Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Bogdan Pliszka: Matki zbrodniarki, wyrodne matki


21 styczeń 2010
A A A

Kiedy rozpadł się Związek Sowiecki, Rosja liczyła 149,5 miliona mieszkańców, dziś to samo państwo liczy ok. 140 milionów mieszkańców. Udział procentowy Rosjan w populacji, spadł w tym czasie z 81,5 do ok. 80 proc.

Matki zbrodniarki, wyrodne matki...śpiewał w utworze „Prawo do życia, czyli kochanej mamusi”, punkrockowy zespół Prowokacja. Tekst odnosił się do Polski lat '80, w której z obrońców prawa do życia dla nienarodzonych przy każdej okazji drwił min. Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu. Dla współczesnych „punków”, noszących Che Guevarę na koszulkach i świętujących 1 maja wraz z lewackimi grupkami godnymi zainteresowania dla antropologów polityki jest to oczywiście niepojęte, że ruch punk mógł głosić hasła zbieżne z poglądami Kościoła katolickiego, zaś dla wielu samozwańczych obrońców „Tradycji Katolickiej”, taki sojusznik jest gorszy od ówczesnego szefa ministra Urbana, premiera Jaruzelskiego. Od tego czasu przez Polskę wielokrotnie przetoczyła się dyskusja na temat dopuszczalności aborcji, a nawet samego charakteru „zabiegu”. Zarówno jednak na zachód, jak i na wschód od Polski problem ten zdaje się nie istnieć. Zachód, wyrokami Trybunału w Strasburgu, uznał aborcję za „podstawowe prawo człowieka”, Wschód, nigdy nie postawił sobie pytania, o rzeczywisty charakter aborcji.

Kiedy rozpadł się Związek Sowiecki, Rosja liczyła 149,5 miliona mieszkańców (1992), dziś to samo państwo liczy ok. 140 milionów mieszkańców. Udział procentowy Rosjan w populacji, spadł w tym czasie z 81,5% (1989) do ok. 80% (2009). Co istotne, spadek liczby obywateli nastąpił pomimo tego, że od czasów rozpadu ZSSR do Rosji imigrowało sporo Rosjan zamieszkujących wcześniej nierosyjskie republiki sowieckie. Przede wszystkim dotyczy to republik Azji Środkowej, w których sytuacja polityczna, cały czas daleka jest od stabilnej, a sytuacja społeczna stała się dla Rosjan wyjątkowo mało komfortowa: po latach – rzeczywistych lub domniemanych – upokorzeń ze strony Rosjan, Uzbecy, Kirgizi czy Tadżycy przy każdej okazji starają się obrzydzić dawnym „kolonialistom”, życie w swoich państwach.

Co więcej, pragnąc spacyfikować pojawiające się tam ruchy islamskie, rządzący często przejmują ich antyrosyjską retorykę, nie bacząc na fakt, że przez wiele lat oni sami, lub ich rodziny, pozostawali beneficjentami „rosyjskiego kolonializmu”. Oczywiście brak wolnych mediów sprzyja takiej postawie i nie grozi postawieniem niewygodnych pytań przez dociekliwych dziennikarzy. Istotny jest również fakt, że pomimo emigracji Rosjan z tych państw, wszystkie one – z wyjątkiem Kazachstanu -  mają dodatni przyrost naturalny. W Kazachstanie jednak od 1992 roku, udział Rosjan w tamtejszej populacji zmniejszył się z ok. 38% do ok. 25,5%! Na pytanie o spadek przyrostu naturalnego w Rosji (ale i w innych nieislamskich państwach post-sowieckich!), trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje się, że ma na to wpływ cała gama czynników, z których wiele pojawiło się nawet przed „rewolucją” październikową.

