Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Maciej Konarski: Jaka piękna katastrofa

Maciej Konarski: Jaka piękna katastrofa


08 grudzień 2008
A A A
Bez względu na to, czy zapowiedź wycofania etiopskich wojsk z Somalii okaże się prawdziwa, już teraz widać, że ta nieszczęsna interwencja jest największą klęską w tak zwanej „wojnie z terroryzmem”.

Katastrofa na całej linii

Gdy w grudniu 2006 roku etiopskie oddziały interwencyjne wkraczały do Somalii byli i tacy, którzy widzieli w tym wydarzeniu nadzieję dla pogrążonego w chaosie kraju. Etiopczycy sprawnie rozgromili „somalijskich talibów” oraz osadzili w Mogadiszu uznawany przez społeczność międzynarodową, lecz wcześniej zupełnie bezsilny Tymczasowy Rząd Federalny. Cicho popierająca inwazję społeczność międzynarodowa obiecywała pomoc i przysłanie sił pokojowych. Wydawało się, że po piętnastu latach wojny i anarchii Somalia wreszcie zazna spokoju, a Etiopczycy sprawnie wykonają swe zadanie i opuszczą kraj.

Dziś, równe dwa lata później, sytuacja w Somalii jest tragiczna. W kraju szaleje przemoc jak w najczarniejszym okresie z początku lat 90-tych. Powrócili bezkarni gangsterzy i klanowi watażkowie, a handlarze narkotyków notują coraz większe dochody. Na somalijskich wodach szaleją piraci, którzy swymi coraz to bardziej śmiałymi akcjami grają na nosie największym mocarstwom i całej społeczności międzynarodowej. Nie ma w zasadzie dnia bez doniesienia o kolejnym pirackim ataku, a światowy handel zaczyna powoli odczuwać konsekwencje somalijskiej anarchii.

Tragiczna pozostaje sytuacja humanitarna - ONZ szacuje, że około 3,2 miliona Somalijczyków bezwzględnie potrzebuje pomocy żywnościowej, a jedno na sześcioro dzieci poniżej piątego roku życia jest dotkliwie niedożywione. Susza, wojna i światowy kryzys cen żywności postawiły niemal połowę Somalijczyków w obliczu głodu i ten głód bez wątpienia wybuchnie jeśli kraj nie otrzyma zagranicznej pomocy. Trudno jednak ją dostarczyć skoro transporty coraz częściej przejmują piraci lub „naziemni” bandyci, a na pracowników humanitarnych prowadzone jest regularne polowanie. Ci którzy na początku lat 90-tych śledzili sytuację w Somalii muszą odczuwać swoiste déjà vu.

Cynicy zawsze mogą powiedzieć, że Etiopczycy nie po to najechali Somalię by pomagać jej mieszkańcom. Niestety widać wyraźnie, że nie zdołali nawet powstrzymać islamskiej ekspansji, co było przecież ich głównym celem. Owszem udało się obalić rządy Unii Trybunałów Islamskich (pierwszy w miarę stabilny rząd w Somalii od 1991 r.), lecz fundamentaliści są dziś niemal tak samo silni jak w 2006 roku. Od kilku miesięcy koalicja islamistów, nacjonalistów i wrogich Etiopczykom klanowych milicji poszerza zajmowane przez siebie terytorium. Pod ich kontrolą znajduje się dziś większość południowej Somalii i całe dzielnice Mogadiszu. W ostatnią niedzielę (7.12.) islamiści ogłosili wręcz powstanie „państwa islamskiego” w południowej Somalii i rozpoczęli tworzenie własnej administracji.

Eksperci obawiają się, że bez etiopskiej pomocy dni pogrążonego w wewnętrznych sporach rządu tymczasowego będą policzone. Addis Abbeba zapowiada jednak wycofanie do końca roku wszystkich swych żołnierzy z Somalii. Najwyraźniej Etiopczycy dostrzegli, że zaczynają się powoli pakować w swoją własną wersję Wietnamu lub Afganistanu. Okupacja i bezustanna walka z islamistyczną partyzantką stały się zbyt dużym obciążeniem dla tego ubogiego państwa, które ma w dodatku na głowie rebelię w prowincji Ogaden i wciąż żarzący się konflikt graniczny z Erytreą.

