lukratywne kontrakty, bazy wojskowe w strategicznych punktach, przyjazne głosy w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ i last but not least - pozwalają jej na utrzymywanie iluzji mocarstwowości.
Jednocześnie zaangażowanie w Afryce ma w oczach Francuzów podbudowę ideologiczną w postaci idei tzw. Francophonie. Część francuskich elit wierzy głęboko, że Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego. Innymi słowy Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa – tzw. Francophonie.

Do tej wspólnoty należy też Rwanda, która choć niegdyś należała do Belgii, pozostaje krajem francuskojęzycznym. Dlatego też po wycofaniu się Belgów niejako naturalnie została włączona przez Francję do jej strefy wpływów. Jeszcze w latach siedemdziesiątych prezydent Francji Valéry Giscard d'Estaing zawarł z dyktatorem Rwandy, generałem Juvenalem Habyarimaną, tajny układ wojskowy, zobowiązujący go do obrony reżimu Hutu.

Brutalne i skorumpowane rządy Habyarimany budziły opór dyskryminowanych Tutsi oraz tych Hutu, którym nie podobały się jego totalitarne metody sprawowania władzy. W sąsiedniej Ugandzie zorganizowali oni swoją armię - Rwandyjski Front Patriotyczny (RPF), którego ofensywa w 1990 roku wstrząsnęła przegniłym reżimem Habyarimany. Armia Hutu zaczęła wówczas iść w rozsypkę, a kolumny rebeliantów zbliżały się do stolicy. Gdyby zdołali wtedy zadać reżimowi ostateczny cios do ludobójstwa najprawdopodobniej nigdy by nie doszło…

W tym momencie wmieszali się jednak Francuzi. Paryż zawsze bardzo nerwowo reagował na wszelkie zagrożenia dla krajów frankofońskich. Tymczasem prąca na Kigali armia Tutsi nie tylko zagrażała przyjaznemu Francji rządowi, lecz co gorsza była wspierana przez anglojęzyczną Ugandę, a w ten sposób pośrednio przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Przywódca RPF Paul Kagame przeszedł nawet swego czasu szkolenie wojskowe w USA. Tradycyjnie niechętna Anglosasom Francja potraktowała więc taki obrót wydarzeń jako zagrożenie swych najbardziej żywotnych interesów. Dziennikarz „Le Figaro” Patrick de Saint-Exupery twierdził później, że ówczesny prezydent François Mitterrand opętany był obsesją „rodziny franko-afrykańskiej” i walki z Anglosasami o wpływy w Afryce. Stąd też taka a nie inna ocena sytuacji przez Paryż.

W rezultacie Francuzi wysłali prezydentowi Habyarimanie swych doradców oraz duże dostawy sprzętu wojskowego. Na lotnisku w Kigali wylądowali jednocześnie francuscy spadochroniarze (oficjalnie dwie kompanie). Z twarzami wysmarowanymi na czarno, by przypominać Afrykanów, walczyli później z partyzantami Tutsi i pomogli zatrzymać ich ofensywę na stolicę. Obawiając się bezpośredniej konfrontacji z francuską potęga militarną Kagame wstrzymał ofensywę. Reżim Habyarimany był ocalony.

Nie wiedzieli czy nie chcieli wiedzieć?

Po ustaniu walk Francja zażądała od Habyarimany rozmów z RPF i przyczyniła się do podpisania porozumienia pokojowego w tanzańskiej Aruszy. Miało ono przynieść Rwandzie reformy demokratyczne i zapewnić Tutsi partycypację w sprawowaniu władzy. Pozycja Habyarimany jednak słabła, a ster w państwie zaczęli przejmować politycy z najbardziej ekstremistycznego skrzydła Hutu. Rozwścieczeni wizją utraty absolutnej dotychczas władzy rozpoczęli przygotowania do „ostatecznego rozwiązania” problemu Tutsi.

W tym samym czasie Francja nie zaprzestała wspierania reżimu Hutu. Francuscy doradcy nadal szkolili gwardię prezydencką i armię Hutu oraz dostarczali im broni. Francuzi w późniejszym czasie pomagali nawet szkolić paramilitarną milicję Hutu znaną jako Interahamwe (w wolnym przekładzie „Idący razem” lub „Walczący razem”). Jej uzbrojeni w maczety członkowie okazali się później najokrutniejszymi oprawcami Tutsi.