Można zacząć tę – cokolwiek skrótową – analizę, od roli Cerkwi prawosławnej w społeczeństwie rosyjskim. Kościół katolicki zawsze stanowił w Polsce pewną forpocztę sprzeciwu. Sprzyjały temu zabory, gdzie katolicyzm niemal zrósł się z polskością, chociażby dlatego, że zarówno Prusy (a później Niemcy), jak i Rosja, były państwami nie tylko niekatolickimi, ale często wręcz katolicyzmowi, wrogimi. Zaś w Austrii, zarówno państwo jak i Kościół katolicki nie przejawiały zapędów germanizacyjnych. W przywołanej już Rosji, Cerkiew straciła swą autonomię wobec państwa w czasach Piotra Wielkiego (w 1721 roku funkcja patriarchy została zawieszona, a najwyższą władzą Kościoła stał się Święty Synod Zarządzający), by odzyskać ją – na krótko – w 1917 roku. Przez ten jednak czas traktowana była często jako „religijne ramię państwa”. Nie powinno więc dziwić, że „nauczanie moralne”, Cerkwi prawosławnej nie znajdowało takiego oddźwięku wśród Rosjan, jak nauczanie Kościoła katolickiego wśród Polaków. Co więcej już w XIX wieku dało się zauważyć wyraźny kryzys prawosławia; rosyjskie elity umysłowe coraz częściej spoglądały w kierunku katolicyzmu (Sołowiow), by w 1905 roku stworzyć Kościół katolicki  obrządku bizantyjsko – rosyjskiego, który mimo prześladowań ze strony caratu, a później władz sowieckich, nie bez trudności działa do dziś. Zaś „lud”, chętnie nadstawiał ucha „prorokom”, przeróżnych prawosławnych herezji, z których bodaj największą byli chłyści. Ich szczególna „etyka seksualna”, uznająca grzeszność pożycia małżeńskiego(sic!) i zachęcająca do seksu pozamałżeńskiego z wieloma partnerami, zapewne miała spore znaczenie dla rozwoju sekty.

Co więcej, chłyści dzieci poczęte w małżeństwie uważali za „pomiot szatana”. Jednak nawet dzieci poczęte podczas „świętych orgii” nie mogły być pewne własnych narodzin, gdyż i w tych przypadkach często dochodziło do usunięcia ciąży. Zapewne najsłynniejszym z chłystów był Grigorij Jefimowicz Rasputin, który dzięki „obrzędom” sprawowanym w towarzystwie dworskiej elity Petersburga nie tylko został „uzdrowicielem” carewicza, ale i doradcą samego cara!
Pomimo heroicznej, nierzadko postawy duchowieństwa prawosławnego w Związku Sowieckim, na porządku dziennym były też zgoła inne zachowania, czyli po prostu kolaboracja z władzą sowiecką, uosabianą w tym wypadku przez służby specjalne. Co więcej, te ostatnie nie tylko nie były konsekwentne w prześladowaniu duchownych, ale wręcz prowadziły aktywną politykę religijną.

Nie przypadkiem spora część – szczególnie hierarchów – była już nawet nie agentami, ale wręcz oficerami (a nawet generałami!) KGB. Mimo, iż ocena KGB w społeczeństwie rosyjskim jest zdecydowanie bardziej pozytywna niż ocena UB/SB w Polsce, to jednak trudno spodziewać się, by Rosjanie nagle posłuchali moralnych nakazów płynących z ust oficerów służb specjalnych, ubranych w sutanny. Zresztą nawet wielu hierarchom Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej na Wygnaniu nie śpieszno do zjednoczenia z „braćmi w kapłaństwie” dzielącymi się jeszcze niedawno informacjami o swoich „owieczkach” z funkcjonariuszami jednej z najbardziej złowrogich instytucji w Związku Sowieckim.

Sam problem aborcji w Rosji ma dość bogatą i burzliwą historię. Oczywiście „święta” Ruś, formalnie hołdująca etyce chrześcijańskiej nie zalegalizowała aborcji. Nie znaczy to jednak, że w czasach caratu, aborcji w ogóle nie dokonywano; zastępy „babek”, znachorek, „wiedzących”, podobnie jak w innych częściach świata, tak i w Rosji, służyły pomocą, co mniej cnotliwym Rosjankom, chcącym pozbyć się „kłopotu”. Aborcja została zalegalizowana dopiero w 1920 roku, w państwie bolszewików, na wniosek Aleksandry Kołłontaj, komunistycznej feministki i nimfomanki, której bliżej zapewne było do „apostołów” rewolucji seksualnej, niż do Lenina, Trockiego czy Stalina. W 1936 roku wraz z masowym ludobójstwem, „hołodomorem” i czystkami etnicznymi w wielu częściach Związku Sowieckiego, powszechność aborcji doprowadziła do zapaści demograficznej państwa. W tym też roku została zdelegalizowana. Trudno przypuszczać, by decyzja Stalina, posiadającego w tym czasie dyktatorską władzę, podyktowana była względami natury etycznej. Obserwacja toczących się w tym czasie wojen przekonała zapewne Stalina, iż po zakończeniu, planowanej już wojny w Europie, potrzeba będzie „zasobów ludzkich”, by odbudować straty demograficzne spowodowane działaniami wojennymi. Co więcej, „niewolnicy” zdobyci w podbitych przez Armię Czerwoną państwach, po jakimś czasie też stracą „walory użytkowe” i będą musieli zostać zastąpieni ludźmi młodymi, zdrowymi i silnymi.

