Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Barack sam w domu

Magdalena Górnicka: Barack sam w domu


24 grudzień 2009
A A A

Kandydowanie na prezydenta jest dużo łatwiejsze niż rzeczywiste rządzenie: to przyśpieszona lekcja politycznego dorastania, a życie w Białym Domu rzadko przypomina film familijny.
ImageNową tradycją bożonarodzeniową stało się wyświetlanie co roku przez polskie telewizje familijnej komedii o Kevinie, który został sam w domu. W tym roku warto ów film obejrzeć przez pryzmat aktualnej amerykańskiej polityki – zdziwimy się,  jak wiele analogii w nim odnajdziemy.  

Barack Obama – podobnie jak Kevin z początku filmu: stał nisko w hierarchii – był tylko młodszym senatorem [junior senator] z Illinois, któremu zachciało się być prezydentem. Rzucił wyzwanie takim gigantom politycznym, jak Hillary Clinton, Rudy Giuliani czy John McCain. I wygrał. Dzięki charyzmie, świeżości, mobilizacji wolontariuszy w internecie. Trochę także dzięki temu, że trafił na właściwy czas – choć mogło się przecież wydawać, że ów czas wcale nie jest odpowiedni. Był jednak: po ośmiu latach prezydentury George’a W.Busha, Ameryka pragnęła zmiany. Do tego przyszedł kryzys finansowy, który zachwiał wiarą w część amerykańskiego credo: wolny rynek.
Obama jednak swoją biografią – będącą przecież realizacją American Dream – uzupełnił ten naruszony element amerykańskiego dogmatu. „Nadzieję” ze swojego hasła wyborczego przeciwstawił „zwątpieniu”.
 
I w końcu tak, jak filmowy Kevin zamknięty za karę na strychu, „przypadkowo” realizuje swoje marzenie. Budzi się w wielkim domu – sam.
Bez nie lubianych krewnych: bez skażonych „waszyngtońskością” doradców rządzących z tylnego siedzenia -  i to najczęściej limuzyny należącej do lobbystów.

Obama ustalił na początku twarde zasady etyczne: żadnych „drzwi obrotowych” – niejasnych powiązań z korporacjami i grupami interesów, co –jego zdaniem – było grzechem ciężkim administracji Busha. Równie szybko Obama dopuszcza jednak „wyjątki” – mianując choćby Williama Lynna (będącego wcześniej lobbystą giganta przemysłu zbrojeniowego - korporacji Raytheon) na zastępcę sekretarza obrony.

Podobnie jak w przypadku filmowego Kevina, ustalanie standardów dla innych wydaje się łatwiejsze, niż spełnianie ich samemu.

W końcu – samo pozbycie się „starych” z domu, tak naprawdę nie ułatwia sprawy. Okazuje się, że rządzenie (czy w świątecznej komedii: po prostu „dorosłe” życie) jest o wiele trudniejsze, niż wcześniej się wydawało. Przede wszystkim: trzeba polegać na sobie. Lub – bardziej brutalnie – radzić sobie samemu, samemu też ponosić konsekwencje.
 
Amerykański ustrój polityczny daje prezydentowi eksponowane stanowisko, szeroki zakres obowiązków i szerokie uprawnienia. Eksponując siłę stanowiska, nie zapewnia mu ochrony przed atakiem – ba, więcej – wystawia na ciosy: i to przyjmowane nie tylko za samego siebie.
Chętnych ich zadawania jest za to wielu: nie tylko w partii opozycyjnej w Kongresie, ale także wśród polityków własnego ugrupowania. Poza tym – media, wojsko, grupy interesów, poszczególne zagraniczne rządy.

Nawet takiego prezydenta, jak Obama – cieszący się nadzwyczajnymi przywilejami i sympatią mediów i społeczeństwa – w dłuższej perspektywie nie usprawiedliwia ani młody wiek, ani brak doświadczenia w waszyngtońskiej polityce. Kevina także młody wiek nie chronił przed próbami włamania ze strony szajki rabusiów.