Oficjalnym wytłumaczeniem tej sromotnej rejterady jest zawarte latem tego roku porozumienie pokojowe miedzy somalijskim rządem tymczasowym, a umiarkowanym skrzydłem islamistów. Addis Abeba powołuje się na jeden z jego zapisów, mówiący o wycofaniu do 30 grudnia wszystkich etiopskich wojsk z Somalii. Sęk jednak w tym, że somalijska rzeczywistość nijak ma się do ustaleń z przytulnych dyplomatycznych gabinetów. Szejk Sharif Szejk Ahmed, który podpisał w imieniu rebeliantów porozumienie pokojowe posiada znikomy wpływ na sytuację w kraju, a zdecydowana większość rebeliantów pozostaje wierna twardogłowemu szejkowi Aweysowi i kontynuuje walkę. Czerwcowe porozumienie z Dżibuti jest więc dziś niczym więcej jak świstkiem papieru. Przyzwoitość nie pozwala za bardzo pisać o tym do czego może ono ewentualnie posłużyć.

Co więc osiągnęli Etiopczycy i ich zachodni sojusznicy? Mniej niż zero, że zacytuje pewien popularny przebój. W wyniku interwencji zginęło blisko 16 tysięcy ludzi (głównie cywilów), a milion Somalijczyków stało się uchodźcami. Kraj jest dziś w jeszcze większej rozsypce niż przed inwazją, a islamiści zdobywają coraz większe wpływy. Moralne uzasadnienie interwencji (jeżeli kiedykolwiek było) ulotniło się natomiast wraz z doniesieniami obrońców praw człowieka o mordach, gwałtach i torturach, jakich dopuszczają się Etiopczycy i przedstawiciele rządu tymczasowego. Podrzynanie gardeł cywilom i bezmyślny ostrzał obiektów cywilnych nijak pasują do deklaracji o uwalnianiu Somalijczyków spod opresyjnych rządów islamistów.

Okoliczności łagodzące

Zawiodą się jednak ci czytelnicy, którzy oczekują że napiszę teraz, iż lepiej było pozwolić somalijskim talibom spokojnie rządzić krajem. Islamiści rzeczywiście stworzyli pierwszy od 1991 r. stabilny i skuteczny rząd w Somalii, lecz traktować ich jako lekarstwo na somalijską anarchię to jak leczyć dżumę cholerą. O tym jak w rzeczywistości wygląda islamistyczny „ład” pokazały chociażby wrześniowe wydarzenia w zajętym przez nich porcie Kismayo. 13-letnią dziewczynkę, ofiarę gwałtu, ukamienowano tam pod zarzutem cudzołóstwa… Raczej nie takiego „porządku” chcielibyśmy chyba dla mieszkańców Somalii?

Zresztą nawet odkładając sentymenty w imię Realpolitik trzeba pamiętać, że islamiści będąc być może stabilizatorem Somalii mogli z łatwością zdestabilizować cały Róg Afryki. Niemal na pewno prędzej czy później spróbowaliby zjednoczyć całą Somalię, czyli podbić quasiniepodległe regiony Somalilandu i Puntlandu. Ożywić mogłaby się z łatwością rebelia w zamieszkiwanym w większości przez Somalijczyków etiopskim Ogadenie, a sprzyjająca somalijskim talibom Erytrea mogłaby się poczuć na tyle pewnie by wywołać kolejną wojnę z Etiopią (te dwa ostatnie czynniki były zresztą głównymi przyczynami etiopskiej inwazji w 2006 r.).