Francuscy doradcy obracali się w najwyższych kręgach rwandyjskiej armii i elity rządzącej i stąd posiadali znakomite możliwości oficjalnego i nieoficjalnego zbierania informacji. W samych tylko w szeregach rządowej armii pracowało wówczas czterdziestu siedmiu wysokich rangą francuskich oficerów. Trudno więc nie zapytać jak to się stało, że nie zauważyli dość słabo maskowanych przygotowań do masakry? Przygotowań takich jak sporządzanie list egzekucyjnych zawierających nazwiska wszystkich zamieszkujących Rwandę Tutsi oraz sprzyjających im Hutu. Przygotowań takich jak militaryzacja społeczeństwa i formowanie oddziałów Interahamwe, które nie nadawały się do walki z rebeliantami za to idealnie do przeprowadzania czystek etnicznych. Trudno też przypuszczać by uszła ich uwadze nienawistna, skierowana przeciwko Tutsi propaganda, sącząca się bez przerwy z eteru popularnego „Radia tysiąca wzgórz” czy łam rządowej gazety „Kangura”. „Wiedzieli, co się szykuje” nie ma wątpliwości kanadyjski generał Romeo Dallaire, który w 1994 r. dowodził kontyngentem oenzetowskich „Błękitnych Hełmów” w Rwandzie.

W maju 1994 r. gdy ludobójstwo było już  pełnym toku, francuska armia z upoważnienia ONZ rozpoczęła tzw. „Operację Turkusową” („Opération Turqoise”). Oficjalnie jej celem było utworzenie w południowo-zachodniej części kraju (ok. ¼ terytorium Rwandy) „strefy bezpieczeństwa” w celu zapewnienia bezpieczeństwa jej mieszkańcom oraz setkom tysięcy uchodźców uciekającym w kierunku Zairu.
Obok tysięcy cywilnych uchodźców w stronę francuskiej strefy posuwały się jednak również resztki rozgromionej przez partyzantów armii Hutu, Interahamwe, gwardii prezydenckiej oraz członkowie ochranianego przez Francję rządu Rwandy. Drugim, mniej oficjalnym, celem misji stało się więc ograniczenie rozmiarów klęski pobitego przez rebeliantów RPF reżimu Hutu.

To co wówczas działo się w „strefie bezpieczeństwa” do dziś pozostaje tajemnicą. Oficjalnie Francuzi rozbrajali żołnierzy i bojówkarzy Hutu oraz nie pozwalali im na mordowanie Tutsi. W Nyarushishi stworzyli nawet obóz uchodźców Tutsi, gdzie dzień i noc osłaniali ich przed bojówkarzami.
Mimo kontroli, Hutu przemycali jednak broń i - rozdrażnieni porażką - zaczęli polować na Tutsi ukrywających się we francuskiej strefie. Dla przykładu, na wzgórzach Bisesero w pobliżu Kibuye oddziały Interahamwe przez dwa tygodnie tropiły i mordowały Tutsi, gdyż ich lokalny przywódca dr Clement Kayishema przekonał Francuzów, że walczy tam z rebeliantami z RPF. W tym samym regionie francuski oficer odmówił usunięcia blokad drogowych obsadzonych przez oddziały Interahamwe, twierdząc, że są one niezbędne do obrony ludności. Rządowy rwandyjski „The New Times” podał ostatnio, że w całej strefie bezpieczeństwa Hutu wymordowali już pod bokiem Francuzów prawie 50 tysięcy Tutsi.

W ostatnim czasie pojawiły się jednak o wiele poważniejsze oskarżenia. Rząd Rwandy dysponuje jakoby zeznaniami co najmniej dwudziestu pięciu świadków, którzy widzieli jak francuscy żołnierze biernie obserwowali czy wręcz uczestniczyli w mordowaniu Tutsi. Stało się to powodem do wszczęcia oficjalnego śledztwa przez rwandyjskie władze.

Rzecz jasna do tego typu oskarżeń należy podchodzić z dużą ostrożnością, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Rwanda nie jest krajem demokratycznym. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że schronienie pod francuskim parasolem znalazły tysiące morderców - od szeregowych uczestników ludobójstwa po jego organizatorów. „Azyl dla morderców” – tak Tutsi i zagraniczni dziennikarze nazywali francuską strefę bezpieczeństwa.