Wojna, która jak wszystko na to wskazuje, zaczęła się zupełnie nie tak, jak planowało sowieckie kierownictwo, przyniosła państwu sowieckiemu niewyobrażalne straty w ludziach. Zarówno niemieckie uderzenie, które najprawdopodobniej wyprzedziło operację Armii Czerwonej, jak i „wielka wojna ojczyźniana” spowodowały niemal wyludnienie całych obszarów Związku Sowieckiego. Nie bez znaczenia jest tu również brutalna niemiecka okupacja, jak i sposób prowadzenia wojny przez sowieckich dowódców. Marszałek Żukow do walki o zdobycie niewielkiej wsi, Syczewki rzucał do boju już nie brygady czy dywizje, ale całe armie. W bezsensownym boju o nie mającą żadnego znaczenia wieś poległo około miliona(!) sowieckich żołnierzy. Przed szturmem Berlina zmobilizowano do wojska ostatnie, maturalne, klasy szkół średnich, gdyż innych poborowych, po prostu nie było. Nawet to zresztą okazało się zbyt mało i do szturmu Berlina, „w uznaniu zasług” dopuszczono jednostki I Armii Wojska Polskiego. Nic więc dziwnego, że po zakończonej wojnie Związek Sowiecki był państwem, które nie było nawet w stanie „skonsumować” własnego zwycięstwa. W tej sytuacji, zresztą, dość problematycznego.

Po śmierci Stalina, w 1955 roku, aborcja została w Związku Sowieckim ponownie zalegalizowana. Fakt ten często wiąże się z chruszczowowską „odwilżą”. Wydaje się jednak, że po raz kolejny, wzięły górę względy czysto praktyczne; pomimo penalizacji aborcji w 1936 roku, była ona – pokątnie, acz masowo – praktykowana. Problemem okazały się powikłania po takich, amatorskich, „zabiegach”. Efektem była konieczność leczenia klinicznego kobiet, ich zgony, a przede wszystkim czasowa niezdolność do pracy. W takiej sytuacji przywództwo KPZS uznało zapewne, że lepiej będzie zalegalizować aborcję i przeprowadzać ją w „cywilizowanych” warunkach? Społeczny efekt tej decyzji był łatwy do przewidzenia: aborcja uznana została przez obywateli sowieckich za najtańszy i nie budzący żadnych negatywnych skojarzeń „środek antykoncepcyjny”. Tym lepszy, że darmowy i wykonywany na każde życzenie. W przeciwieństwie do państw cywilizacji łacińskiej, również sowieccy lekarze nie stawiali sobie pytań natury etycznej, dotyczących sztucznych poronień...W państwie, gdzie psychiatrzy byli częścią systemu represji, trudno zresztą dziwić się takiej postawie ginekologów.

Po upadku Związku Sowieckiego, większość państwo powstałych na jego „gruzach”, przejęła prawodawstwo dotyczące aborcji z kodeksów „imperialnych”. Mimo iż tekst dotyczy Rosji, należy wyraźnie zaznaczyć, że zjawiska tu opisane są właściwe również dla Ukrainy czy Białorusi, choć w mniejszym stopniu dotyczą państw bałtyckich. W samej zaś Rosji są zdecydowanie bardziej związane z jej słowiańską większością, niż z mniejszościami narodowymi. Szczególnie zaś, z mniejszościami wyznającymi islam. Co prawda odsetek Tatarów, a więc największego narodu muzułmańskiego w Rosji, od wielu lat utrzymuje się na poziomie ~3,8%, ale cały czas rośnie liczba ludności innych regionów Rosji zdominowanych przez islam: Dagestanu, Inguszetii, a nawet wyniszczonej wojną Czeczenii.

Oczywiście władze Rosji widzą problem depopulacji i od pewnego czasu podejmują kroki, które mają temu zaradzić. W 2007 roku, podobnie jak w Polsce, wprowadzono w Rosji „becikowe”. Co więcej, w przeciwieństwie do Polski, gdzie jest to kwota dość nędzna, rosyjskie „becikowe”, wynosi ok. 10000 dol., a więc dwuletnie średnie wynagrodzenie! Niestety rzeczywistość, jak zwykle, okazała się mniej radosna...Wkrótce po decyzji władz drastycznie spadły ceny surowców, uderzając w rosyjski budżet. Co więcej, sama decyzja o przyznaniu „becikowego” podejmowana jest przez lokalnych urzędników, którzy starym, sowieckim zwyczajem robią wszystko, by nie przyznać rodzicom, należnych im pieniędzy. Często też „potrącają” sobie część kwoty, jako wynagrodzenie za własną „fatygę”. Oczywiście nie należy od razu zakładać, że jest to najważniejszy czynnik powodujący to, że połowa rosyjskich małżeństw jest bezdzietna, 15% ma dwoje dzieci, a tylko 3%, więcej niż dwoje.