Nie należy też zapominać, że twardogłowe skrzydło „somalijskich talibów” podejrzewano o bliskie związki z terrorystyczną międzynarodówką islamską. Część liderów Unii Trybunałów Islamskich, w tym wspomniany szejk Aweys, działała wcześniej w Al-Itihaad al-Islamiya – terrorystycznej organizacji powiązanej z al-Kaidą. Ponadto jest niemal pewne, że Fazul Abdullah Mohammed, domniemany szef al-Kaidy na Afrykę, ukrywał się przez dłuższy czas właśnie w Somalii.

Problem nie leży więc w tym, że obalono rządy islamistów. Problem leży w tym co zrobiono (a raczej czego nie zrobiono) później.

Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze?

Obaliwszy „talibów” Zachód z USA na czele, nie podjął żadnej próby trwałego zakończenia somalijskiego kryzysu. Prawdopodobnie Amerykanie albo uznali, że po obaleniu islamistów sprawy w Somalii „same się ułożą” (co jak pokazuje nieszczęsny przykład Iraku nie jest wcale nieprawdopodobne), albo cynicznie doszli do wniosku, że grunt to pozbyć się „talibów” a reszta nie jest już ich problemem.

Obalenie talibów i oddanie większości Somalii pod władzę Tymczasowego Rządu Federalnego było unikalną szansą na ponowne zjednoczenie kraju i zakończenie piętnastoletniej wojny domowej. Nie uczyniono jednak nic, aby „nowe otwarcie” nie przerodziło się w triumfalny powrót gangsterów i watażków. Zbyt późno podjęto też próbę kompromisu z umiarkowanymi islamistami, których popierała przecież duża część Somalijczyków. Próby umiędzynarodowienia kryzysu skończyły się pójściem po najmniejszej linii oporu i przekazaniu całej odpowiedzialności za Somalię w ręce Etiopczyków, którzy nie mieli ani środków ani legitymizacji by jej podołać.

W rezultacie do Somalii wróciła kompletna anarchia, a islamiści zamiast uznać swą porażkę podjęli krwawą wojnę partyzancką, której końca nie widać. Szumnie zapowiadana misja pokojowa Unii Afrykańskiej zakończyła się wysłaniem 2,6 tys. żołnierzy, którzy w obawie o swoje bezpieczeństwo rzadko wyściubiają nos poza bazy w Mogadiszu. W lipcu Ramtane Lamamra, komisarz UA ds. pokoju i bezpieczeństwa, rozbrajająco szczerze przyznał że "Unia Afrykańska nie jest w stanie pomóc Somalii" i poprosił ONZ o przejęcie odpowiedzialności za misję pokojową.

Adresat prośby został jednak kiepsko wybrany. ONZ wciąż ma traumę po krwawym zakończeniu misji pokojowej z lat 90-tych, a wobec niestabilnej sytuacji w Somalii żaden kraj nie zaryzykuje ponownego wysłania swych żołnierzy do Somalii. Sekretarz Generalny Ban Ki-moon nie ukrywa rezerwy i sceptycyzmu gdy padają pytania w tej sprawie.

Widać dziś wyraźnie, że dzięki bezmyślnemu potraktowaniu Somalii jako kolejnego „frontu „wojny z terrorem” tamtejszy węzeł gordyjski jest jeszcze bardziej zapętlony niż był przed etiopską interwencją. Co więcej, islamistycznego zagrożenia wcale nie zniwelowano. Jeśli sytuacja międzynarodowa się nie zmieni, a rząd tymczasowy nie uzyska zewnętrznego wsparcia to talibowie rychło triumfalnie powrócą do Mogadiszu. I dopiero wtedy zaczną się problemy bo, jak zauważa jeden z akredytowanych w Rogu Afryki dyplomatów, talibowie A.D. 2008 są o wiele bardziej radykalni niż ci sprzed etiopskiej inwazji. „To prawdziwi międzynarodowi dżihadyści (...) amerykańskie obawy przed al-Kaidą w Somalii mogą się okazać samospełniającą przepowiednią”. [*]

[*] za Steve Bloomfield, Troop pull-out leaves government on brink, Sunday Herald

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.