Francuzi odpierają oskarżenia twierdząc, że nie mieli fizycznej możliwości by kontrolować wszystko co działo się w strefie. „Czy mieliśmy sprawdzać im papiery?” - pytał później retorycznie ówczesny francuski premier Edouard Balladur. „Ocaliliśmy setki tysięcy ludzkich istnień" - dodawał szef francuskiej dyplomacji (a obecnie premier) Dominique de Villepin, wskazując na liczne przykłady ratowania Tutsi przez francuskich żołnierzy. „To prawda” – odparowuje prezydent Rwandy Kagame – „Tyle że ratowaliście zabójców, a nie ich ofiary”. Istnieją liczne doniesienia, że CRAP (Komando Zwiadu i Akcji w Obcym Terenie), elitarny pododdział 2. Pułku Spadochronowego Legii, wywiózł z Rwandy do Zairu odpowiedzialnych za ludobójstwo członków rządu Rwandy z premierem Jeanem Kambandą na czele. Inne zeznania mówią o dostawach broni i szkoleniach, jakie resztkom armii Hutu mieli zapewniać Francuzi już w obozach dla uchodźców w Zairze. Oznaczałoby to, że Francuzi do samego końca wspierali reżim Hutu, nawet wówczas gdy jego rola w rzezi była już powszechnie znana. Prezydent Mitterrand miał wówczas stwierdzić, że „…w tego typu krajach, do ludobójstwa nie przywiązuje się aż takiego znaczenia”.

Rwandą zainteresowała się później specjalna komisja francuskiego parlamentu. W 1998 r. ustaliła ona, że Francja nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ludobójstwo z 1994 r., choć przyznano, że w latach 1990-94 Paryż udzielał wszechstronnego poparcia reżimowi Habyarimany.
W tym samym roku francuskie Ministerstwo Obrony odmówiło śledczym Międzynarodowego Trybunału Karnego dla Rwandy prawa do przesłuchiwania żołnierzy służących tam podczas operacji „Turqoise”. Paryż utajnił także dokumenty z tej akcji.

Kagame – jedyny sprawiedliwy?

Najzaciętszym oskarżycielem Francji pozostaje obecny prezydent Rwandy -  Paul Kagame. Od dłuższego czasu nie przepuszcza on żadnej okazji by potępiać ją za domniemany współudział w tragedii. Równocześnie Kagame kreuje się na rzecznika wszystkich ofiar ludobójstwa przy każdej okazji, mniej lub bardziej słusznie, ciskając gromy na najróżniejsze osoby i instytucje - od ONZ i państw Zachodu poczynając, na twórcach filmu „Hotel Rwanda” kończąc. Kagame w roli Katona brzmi jednak wyjątkowo nieprzekonująco

Od 1994 r., gdy dowodzony przezeń RFP pokonał reżim ekstremistów Hutu, Kagame niepodzielnie rządzi Rwandą. Choć zalicza się go do „afrykańskich przywódców nowego typu” pozostaje stuprocentowym dyktatorem, który bezwzględnie tępi opozycję, a nawet wszelką krytykę swej osoby, bez względu na to czy krytykującymi są politycy, szeregowi obywatele czy zagraniczni misjonarze. Jego polityka „pojednania” prowadzi z jednej strony do oficjalnego tępienia trybalizmów i promowania nowej kategorii „Rwandyjczyków”, lecz z drugiej strony Rwanda pozostaje de facto pod pełną kontrolą anglojęzycznych Tutsi – byłych członków RPF. Stąd jego polityka bardziej zamraża konflikt niż go wygasza.

Poza tym to polityczne ambicje Kagame wywołały w dużej mierze najkrwawszy konflikt na świecie po 1945 r. – wojnę domową w Zairze/Demokratycznej Republice Kongo. Rządzona przez Kagame Rwanda dwukrotnie wraz sąsiednimi Burundi i Ugandą najechała Kongo i sprowokowała w nim krwawą wojnę domową, która kosztowała życie ponad czterech milionów ludzi. Na Kagame ciąży m.in. odpowiedzialność za śmierć dwustu tysięcy rwandyjskich uchodźców z plemienia Hutu, wymordowanych we wschodnim Kongo na przełomie 1996/97 roku przez rwandyjską armię. Jego oburzenie na sprawców ludobójstwa z 1994 r. wychodzi więc na tym tle dość blado.

