Z cyklu Bliski Wschód: Jordania z twoich marzeń
Jordania zaistniała na turystycznej mapie świata całkiem niedawno, szybko jednak odniosła na tym polu sukces, potrafiąc pokazać się z jak najlepszej strony. Kraj prezentował turystom w zachodniej telewizji sam król Abdullah II, jeżdżąc z dziennikarzem na Harley’u Davidsonie i pilotując swój ulubiony śmigłowiec, a jego flagowa atrakcja – Petra – została uznana w nowym zestawieniu za jeden z 7 cudów świata.
Trasa ta ma tyle wersji, ilu jest turystów, bowiem szukając oszczędności znaleźć można przeróżne połączenia, często zaczynające się od taniego lotu „gdzieś w tym kierunku”, na przykład do Bułgarii, lub przez Kijów do Turcji; W porównaniu z w pełni lotniczą drogą do Ammanu, oszczędza się co najmniej 500zł, płacąc za to – jak to zwykle bywa – tym, czego studenci mają więcej niż pieniędzy, czyli własnym czasem. Samą granicę syryjsko – jordańską przekroczyliśmy taksówką z dworca w Damaszku, która jest stosunkowo tania, bowiem czeka zawsze na komplet pasażerów, a ponadto kierowca rozdaje każdemu wolnocłowy tytoń do przewiezienia przez granicę, w maksymalnej dopuszczalnej ilości. Tytoń ten, w naszym przypadku papierosy Davidoff, sprzedawany jest zaraz po przekroczeniu wszystkich kontroli w jakimś zaprzyjaźnionym sklepiku, dzięki czemu kierowca zarabia dodatkowo kilkanaście dolarów.
Choć ceny w Jordanii szybko rosną i już są wyższe niż w Egipcie, nadal jest tu miejsce dla oszczędnego turysty, który nie boi się zetknięcia z miejscowymi ludźmi. Amman, choć sam w sobie nie oferuje zbyt wiele, stanowi najlepszą bazę wypadową do atrakcji północnej połowy kraju, a dla wielu jest również oknem na świat, dzięki dużemu lotnisku imienia królowej. W tym zamieszkanym przez ponad połowę jordańskiej ludności mieście bez problemu można znaleźć nocleg w dwuosobowym pokoju w każdej cenie. Zaczynając od noclegów za kilkanaście złotych w zdezelowanych pokojach przypominających opuszczone domy Prypeci (miasta opuszczonego po wybuchu w Czarnobylu), wśród których jest spore prawdopodobieństwo nawiązania bliższych stosunków z kilkoma karaluchami, do noclegów za 400zł w którymś z siedmiu pięciogwiazdkowych hoteli. My postanowiliśmy wykosztować się całe 21zł/os za komfort mieszkania bez robactwa, za to z łazienką, ciepławą lodówką i telewizorem z jedyną słuszną stacją w niemal całej Jordanii – MBC Action, która była też jedyną anglojęzyczną, obok międzynoarodowej wersji Al-Jazeery. Hotel miał atrakcyjne ceny znów dzięki dodatkowym wpływom – wieczorem przychodziły do niego w niedwuznacznych celach pary podstarzałych mężczyzn i wymalowanych kobiet, ale miły właściciel zawsze udostępniał im pokoje odległe od naszego.
Mimo, że Amman nie może pochwalić się zbyt wieloma atrakcjami, spacer po nim jest konieczny, by poznać tutejszych ludzi i zobaczyć kraj takim, jakim on jest, a nie jakim tworzy się go dla turystów. Wyróżniające się są szczególnie dwie dzielnice na zachodzie Al Shmaysani i Zahran, czyli odpowiednio dzielnica finansowa i willowa, narosła wokół tzw. Ulicy milionerów, zabudowanej pięknymi, orientalnymi rezydencjami. W dzielnicy Abdali z daleka widoczny jest olbrzymi plac budowy, którego las żurawi chyba musi skojarzyć się z Dubajem – budowany jest wielki biznesowy kompleks z trzeba drapaczami chmur – pierwszymi w kraju. Następnie skierowaliśmy się w okolice Rainbow Street, których ciche alejki ocieniają domy wielu ważnych w historii kraju osobistości, na czele z domem obecnego króla – ponieważ nie był on następcą tronu, nim niekonstytucyjnie sięgnął po koronę, mieszkał tu jak zwykły człowiek. Dziś spogląda zaś na turystów z portretów wiszących we wszystkich sklepach, hotelach i samochodach – niby nie trzeba go wieszać, ale jakoś dziwnie wszyscy się na to zdecydowali. Spacer ten zakończyliśmy obejrzeniem jedynych starożytnych zabytków miasta, czyli okazałego rzymskiego amfiteatru i wzgórza zwanego cytadelą, z którego rozciąga się piękna panorama pofałdowanej metropolii.
W północnej części kraju turystów jest niewielu za wyjątkiem Dżaraszu – wspaniałych, hellenistycznych ruin, nazywanych czasami „Pompejami wschodu”. Choć określenie to jest trochę na wyrost, Dżarasz ma dużo do zaoferowania turystom, urozmaicając wizytę pokazami musztry żołnierzy rzymskich, walkami gladiatorów i wyścigami rydwanów na dużym hipodromie.
Kolejnego dnia odwiedziliśmy miasto Az Zarka, strony rodzinne słynnego terrorysty Zarkawiego (Zarkawi znaczy „pochodzący z Zarki”), a z niego bagna Al Azrak. Bagna te są ewenementem, bowiem pośród pustynnego krajobrazu tutaj wydobywała się woda z podziemnych rzek płynących aż z Syrii, tworząc rozlewisko przypominające rodzime okolice Wkry lub Bugu.