Zarówno filmowy Kevin, jak i prezydent Obama, szybko pojęli ważną prawdę: aby być skutecznym, trzeba użyć przeciwko przeciwnikom ich własnej broni. Barack Obama musiał porzucić idealistyczne przekonanie o możliwości nieskalania się niezbyt przejrzystym sposobem waszyngtońskiego sposobu uprawiania polityki.  Więcej – musiał się jeszcze sprytniej nią posługiwać.
 
Fortele bywały mniej bądź bardziej udane. Zasadniczo jednak – skuteczne. W walce politycznej w dobie mediów całodobowych i globalnej  sieci, liczy się także widowiskowość: zmarnowane okazje będą się mścić.  Nie ma wielu dziedzin, które nie nadawałyby się do podkreślenia swoich racji. Kevin w filmie walczył ze złodziejami banalnym żelazkiem i infantylnymi resorakami. Obama – eksploatując swoją biografię w „przemówieniach programowych”: czy to w Kairze, czy w Ghanie, czy w Kongresie Stanów Zjednoczonych, czy w końcu – w przemówieniu do dzieci z okazji rozpoczęcia roku szkolnego.

Jest jeszcze jedna ważna paralela między prezydenturą Obamy a przygodami Kevina: wsparcie ze strony outsiderów – tych nieco zapomnianych i zepchniętych na margines. Bohater Chrisa Columbusa ma za pomocnika starego Marleya, którego boją się wszystkie dzieci z sąsiedztwa (sam Kevin, na początku, również). Obama natomiast sięgnął po osobę, którą osobiście zepchnął na polityczny margines – Hillary Clinton, zaskakując tym samym wszystkich tych, którzy ewakuowali się z tonącego Titanica obozu Clinton na rzecz nabierającego rozpędu jachtu Obamy.
 
Jak przekonują się obaj nasi bohaterowie – pomoc kogoś, kogo uważali do tej pory za zagrożenie, jest nieoceniona – oprócz sprawnego działania – przez które niedawny outsider chce zamanifestować słuszność powrotu na główną arenę wydarzeń, budowana między takim duetem polityczna więź jest często silniejsza niż między dwojgiem pozapolitycznych przyjaciół działających wspólnie w polityce.
Związane jest to z transakcyjnością takiej relacji: na tyle zrównoważoną i silnie zależną od obu stron, że w pewnym momencie, przestającą opierać się li tylko na kalkulacji. Sukces jednej osoby zależny jest od sukcesu drugiej, a porażka – przyniesie negatywne konsekwencje dla obu.

„Kevin sam  w domu” kończy się happy endem. Rodzice powracają, a Kevin może znowu być dzieckiem, choć zdecydowanie mądrzejszym.
Do Białego Domu „rodzice” też powrócili – i to dużo szybciej: Obama sięgnął bowiem po zaprawionych w waszyngtońskich bojach dawnych członków administracji Clintona. Ale Barack Obama nie może być „dzieckiem” – jest prezydentem. Nie ma powrotu do Obamy-sentora, nie ma powrotu do Obamy – kandydata.
 
Ostatnie wydarzenia, jak decyzja o wysłaniu dodatkowych 30 tys. żołnierzy do Afganistanu czy daleka od idealistycznych wizji z czasów kampanii, wizja wojny sprawiedliwej, przedstawiona w Oslo, tylko potwierdzają pogodzenie się prezydenta z tym, że nie ma powrotu do czasów kampanii. Nie będzie go już nigdy: teraz to Obama jest panem domu,i musi zaprowadzić w nim własne porządki. Nagroda Nobla to swego rodzaju potwierdzenie „sukcesu kasowego” Obamy – prezydenta. Tak, jak ogromny sukces „Kevina samego w domu” sprawił, że została nakręcona druga część – rozgrywająca się w Nowym Jorku, tak w przypadku prezydentury Baracka Obamy, o tym, czy będzie sequel, zadecydują sami wyborcy.
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.