Najbardziej drażliwe dla Kagame pozostają jednak pytania o jego rolę w tajemniczej śmierci swego poprzednika - prezydenta Juvenala Habyarimany. Samolot, którym ten ostatni powracał (wraz z prezydentem sąsiedniego Burundi Cyprienem Ntaryamirą) z rozmów pokojowych z rebeliantami został 6 kwietnia 1994 r. zestrzelony nad lotniskiem w Kigali. Śmierć Habyarimany, stała się hasłem do rozpoczęcia rzezi Tutsi.

Do dziś nie wiadomo, kto zestrzelił prezydencki samolot. Paryski sędzia Jean – Louis Bruguière, który na prośbę rodzin zestrzelonych francuskich pilotów podjął się śledztwa, uznał, że zrobili to partyzanci RPF, a rozkaz wydał Paul Kagame. Wygnańcy Tutsi z Ugandy mieli ponoć uznać, że ponieważ stanowią mniejszość etniczną, to rozmowy pokojowe i demokracja oznaczać będą dla nich wieczne porażki. Zabijając prezydenta, chcieli sprowokować wojnę, którą wierzyli, że wygrają.

Kagame odrzuca te oskarżenia. Wskazuje, że rakiety, które trafiły prezydencki samolot, zostały wystrzelone ze wzgórza tuż przy lotnisku, a ten rejon był zamknięty i kontrolowany przez komandosów z gwardii prezydenckiej. Ich dowódca płk Bagosora był najbardziej ekstremistycznym ze wszystkich przywódców Hutu i zaciętym przeciwnikiem wszelkich ustępstw wobec Tutsi.

Gdyby jednak oskarżenia pod adresem Kagame się potwierdziły, RPF i jego przywódca nie mogliby już więcej odgrywać roli nieskazitelnych bojowników o wolność.


Przeszłość rzutuje na teraźniejszość

Francuskie poparcie dla reżimu Hutu spowodowało, że stosunki pomiędzy Paryżem a zdominowanym przez byłych rebeliantów RPF nowym rządem Rwandy zawsze układały się fatalnie. Już w 1994 r. omal nie doszło do zbrojnej konfrontacji pomiędzy francuskimi oddziałami biorącymi udział w operacji „Turqoise”, a prącymi w stronę granicy z Zairem oddziałami RPF.
Później nie było o wiele lepiej. Podczas uroczystych obchodów dziesiątej rocznicy ludobójstwa w 2004 r. prezydent Kagame oświadczył, że Francuzi są współwinni zbrodni, czym wywołał dyplomatyczny skandal. Delegacja francuska na czele z wiceministrem spraw zagranicznych Renaudem Muselierem na znak protestu wycofała się z uroczystości.
Od tej pory Kagame nie przepuszczał okazji by oskarżać Francuzów o współudział w tragedii, a Francja niezmiennie odrzucała wszelkie oskarżenia.

Do największego kryzysu we wzajemnych stosunkach doszło jednak w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Najpierw Ruandyjczycy powołali specjalny panel śledczy, który ma zbadać rolę Francji w ludobójstwie, zwłaszcza w kontekście operacji „Turqoise”. Później sędzia Jean – Louis Bruguière, który na prośbę rodzin zestrzelonych francuskich pilotów prowadzi śledztwo w sprawie zestrzelenia samolotu Habyarimany wydał międzynarodowy list gończy za dziewięcioma wysoko postawionymi współpracownikami Kagame. Samego prezydenta oskarżył o zlecenie zabójstwa swego poprzednika i oświadczył, że powinien on stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla Rwandy (wg francuskiego prawa nie mógł wydać za nim listu gończego, gdyż chroni go immunitet głowy państwa).