Innym miejscem wartym zwiedzenia jest Betania Zajordańska – miejsce chrztu Jezusa Chrystusa. Znajduje się ona w najbardziej zielonej części kraju, czyli dolinie rzeki Jordan, która jest jednocześnie granicą z Izraelem i stanowi element tras pielgrzymkowych po ziemi świętej. Dziś rzeka jest bagnistym, brudnym strumieniem, ponieważ jej wody są eksploatowane do granic możliwości przez oba kraje. Miejsce to jest jednak dla chrześcijan wyjątkowe, warte rozważenia są hotelowe oferty zorganizowanych wycieczek objazdowych do Betanii, Madaby i góry Nebo, z której Mojżesz ujrzał ziemię obiecaną, pozwala to bowiem zaoszczędzić mnóstwo czasu.
My tymczasem ruszyliśmy samodzielnie do wspomnianej Madaby, małego miasteczka z kościołem św. Jerzego. Miasteczko jest zapylone i prowincjonalne, lecz z racji kościoła jedna z jego dzielnic została ładnie odrestaurowana i zamieniła się w prowincjonalne zagłębie turystyczne z pamiątkami i restauracjami. Świątynia zaś przyciąga swoimi słynnymi mozaikami, na czele z olbrzymią mozaiką na podłodze, przedstawiającą mapę ziemi świętej z VI wieku. Jest to ponoć najstarsza zachowana mapa tych ziem i choć spore jej fragmenty nie zachowały się, najważniejsza część, z centralnie umiejscowioną Jerozolimą prezentuje się doskonale.
Obowiązkowym punktem odwiedzin jest oczywiście Morze Martwe, do którego ruszyć najlepiej z Ammanu lub Madaby taksówką, ponieważ łatwiej dostępne plaże są płatne i zatłoczone. Taksówkarze znają zaś dziksze plaże przy wpadających do morza słodkich strumykach, po kąpieli koniecznie trzeba się bowiem obmyć z soli. Wizyta nad tym akwenem ma w sobie smutną nutę, ponieważ pozbawione głównego źródła – wód rzeki Jordan, Morze Martwe szybko znika i według badaczy za 50 lat przestanie istnieć. Zaradzić temu ma budowa wspólnego, izraelsko – jordańsko – europejskiego rurociągu, transportującego wodę z Morza Czerwonego. Budowa ta ma ruszyć w roku 2010 i choć w teorii wszystko jest proste, woda będzie spływać nim sama do najniższego miejsca na Ziemi, w praktyce konstrukcja pochłonąć ma olbrzymie pieniądze, czas więc pokaże co z tego będzie. Cała ta sprawa dodaje być może jeszcze atrakcyjności kąpieli, kto wie, może to ostatnia okazja?
Ponieważ był piątek, dzień wolny od pracy, najpopularniejsza bezpłatna plaża była przeludniona i zatrzymaliśmy się na innej, wskazanej przez taksówkarza. Kąpiel dozwolona jest w teorii wszędzie, warto jednak pamiętać o fakcie, że akwen jest też granicą państwa, na jego brzegu stoją więc co jakiś czas budki z żołnierzami. Wreszcie wbiegliśmy do wody i niewiele spowolnił nas w biegu moment, gdy straciliśmy pod stopami dno – wyporność jest tak silna, że można w wodzie stać na baczność. Natychmiast dowiedzieliśmy się też o wszystkich, niewidocznych nawet skaleczeniach, które zaczęły nas piec, tak samo jak wszystkie golone miejsca, a więc w moim przypadku – pół twarzy (polecamy więc nie golić się przed kąpielą;) ).
Dzięki uprzejmości poznanych w autobusie studentek, której to znajomości katalizatorem było trzygodzinne oczekiwanie, aż pojazd się zapełni, odwiedziliśmy położony na pustyni, drugi największy uniwersytet w Jordanii – Mu’tah University.
Na koniec pobytu w Jordanii udaliśmy się na czerwoną pustynię Wadi Rum. Druga najbardziej znana atrakcja w kraju również jest miejscem czysto turystycznym, co zupełnie jednak nie odbiera jej uroku. W ciągu pięciu godzin wynajęty jeep zawiózł nas na czerwone wydmy, do kanionu ze starożytnymi naściennymi inskrypcjami i domu Lawrence’a, po czym trafiliśmy do wioski beduińskiej, w której spędziliśmy noc. Choć wrażenie psuła grająca do pierwszej w nocy muzyka, wystarczyło odejść od obozu, by zostać porażonym pięknem pustyni nocą. Na niebie widniała droga mleczna tak potężna, że aż niepokojąca, gwiazdy spadały jedna za drugą, zostawiając za sobą pomarańczowe wstęgi, a w uszach piszczała cisza.. Jednocześnie było ciepło, a drobny jak mąka piasek zapraszał, by się na nim położyć. Po nocy spędzonej na pustyni zrozumieliśmy ludzi, którzy wiążą z nią całe swoje życie, bo rzeczywiście można się w niej zakochać.
To był „uroczysty” koniec naszej wyprawy do Jordanii, po której w Polsce dostaliśmy kataru i gęsiej skórki przy 25 stopniach. W tym bliskowschodnim królestwie każdy znajdzie coś dla siebie – starożytne ruiny na czele z cudowną Petrą, orientalny klimat wąskich uliczek w Ammanie, cuda natury jak Morze Martwe i Wadi Rum, a także trochę aktywnego wypoczynku, wspinając się na zbocza Wadi Rum, oraz pływając wśród raf koralowych. Czy trzeba jeszcze coś dodawać, by zachęcić do podróży w te strony?


Nie taka Białoruś straszna