Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Na Północy bez zmian

Na Północy bez zmian


10 czerwiec 2009
A A A

            Korea Północna znów przykuła uwagę świata. Kilka prób rakietowych, jeden wybuch atomowy i ponownie media na całym świecie rozdmuchują problem tego kraju. I o to reżimowi chodziło. Korea Północna działa na takiej samej zasadzie jak terroryści - poprzez spektakularne akcje przyciągnąć uwagę opinii publicznej i zasiać strach. Koszt takiego działania jest relatywnie niski, a efektywność - zadziwiająca.

            Reżim potrzebuje międzynarodowej pomocy. Mógłby wdawać się w żmudne dyplomatyczne negocjacje, podczas których darczyńcy naciskaliby na przejrzystość dystrybucji pomocy lub też wpuszczenie obserwatorów. Jednak ryzyko dla reżimu byłoby zbyt wielkie. Wszelkie szczeliny w izolowaniu własnego społeczeństwa muszą być skrupulatnie kontrolowane, by nie za wiele szkodliwych idei przedostało się do umysłów poddanych. Dlatego też od wielu lat Phenian stosuje metodę wyłudzania pomocy poprzez eskalację strachu.

            Sytuacja gospodarcza w Korei Północnej jest fatalna już od lat. Komunistyczna gospodarka jest niewydolna sama w sobie, a w połączeniu z klęskami żywiołowymi, zacofaniem technologicznym i izolacją międzynarodową, nie ma najmniejszych szans na zaspokojenie potrzeb kraju. Brakuje wszystkiego - od ryżu, który jest podstawą wyżywienia, po energię elektryczną i paliwa, którego nieliczne zasoby i tak są marnowane w przemyśle zbrojeniowym.

           Ekonomii tego kraju potrzebny jest zastrzyk nowej energii. Z jednej strony próbuje się nieśmiało przeprowadzać pewne reformy, jak na przykład stworzenie wydzielonej strefy dla inwestorów zagranicznych albo dopuszczenie do prywatnego handlu detalicznego, z drugiej jednak ekipa rządząca za wszelką cenę chce utrzymać pełną kontrolę nad krajem. To powód, dla którego KRLD nie poszła drogą chińskich reform. Dla Kimów były i są one zbyt ryzykowne. Rewolucje wybuchają nie wtedy, gdy sytuacja jest tragiczna, lecz wtedy, gdy społeczeństwa uświadamiają sobie, że wcale nie musi tak być. Jedyną drogą, by pogodzić te sprzeczne dążenia jest zasilanie gospodarki z zewnątrz. Jednak po upadku ZSRR żaden kraj nie był w stanie (albo też nie chciał) dotować Północnej Korei. Wraz z upadkiem gospodarczym tempo prac nad bronią masowego rażenia wzrosło (poza tym w celu zdobycia dewiz reżim handlował bronią, narkotykami, fałszował dolary i wynajmował swoich obywateli do pracy w innych krajach).

            Część światowych elit dała się zastraszyć. Gdy w 1994 roku w wyniku suszy na Północy zapanował przerażający głód, doszło do kryzysu nuklearnego. Pomimo różnych porozumień stan napięcia trwał do 1997 roku, kiedy to nowy południowokoreański prezydent Kim Dae-jung proklamował słoneczną politykę. Polegała ona na strategii ustępstw wobec Phenianu, przejawiającej się m.in. na wysyłaniu ogromnej pomocy humanitarnej. W ten sposób Kim Dzong-il przetrwał za pieniądze swojego wroga. Na wszelki wypadek reżim kontynuował zbrojenia, choć w tym okresie eksponował chęć pojednania. Gesty sięgały zenitu w roku 2000, gdy doszło do historycznego szczytu obu przywódców. Hyundai rozpoczął wtedy budowę zakładów na Północy, w jeszcze większym stopniu przyczyniając się do ekonomicznego wzmocnienia reżimu.

            Rok później sytuacja znów uległa zmianie. Dojście do władzy George'a W. Busha w USA i zamach 11.IX doprowadziły najpierw do zaostrzenia kursu wobec Phenianiu, a potem do spadku zainteresowania świata kwestia koreańską. W odpowiedzi Północ przyznała się do tajnego programu atomowego, co tylko nasiliło południowokoreańskie zabiegi o spokój w zamian za pomoc ekonomiczną. Jednak wydawało się, że świat zapomniał o półwyspie, spoglądając głównie na Afganistan i Irak. Kim Dzong-il zagrał ryzykownie - w 2006 roku doszło do pierwszego testu nuklearnego, i... wydawało się, że przegrał. Seul wstrzymał pomoc. Jednak rządy na południu nie wykazały determinacji i stan taki trwał do następnego roku. W międzyczasie tysiące tanich robotników na Północy pracuje dla południowokoreańskich koncernów, a rząd seulski sprzeciwia się zaostrzeniu linii wobec groźnego sąsiada.

            Po co więc tegoroczna prowokacja? Być może, by wyłudzić konkretną pomoc od administracji Obamy, by zwrócić ponownie oczy świata na siebie w czasie, gdy zapaść gospodarcza na świecie może zmniejszyć strumień wsparcia dla Phenianiu, by podkreślić niezależność od Chin (pierwszy raz w takim stopniu Pekin nie ma ochoty bronić na forum międzynarodowym Kima) lub zniechęcić do jakichkolwiek rozważań na temat zaostrzania kursu. Potencjalnych korzyści jest sporo, a ryzyko tak naprawdę nikłe. Nikomu nie zależy na upadku reżimu. Gdyby wstrzymano wszelką pomoc, doszłoby do chaosu. W najgorszym przypadku KRLD skończyłaby jak Somalia - kraj pogrążony w nieustannym konflikcie wewnętrznym, bez uznawanej w społeczeństwie władzy centralnej. Dla utrzymania rozwoju sąsiedzi Korei potrzebują spokoju, dlatego wolą przekupić dyktatora niż ryzykować nieznane.