Przemiany społeczne po upadku Związku Sowieckiego obnażyły skalę indoktrynacji narodów żyjących w Imperium. Rzeczywistość pokazuje, iż stosunkowo najmniej „zglajszachtowane” wyszły z komunizmu narody islamskie. Wśród narodów tkwiących korzeniami w chrześcijaństwie, zdecydowanie lepiej poradziły sobie te, które silniej związane były z chrześcijaństwem zachodnim. Przede wszystkim z katolicyzmem. Nawet jednak wśród prawosławnych, zdecydowanie silniejsza refleksja etyczna pojawia się tam, gdzie Cerkiew stosunkowo późno stała się „państwowa”, lub nigdy takiego statusu nie osiągnęła; przede wszystkim więc na terenach dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów i II RP. Warto w tym miejscu wspomnieć, że najwięcej praktykujących prawosławnych, uznających zwierzchność Patriarchatu Moskiewskiego jest...na Ukrainie! I to pomimo tego, że jest to państwo zdecydowanie mniej ludne niż Rosja, a Patriarchat Moskiewski musi tu „walczyć” o dusze wiernych z Patriarchatem Kijowskim, Cerkwią autokefaliczną i unitami. W samej Rosji, zarówno praktyki religijne, jak i zasięg nauczania moralnego Cerkwi wydaje się być znikomy. Co więcej, ponownie rosną w siłę sekty, które jednak nie mają już nic wspólnego z prawosławiem.

Czasy sowieckie odcisnęły piętno w wielu wymiarach rosyjskiej obyczajowości. Co prawda, Rosjanie nigdy nie byli narodem abstynentów i już księciu Włodzimierzowi, przypisuje się autorstwo słów „ruski człowiek bez wódki żyć nie może”, które miał wypowiedzieć decydując się na wybór chrześcijaństwa, a nie islamu, ale dopiero czasy sowieckie, spowodowały, że alkohol stał się nieodłącznym towarzyszem czasu wolnego. Trudno zresztą, by w państwie permanentnego niedoboru było inaczej. Co prawda pod koniec istnienia Związku Sowieckiego, Gorbaczow podjął trud „walki z pijaństwem”, ale jego efekty były bardziej niż żałosne; obywatele przerzucili się na bimber i różnego rodzaju „wynalazki”, czyli wszelkie produkty spożywcze, kosmetyczne czy przemysłowe zawierające alkohol. Efektem ubocznym „walki z pijaństwem”, było zniszczenie tysięcy hektarów mołdawskich, gruzińskich czy ormiańskich winnic. Po upadku Związku Sowieckiego, niemal natychmiast nastąpił „efekt jojo”, Rosjanie – i inni mieszkańcy byłego ZSRR – zaczęli pić więcej niż przed „kampanią antyalkoholową”, by nadrobić stracone lata. Sprzyjała temu cena alkoholu, niska jak nigdy wcześniej w historii. Niestety nawyki wyniesione z rodzinnych domów powiela dziś kolejne pokolenie Rosjan, a przede wszystkim rosyjskich mężczyzn.

W czasach Związku Sowieckiego popularne było powiedzenie „u nas sieksa niet”. I rzeczywiście nawet kultowa polska komedia, Seksmisja, za Bugiem nosiła tytuł „Nowyje Amazonki”! Tym brutalniejsze było zderzenie Rosjan i Rosjanek – szczególnie młodych - „dobrodziejstwami” kultury zachodniej, z którymi przyszło im się zmierzyć w latach '90. To co dotarło jako forpoczta „demokracji”, to przede wszystkim popkulturowa papka, w której wszyscy są piękni, zdrowi, młodzi, bogaci i uprawiają seks z kim popadnie. Dla Rosjan, wychowanych na serialach opiewających komsomolców, „stroitieli BAM-a”, a w ostateczności opiewających duchową miłość sowieckiej sanitariuszki i polskiego czołgisty, rzeczywistość pokazywana w zachodnich „tasiemcach”  musiała być, z jedne strony wstrząsem, z drugiej zaś, atrakcyjną alternatywą dla „socjalistycznej moralności” zaszczepianej im w pionierskich czy komsomolskich organizacjach? I zapewne tylko nieliczne jednostki zadawały sobie pytanie, na ile rzeczywisty jest obraz Ameryki pokazywane w Dynastii czy Beverly Hills 90210? Dość szybko więc do „tradycyjnych” rosyjskich patologii dołączyły nowe: narkomania, prostytucja i idący z nimi „w jednym szeregu” HIV.