Rwandyjskie władze z furią zareagowały na oskarżenia Francuzów. „To bardziej polityczne gry niż proces sądowy” – tak działania sędziego Bruguière skomentował rwandyjski minister sprawiedliwości Tharcisse Karugarama. Z kolei minister spraw zagranicznych Charles Murigande uznał całą sprawę za polityczny kontratak związany ze śledztwem jakie prowadzone jest w Rwandzie w sprawie roli Francuzów podczas tragedii 1994 roku. „Oni wpadli w panikę, gdyż wiedzą że ich działania podczas ludobójstwa wyjdą na jaw przed całym światem” oświadczył. Wreszcie 24 listopada Rwanda oficjalnie zerwała stosunki dyplomatyczne z Francją, a jej władze dały francuskiemu ambasadorowi dobę na opuszczenie swego terytorium. Jednocześnie w Kigali zorganizowano potężne antyfrancuskie demonstracje. Jedyne jednak co naprawdę zdziwiło analityków w całej tej sytuacji, było to, że do zerwania stosunków doszło tak późno…

Tragedia sprzed dwunastu lat wciąż rzutuje na stosunki pomiędzy Rwandą a Francją. Prawdziwa rola jaką odgrywały wówczas Paryż i obecne władze Rwandy jeszcze długo jednak nie wyjdzie na jaw, gdyż jeśli prawda okazałaby się niewygodna, to polityczne konsekwencje mogłyby być dla zainteresowanych wręcz niewyobrażalne. Dlatego trudno oczekiwać, że śledztwa prowadzone czy to przez Francuzów czy to przez Rwandyjczyków przyniosą niekorzystne dla nich wnioski. Wątpliwości teoretycznie mógłby rozstrzygnąć Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy, lecz Francuzi i Kagame raczej nie powinni się obawiać niespodzianek z jego strony. Tego typu instytucje zazwyczaj działają według zasady „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”, więc mało prawdopodobne by Trybunał wyszedł poza „bezpieczne” ściganie morderców z plemienia Hutu. Stąd niewygodne pytania jeszcze długo będą powracać przy okazji kolejnych rocznicowych uroczystości lub kolejnych dyplomatycznych skandali.

Źródła:
Ryszard Kapuściński -  „Heban”
Wojciech Jagielski - „10 lat temu zaczęła się rzeź w Ruandzie”, Gazeta Wyborcza, 06-04-2004
Andrzej Talaga – „Cień ludobójstwa”, Nowe Państwo, 05-2004
„Der Spiegel”
„Guardian”
BBC

Drukuj Email
 
Dodaj swój komentarz do tego artykułu...
Imię (wymagane)
Komentarz
Zaloguj lub zarejestruj się aby móc dodawać komentarze.

W trakcie nieformalnego spotkania Rady Europejskiej w Brukseli (23.05) przywódcy państw UE nie znaleźli porozumienia w sprawie środków koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego w Europie.
więcej...
Unia Europejska zaskarżyła Argentynę przed Światową Organizacją Handlu (WTO), zarzucając krajowi z Ameryki Południowej stosowanie niedozwolonych ograniczeń w imporcie.
więcej...
Fala kryzysu finansowego, która w 2009 roku przelała się ze Stanów Zjednoczonych na kontynent europejski uderzyła w najsłabsze punkty gospodarek państw Unii Europejskiej, pogarszając sytuację w sektorze bankowym i/lub powodując zadłużenie finansów publicznych ponad progi...
więcej...
 AnalizySystemy polityczne  Imigracja  Cywilizacje  Konflikty  Ekologia  Terroryzm  Polityka zagraniczna  Dyplomacja  Emigracja  Separatyzm  Stosunki międzynarodowe 
 GospodarkaWaluty  Ropa naftowa  Sektor bankowy  Giełdy  Rynek pracy  Nieruchomości  Surowce  Gaz ziemny  Media  Technologie  Przemysł samochodowy 
 OrganizacjeNATO  OBWE  OPEC  ONZ  Al-Kaida  G-20  MFW  WNP  ASEAN  WTO 
 PaństwaNiemcy  Francja  Izrael  USA  Wielka Brytania  Indie  Chiny  Rosja  Irlandia  Ukraina  Turcja  Hiszpania  Brazylia  Iran  Sudan  Włochy  Afganistan  Gruzja  Informacje dla wyjeżdżających 
 Po godzinachRecenzje  Film  Wywiady  Książka 
 RegionyUnia Europejska  Bałkany  Afryka  Bliski Wschód  Daleki Wschód  Kaukaz  Azja  Darfur  Krym  Kaszmir 
 StylSavoir vivre 
 Unia EuropejskaSłownik UE  Komisja  Prezydencja  Strefa Euro  Traktat lizboński  Strefa Schengen  Partnerstwo Wschodnie  Europejska Polityka Sąsiedztwa 
Zaloguj sie
         
     
SERWIS SPECJALNY
Dyplomacja_specjalny