Narkotyki zostały zresztą zawleczone już wcześniej, przez weteranów wojny afgańskiej. Co więcej, wiele środkowoazjatyckich kołchozów uprawiających mak na potrzeby przemysłu farmaceutycznego znalazło się na krawędzi zagłady i z radością witało nowych odbiorców plonów, nie wnikając w to do jakich celów kupują oni ich produkcję. Sporo dziewcząt przekonało się również, że kolorowy świat kreowany przez zachodnią popkulturę, ma swoją cenę. Niestety wiele z nich uznało, ze sprzedawanie własnego ciała jest ceną, którą warto zapłacić za życie wśród markowych gadżetów czy szpanowanie wśród rówieśników ciuchami „z górnej półki”. Brak jakiejkolwiek refleksji nad konsekwencjami takiego życia, tylko ułatwiał te wybory. Jeszcze niedawno 70% moskiewskich licealistek, jako wymarzony zawód wskazywało prostytucję! Nic więc dziwnego, że do dziś w Rosji co minutę przeprowadzana jest aborcja, a wielu demografów szacuje, że 2 na 3 ciąże są usuwane! Działania władz są tu zresztą wyjątkowo żałosne, bo jak można inaczej określić podpisanie przez prezydenta Miedwiediewa poprawek w federalnej ustawie o reklamie, które zakazują „nachalnej reklamy aborcji”! Oznacza to więc, że jej reklama nadal jest dozwolona i zniknie jedynie z okolic szkół(!) czy z ośrodków zdrowia(!). W państwie, w którym przeprowadza się ośmiokrotnie więcej aborcji niż w Stanach Zjednoczonych i dziesięciokrotnie więcej niż w Wielkiej Brytanii, przypomina to ratowanie tonącego okrętu, przez wylewanie wody łyżeczką... I nie zmienia tego, fakt że jeszcze więcej aborcji przeprowadza się w Chinach. Tam bowiem, kobiety zmuszane są do tego procederu przez własny rząd, zaś w Rosji robią to całkowicie dobrowolnie.

Kolejnym przerażającym zjawiskiem, które pojawiło się w okresie wojny domowej i nadal ma się dobrze, są „bezprizorni”. To nic innego jak dzieci niczyje, których liczbę we współczesnej Rosji szacuje ( szacunki MSW Federacji Rosyjskiej) się na 1 do czterech milionów(sic!). O ile jakoś można wytłumaczyć istnienie bezdomnych, nikomu niepotrzebnych dzieci w czasach zawieruchy wojennej czy „wielkiego głodu”, o tyle trudno zrozumieć, że państwo mieniące się „mocarstwem”, bez wstydu toleruje miliony bezdomnych dzieci. Co więcej wiele z nich, by przeżyć czy zarobić na pokarm, narkotyki (często zwykły klej) lub alkohol (najczęściej przemysłowy), uprawia prostytucję. Jak łatwo przewidzieć efektem jest alkoholizm, narkomania, masowe występowanie chorób wenerycznych czy AIDS. I oczywiście niewyobrażalnie wysoka śmiertelność.

Oczywiście określenie Rosjanek „matkami – zbrodniarkami” jest rodzajem prowokacji. Wszak zbrodniarką można nazwać kobietę, która swoje czyny popełnia świadomie i z wyrachowaniem. Trudno zarzucić Rosjankom, które nigdy nie miały okazji posłuchać argumentów ruchów „pro life”, że świadomie zabijają własne dzieci. Tak robiło wiele ich matek, dla których prawo do aborcji było zdobyczą chruszczowowskiej „odwilży” czy prababek, dla których była to zdobycz „wielkiego października”. Nie zmienia to jednak faktu, że państwo rosyjskie nie umie, bądź nie chce promować jakiejkolwiek alternatywy dla aborcji. Ma bowiem ku temu i możliwości i środki; np. Kontrolowane niemal w 100% media! Póki co ,nie zdaje też egzaminu rosyjska Cerkiew prawosławna, która skompromitowała się masową kolaboracją z sowiecką policją (milicją?) polityczną i nie tylko nie umie, ale wręcz nie chce podjąć trudu samooczyszczenia. W tej sytuacji trudno oczekiwać, by rosyjska rodzina była zdrowa. Trudno też dziwić się, że co rozsądniejsze Rosjanki nie marzą o niczym innym, jak zagraniczny ożenek. I „nadmiar” 10 milionów(!) Rosjanek, i krótki żywot tamtejszych mężczyzn i ich postawa życiowa, sprzyjają takim decyzjom...

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.